Zdjąć końskie okulary

Zdjąć końskie okulary

PISTOLET LESZKA KOŁAKOWSKIEGO. Żołnierze wyklęci zostali przeniesieni do kategorii żołnierzy błogosławionych. Wyklęcie i błogosławieństwo są pojęciami religijnymi, dyskusja racjonalna jest tu niemożliwa. Dla wszystkich, z którymi się spotykali, byli niebezpieczni, a najbardziej dla samych siebie. Dla ludzi nowego aparatu władzy niebezpieczni, bo chcieli ich zabijać i często to robili. Dla tych, którzy dawali im schronienie i żywili, niebezpieczni, bo sprowadzali na nich UB. Także dla ludzi przypadkowo spotkanych na drodze lub w lesie niebezpieczni, bo sami obdarci i niemal bosi zdzierali z nich ciepłe odzienie i buty. Jeżeli byli podziwiani, to tylko w polskim Londynie, mówiąc w skrócie. W kraju najczęściej uchodzili za ludzi nieszczęśliwych, którym należy współczuć.
Chcąc ich obecnie awansować w wyobraźni społecznej, obmyśla się nową interpretację tamtych wydarzeń. Najwyższym wyrazem polskiego patriotyzmu jest, jak wiadomo, powstanie. Jeżeli przyjąć, że w latach powojennych mieliśmy powstanie, to zbłąkani i nieszczęśliwi „wyklęci” od razu awansują na powstańców. W tym kierunku idzie edukacja, propaganda medialna i jak zawsze w ogonie przemian umysłowych podążająca akademicka „historia”. Do tej pory mieliśmy trzy stanowiska: jedni mówili, że po wojnie miała miejsce rewolucja społeczna, inni, że była to wojna domowa, jeszcze inni, że druga okupacja. W drugą okupację mógł wierzyć emigrant, ponieważ nie żył pod pierwszą, albo zabłąkany w gąszczu nieprzewidzianych przez siebie powojennych wydarzeń „żołnierz wyklęty”. Pojęcie powstania zupełnie nie przystaje do rzeczywistości. To, co zachodziło, da się opisać prawdziwie jako rewolucja socjalna i jako wojna domowa. Nikt nie jest tak źle poinformowany, żeby nie wiedzieć, że czynnikiem rozstrzygającym, bez którego i jedno, i drugie rozegrałoby się zupełnie inaczej, była Armia Radziecka. Rzeczywistość społeczna nigdy nie daje się zredukować do jednego wymiaru czy jednej zasady. Nigdy nie jest tylko rewolucją czy tylko demokracją i chociaż wojna przygniata wszystko, nigdy społeczeństwo nie żyje wyłącznie wojną.
„Żołnierze wyklęci” walczyli – mówi się – o „wolność”, o „niepodległość” i dobrze byłoby się dowiedzieć, co konkretnie te słowa znaczą. Kolejne pokolenia studentów filozofii Uniwersytetu Warszawskiego opowiadają sobie o rewolwerze, z jakim Leszek Kołakowski, student wówczas i członek komunistycznych organizacji, przychodził na wykłady. On sam o tym mówił w filmie telewizyjnym. Dlaczego on i inni w jego położeniu byli uzbrojeni, przed kim mieli się bronić? To nam coś mówi o „żołnierzach wyklętych” – właśnie przed nimi.
SLD – OTWÓRZ SIĘ! Aktywiści partyjni myślą o swoich karierach i jeśli mają rozum w głowie, starają się konsekwentnie działać w sposób, który nie tylko im samym daje satysfakcję, ale ich partię wzmacnia. Ta oczywistość nie dla wszystkich jest oczywista. Działacze SLD długo eksperymentowali z młodymi, zanim wybrali na przewodniczącego najwybitniejszego polityka lewicy. Pod przewodnictwem pierwszego młodego partia spadła w sondażach do 2%. Dziś osiąga 10% i więcej, co nie jest dużo, ale pięć razy więcej niż dwa. I więcej niż 8. Działaczom zabrakło jednak konsekwencji i na zastępcę dali Millerowi Oleksego, który wprawdzie wszędzie jest potrzebny, ale przypuszczalnie krępuje mu ruchy. W swoich licznych wypowiedziach telewizyjnych nieraz od Millera się dystansuje. Można przypuszczać, że Ryszard Kalisz ze swoją ekumeniczną lewicowością jest mniejszym kłopotem. Ciągle się słyszy skierowane do SLD apele, aby ta partia otworzyła się na inne nurty lewicy, jak Ruch Palikota, trzy PPS-y, Wolne Konopie itp. Najczęściej jednak mówi się o otwarciu na osoby byłych polityków SLD, którzy w taki lub inny, przeważnie niehonorowy, sposób z tą partią się pożegnali. Otóż samo wołanie o otwarcie się jest słuszne, ale otwierać się trzeba w inną stronę: na bezrobotnych, na grupy społeczne pokrzywdzone przez politykę rządów PO i PiS, takich jak tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi wyzutych z mieszkań lub obciążonych czynszami nie do udźwignięcia. Jest nie do pojęcia, że partia lewicowa zachowuje tchórzliwą obojętność na krzywdy spowodowane przez reprywatyzację domów mieszkalnych i terenów miejskich. Działalność Piotra Ikonowicza, który z oddaniem poświęcił się tej sprawie, została rozmyślnie przemilczana przez media. Nie wydaje się, aby udało się przemilczeć działania partii. Ludzie zostali tak otumanieni przez „antykomunizm” i tak przestraszeni, że utracili zdolność obrony swoich najelementarniejszych interesów. Zgadzam się, że własność jest prawem naturalnym, ale własność pochodząca z własnej pracy. Solidarnościowa, platformerska i kaczystowska reprywatyzacja jest rabunkiem w przebraniu prawa spadkowego. Beneficjentami urzędowego „antykomunizmu” są często szemrani spadkobiercy i chodzi nie tylko o to, że ich fałszywe tytuły własności nie są weryfikowane. Nikt nie ma i nie może mieć tytułu do tego, aby ludzi pozbawiać mieszkań, które przez wiele, nieraz kilkadziesiąt, lat legalnie posiadali. Rugi mieszkaniowe świadczą jak najgorzej o ustawodawstwie i orzecznictwie w Polsce, a także o postsolidarnościowej polityce socjalnej. Nie do pomyślenia taka polityka byłaby w krajach starego kapitalizmu, jak Niemcy na przykład. Gdy Ludwig Erhard przeprowadzał swoje sławne reformy, mieszkania zostały wyłączone z systemu wolnego rynku.
Wymieniam tylko jedną grupę pokrzywdzonych, na którą trzeba „się otwierać”, a przecież większa część młodego pokolenia jest w perfidny sposób krzywdzona, oszukiwana, o czym przekona się z czasem.
KOŚCIÓŁ CIERPIĄCY CZY OFENSYWNY? Cytowanie z gazety o masowym nakładzie w tygodniku w mniejszych ilościach sprzedawanym nie jest może dobrą praktyką, ale trafiają się spostrzeżenia, sądy, którym należałoby dać jak najdłuższą obecność w pamięci ludzi. Profesor Andrzej Walicki pisze w artykule „Odwieczny naród. Czyżby?”, będącym recenzją książki o kształtowaniu się tożsamości narodowej: „Autorowi imponuje rozmach mobilizacyjnej kampanii Kościoła przeciwko PRL-owi – kampanii, jak przypomina, nieustannej, w formie przygotowań do Ślubów Narodu Polskiego (1955), Roku Królowej Polski (1956-1957), Wielkiej Nowenny Narodu (1957-1966)… Odnotowuje z pewną ironiczną satysfakcją, że kontrmobilizacja władz PRL-u była nieudolna, sporadyczna, lękliwa i spóźniona… – co przeczy oczywiście rozpowszechnionemu poglądowi, jakoby w stosunkach państwo-Kościół stroną zaczepną i ofensywną byli zawsze i tylko »komuniści«. (…) Zgoda też, że partia, wciąż krytykująca po roku 1956 własną przeszłość i starająca się o legitymację narodową, była stroną słabszą (w dziedzinie „rządu dusz” – B.Ł.), niemającą szans na skuteczne przeciwstawienie się kościelnej ofensywie. Cenię autora za to, że napisał o tym wprost, nie ulegając nawykowi przedstawiania Kościoła polskiego jako ofiary nieustannej antykatolickiej nagonki” („Gazeta Wyborcza”, 23 lutego 2013). Komentarz może tylko osłabić wymowę tych stwierdzeń.
Bronisław Łagowski

Wydanie: 11/2013

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy