Skomplikowane i proste

Skomplikowane i proste

Przytoczę niedosłownie kilka akapitów z mojej książki „Pochwała politycznej bierności” (wydawca Sprawy Polityczne). Nie nowość.
Spór na temat natury ludzkiej jest obciążony wieloma niejasnymi pojęciami i toczy się w warunkach zasadniczej metodologicznej nieokreśloności. Do czego się odwołać: do biologii, psychologii, historii, a może metafizyki? Mimo to trzeba przyznać, że nie jest to spór pozorny. Do odpowiedzi można dochodzić nie tylko przez bezpośrednie drążenie fenomenu ludzkiego, ale także poprzez wnikanie w naturę polityki.
Polityka musi liczyć się ze stałą możliwością antagonizmów, w krańcowym wypadku z wojną, a jej celem jest zapobieganie tym niebezpieczeństwom lub radzenie sobie z nimi, gdy staną się nieodwracalne. A więc niezależnie od wyniku teoretycznej dyskusji polityka jako realne zjawisko narzuca pesymistyczną hipotezę na temat natury ludzkiej. Oczywiście hipotezy tej nie przyjmie pedagogika, bo ona z kolei, jeśli ma zachować jakikolwiek sens, musi założyć, że człowiek tylko powierzchownie jest zły, a w gruncie rzeczy jest istotą podatną na wychowanie. Krańcowo przeciwne wobec pedagogiki założenie czynić musi teologia – bez przyjęcia dogmatu o grzechu pierworodnym zbawcze obietnice Kościoła nie miałyby uzasadnienia.
Mamy za sobą doświadczenie polityki światopoglądowej i nie ulega wątpliwości, że była to epokowa aberracja. Co nie znaczy, że nie odrodzi się z innym światopoglądem.
Zależności między realną polityką a filozofią zachodzą, ale nie dzieje się to na powierzchni zjawisk i nie jest widoczne jak na dłoni.
Jedno z ciekawszych ujęć tego zagadnienia znajdujemy w książce XIX-wiecznego filozofa Bronisława Trentowskiego zatytułowanej „Stosunek filozofii do cybernetyki”. Autor przywiązuje dużą wagę do politycznej roli filozofii, ale stanowczo przy tym twierdzi, że sztuka kierowania narodem, właśnie owa „cybernetyka”, powinna mieć charakter pragmatyczny. Z ideo­logią czy filozofią powinna się liczyć, jeśli występują w społeczeństwie jako znaczące fakty. Normami dla polityki być nie powinny.
Zwróćmy uwagę, jaki wizerunek człowieka, jaka koncepcja natury ludzkiej panuje w naszych czasach i jakich inspiracji może ona dostarczyć polityce. Otóż człowiek jest przedstawiany jako istota irracjonalna, która myśli pod wpływem psychicznych czynników podświadomych (psychoanaliza), której poglądy są uwarunkowane jej usytuowaniem w strukturze społecznej (socjologia wiedzy) i której system wartości ma jedynie lokalne, europejskie znaczenie (relatywizm kulturowy). Do tego, co twierdzą nauki społeczne, kultura masowa dodaje rysy szczegółowe: obsesje seksualne, instynkt agresji, namiętność podglądacka. Te cechy są podstawowe, różnice między ludźmi mogą dotyczyć cech o mniejszym znaczeniu czy mniejszym stopniu rzeczywistości, a więc nie są ważne. Żaden wysiłek moralny czy intelektualny jednostki nie jest w stanie wynieść jej ponad ową równość biologiczną i psychologiczną.
Twórcy kultury (masowej i ambitnej) wysilają cały swój kunszt, aby z największą ekspresją przedstawić człowieka w sytuacjach poniżających, od strony jego cech najbardziej odrażających albo infantylnych.
Równolegle do tego wizerunku człowieka jako istoty nędznej i niebezpiecznej radykalizuje się ideologia praw człowieka. Człowiek ma prawo nie tylko do owoców swojej pracy, ale także cudzej, ma prawo nie tylko wybierać swój rząd, ale także nim pomiatać.
Człowiek opisywany przez naukę i przedstawiany przez kulturę zdaje się nie mieć nic wspólnego z człowiekiem, któremu przysługują liczne prawa. Przyznać te prawa można przecież tylko istocie, co do której czyni się mocne założenie, że jest w gruncie dobra, rozumna, szlachetna. Nie należy to założenie do ducha polityki, przeciwnie, mocno trąci anarchistyczną antypolityką. Z kolei wizerunek człowieka kształtowany przez kulturę zarówno masową, jak ambitną jest zbieżny z pesymizmem politycznej antropologii, ale wcale nie harmonizuje z liberalną demokracją. Przeciwnie, natrętnie nasuwa myśl, że liberalna demokracja jest ustrojem niezupełnie odpowiednim dla tej lubieżnej bestii, jaką z upodobaniem maluje kultura.
W Odessie zwolennicy Europy spalili żywcem 40 zwolenników Rosji. Rosjanie są do głębi wstrząśnięci, ale Europejczycy i Amerykanie już nie. Starają się wydarzenie przemilczeć, opis złagodzić, dla sprawców znaleźć okoliczności łagodzące. Oto na czym polega podział typu wróg – przyjaciel. Wszystko jest względne, gdy podlega temu podziałowi. Podziały na prawdę i fałsz kasujemy, podobnie jak podział na zbrodnię i zasługę. Nacjonalizm jest zły, gdy sprzeciwia się Unii Europejskiej, ale jest wyśmienity, gdy budzi nienawiść do Rosji. Sam w sobie nie ma moralnej treści, zapamiętajmy to sobie.
Nie było masowej zbrodni, która zostałaby tak dokładnie sfilmowana jak odeska. Zobaczyliśmy dziewuszki podobne do tych roześmianych studentek z Ukrainy widywanych na korytarzach naszych wyższych uczelni. Nalewały benzynę do butelek, żeby się więcej paliło. Mówiło się dotąd tylko o tej średniowiecznej staruszce, która dorzucała drewienek do płonącego stosu. Wołyń 1943 r. odżył w środku Odessy. Mordercy wymierają, przychodzi niewinne pokolenie, ale etos mordu w imię Sprawy obowiązuje. „Walka o Ukrainę to walka o zachowanie cywilizacji europejskiej – mówili uczestnicy dyskusji »Europa – Ukraina – Rosja«” („Gazeta Wyborcza”, 17-18 maja 2014). Jakże nie palić separatystów?

Wydanie: 22/2014

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy