Na dziewięćdziesięciolecie Andrzeja Werblana

Na dziewięćdziesięciolecie Andrzeja Werblana

Andrzej Werblan jest człowiekiem podwójnie niezwykłym. Raz, dlatego że w wieku lat 90 zachował pełną sprawność intelektualną, wykłada i pisze z jasnością, jakiej mógłby mu pozazdrościć niejeden świeżo mianowany profesor. Druga niezwykłość jego polega na tym, że przeżywszy długie lata w samym centrum władzy nad umysłami, swój umysł wyniósł z tego nietkniętym ograniczeniami doktrynalnymi.
Około roku 1980, jeszcze przed solidarnościowym trzęsieniem ziemi, przebywał w Warszawie w celach badawczych francuski uczony, zagorzały antykomunista Alain Besançon, później dużo tłumaczony i wydawany w Polsce. Rozmawiał z wieloma ludźmi, także – jak słyszałem – z Andrzejem Werblanem, wówczas sekretarzem Komitetu Centralnego partii, którą teraz nazywają komunistyczną. Z tych badań Besançon wyniósł następujące przekonanie: „W Polsce wierzący marksista jest stworzeniem arcyrzadkim, prawie nieistniejącym. Kierownicy partii mówią nieraz idiomem marksistowskim, lecz nie wierzą już w kłamstwa, które powtarzają; ten język nie ma już nawet waloru rytualnego, ponieważ rytuał jest niczym bez mitu, który go podtrzymuje, a mit już się zawalił” („L’Express”, 6 września 1980 r.). Data publikacji ma znaczenie, ponieważ formacja, która 10 lat później przejęła władzę, walkę z nieistniejącym komunizmem uznała za swój cel główny i najambitniejszy.
Są na lewicy ludzie, którzy tonem przechwałki oznajmiają, że utracili „wiarę w marksizm”, nie mówiąc wystarczająco jasno, dlaczego kiedyś tę wiarę mieli. Może były po temu słuszne powody? Ta luka w biografiach osobistych i partyjnych osłabia całą formację, pozwalając przeciwnikom patrzeć na nią z góry. Dla tych ze spóźnioną niewiarą słowa Besançona brzmią jak pochwała.
Andrzejowi Werblanowi, który wyszedł z polityki z wolnym umysłem, satysfakcji nie dają. Na zdrowy rozum powinien być głównym mentorem politycznej lewicy (jest też niepolityczna). Jednak nie jest. Stając na głowie, ta lewica pragnie zasłużyć na uznanie mediów, to znaczy przeciwników. Jeden z najwybitniejszych znawców polityki utrzymywany jest w miejscu, gdzie jego wybitne kwalifikacje nie służą krajowi.
Moi polityczni i osobiści przyjaciele z czasów PRL bardziej się dziwią, niż gorszą tym, że chwalę Werblana, jedną z czołowych postaci minionego reżimu. Uciekają okazje porozmawiania o tym reżimie teraz, gdy go już nie ma. To bardzo zmienia optykę, czy obiekt namysłu żyje, czy przeszedł do wieczności. Obóz panujący narzuca taki stosunek do PRL jak do czegoś, co powinno się zmienić. Za późno. Ocena polega na porównaniu, Polska Ludowa właściwie porównana okaże się jedną z najlepszych kreacji państwowych w nowożytnej historii Polski. Dopóki istniała, była nie do wytrzymania z powodu braku wolności gospodarczej i innej, ale właśnie na tę okoliczność, którą można nazwać komunizmem, nikt w Polsce nie miał wpływu. Jeśli chodzi o metody sprawowania władzy, były one inne niż w krajach katolickich (Hiszpania, Argentyna, Chile), ale nie gorsze.
Dziś wielu ludzi żyje na poziomie, o jakim kilkadziesiąt lat temu – powiedzmy za Gomułki – mogli tylko pomarzyć, a może i to nie (samochody). Krzysztof Radziwiłł – książę, a więc osoba szczególnie wiarygodna w czasach restauracyjnych – pisze w swoich „Pamiętnikach”, że w latach 60. zwiedzał okolice kieleckie, sandomierskie, gdzie przed wojną miał latyfundia. Zobaczył, że ludność wiejska żyła na poziomie, o jakim przed wojną nawet nie marzyła.
Formacja, do której należał Andrzej Werblan, dokonała więcej – biorąc pod uwagę punkt wyjścia – niż formacja korzystająca z wolnego rynku, chociaż ta też ma się czym pochwalić.

Wydanie: 44/2014

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy