Czy uwierzyć „złym”?

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, jak mówią etnografowie.
W wyniku przesłuchań, jakie prowadzi komisja Nałęcza, nie jesteśmy ani trochę bliżej odpowiedzi na pytanie, kto do kogo przyszedł i po co, nie wiemy też dokładnie, do czego chce doprowadzić ta komisja, ale za to na marginesie jej przesłuchań zarysowało się kilka niebagatelnych problemów dotyczących tak zwanego ładu medialnego, od których nie ma już ucieczki.
Te problemy, szczerze mówiąc, powinny być już dawno rozwiązane i sam pamiętam, jak parę ładnych lat temu, u schyłku prezesury Andrzeja Drawicza, podróżowałem co jakiś czas do Manchesteru, gdzie mieścił się związany z Radą Europy The European Institute for the Media, instytucja, w której europejscy głowacze na setkach stron druku zastanawiali się, co to jest właściwie ład medialny i jak może on wyglądać w epoce deregulacji, czyli zdecentralizowanych systemów radiowo-telewizyjnych.
Dzisiaj pewnie jest tych stron dużo więcej, dotyczą one także miejsca telewizji publicznych w systemie medialnym, nie sądzę jednak, aby ktoś je u nas czytał, ale nie czas żałować róż, jak mówią etnografowie. Przyszły one bowiem do nas dzięki przesłuchaniom komisji i dowiedzieliśmy się, na czym naprawdę polega zasadniczy spór wokół naszych mediów i ustawy o mediach. Jest to więc – o czym pisał niedawno w „Przeglądzie” p. Walenciak – przede wszystkim spór o ogromny, wart 2 mld zł rynek reklamowy, toczony między telewizją publiczną a telewizjami komercyjnymi. Ale jest to także – o czym pisał już w roku 1990 w książce „Les obligations culturelles de la radiodiffusion” wspomniany przed chwilą instytut – spór o to, czy systemy radiowo-telewizyjne mają w ogóle jakiekolwiek „zobowiązania kulturalne” wobec społeczeństwa.
W trakcie tego sporu zarysował się u nas podział na „dobrych”, którzy w imię wolności deregulowanych (a więc regulowanych jedynie przez pieniądze i komercyjne prawa rynku) mediów chcą równego dla wszystkich nadawców dostępu do rynku medialnego, oraz „złych”, którzy starają się za pomocą środków ustawowych dać duże fory mediom publicznym znajdującym się w rękach państwa.
„Dobrych” jest mnóstwo i nie trzeba ich opisywać. Zaś rolę „złych” grają u nas przede wszystkim prezes TVP SA, p. Robert Kwiatkowski, sekretarz KRRiTV, p. Włodzimierz Czarzasty, oraz w pewnym stopniu pani Aleksandra Jakubowska. Cechą wyróżniającą „złych” jest to, że przed Komisją Śledczą zabrakło im dostatecznej pokory, aby porzucić swoje poglądy, a także swoje stanowiska, nawet na życzenie prezydenta i Komisji Śledczej. Ich cechą dodatkową jest zaś to, że starali się przedstawić dość zborny projekt telewizji publicznej i jej miejsca na tle polskiego ładu medialnego, broniąc go butnie i nieposłusznie.
Rząd – co wynikło jasno z zeznań premiera – był początkowo po stronie „złych”, czemu służyć miała proponowana ustawa, później jednak, także pod zmasowanym ogniem z zagranicy, przeszedł na stronę „dobrych”, czemu służyć miała rządowa autopoprawka do ustawy, w której oprócz innych ustępstw ofiarowano mediom komercyjnym radiowe i telewizyjne prawa autorskie jako kość zgody do swobodnego ogryzania.
W tej chwili zaś, jak wiadomo, panuje w tym sporze pat pozwalający na chwilę namysłu.
Nie można wykluczyć, że „źli”, obstając przy obronie mediów publicznych jako tych, których obowiązkiem jest nie tylko gromadzenie pieniędzy, lecz także misja kulturalna i oświatowa, są wilkami w owczej skórze. Jakiś czas temu w obszernym artykule w „Gazecie Wyborczej” p. Joanna Szczepkowska opisała, jak Teatr Telewizji przestał być teatrem, niedawno zaś w „Polityce” p. Izabella Cywińska pokazała, jak demon oglądalności spycha z ekranu telewizji publicznej wszystko, co znajduje się powyżej pasa, z głową włącznie. Ja sam również mógłbym ułożyć zgrabny tomik z tekstów, które napisałem na temat komercjalizacji i tandetyzacji telewizji publicznej, oddalających ją od przypisanej jej misji kulturalnej i społecznej. A więc na oko „źli” mają przechlapane.
Nowością jednak w ich postawie jest to, że zeznając przed komisją i poza nią, przyznają już teraz otwarcie, że wiedzą, jak daleko im do telewizji publicznej z prawdziwego zdarzenia. Ale żeby nią zostać, potrzebują pieniędzy. Pieniędzy z uczciwie inkasowanego abonamentu. Z płatnych kanałów tematycznych. Z archiwum, które jest dorobkiem TVP SA. A także, owszem, z reklam. I wszystko to razem ma im dopomóc stać się telewizją społecznie użyteczną. Z produkcją teatralną i filmową na poziomie wyższym niż „Plebania”, a nawet „Klan” i do której w dodatku nie musiałyby koniecznie lgnąć tłumy analfabetów i reklamy wielkich koncernów. Oraz z układem programu, w którym utwory podejrzane o wartości umysłowe, artystyczne, kulturalne czy też społeczne nie będą spychane na godziny nocne, kiedy uczciwe telewizje emitują zbrodnię i pornografię, my zaś Tomasza Manna i Ludwika van Beethovena.
Wybór, przed którym stoimy, polega więc na tym, czy uwierzyć obietnicom „złych” i uchwalić ustawę dającą fory telewizji publicznej, czy też uwierzyć „dobrym”, którzy niczego nie obiecują poza tym, że będą bogatsi i dotrzymają tej obietnicy.
Możliwe jest jeszcze trzecie wyjście. Może nim być na przykład narzucenie wszystkim nadawcom obowiązków kulturalnych, artystycznych, społecznych i edukacyjnych. Słowem – zmuszenie ich do służby publicznej. Wilk byłby syty i owca cała, jak mówią etnografowie.
Ale kto mógłby to zrobić? Może Krajowa Rada RiTV? Ale jak by się to miało do wolności mediów, za którą obstają „dobrzy”? Czy nie oznaczałoby to systemu nakazowego wobec mediów oraz cenzury, a więc dwóch upiorów, które niedawno przebiliśmy osinowym kołkiem, jak mówią etnografowie? A wreszcie, jak by się to miało do samej Krajowej Rady, która właśnie przechodzi transformację personalną, nie wiadomo tylko, w jakim kierunku – ciała politycznego, reprezentacji etycznej środowisk kulturalnych czy też wreszcie kompetentnego regulatora prawnego ładu medialnego, czym są takie rady w krajach, w których funkcjonują one całkiem nieźle.
Komisja Nałęcza, nie mając wcale takiego zamiaru, postawiła te kwestie z całą jasnością, ale człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi, jak mówią etnografowie. Wybór jest trudny, chociaż prawdę mówiąc, nie ma wyboru, jeśli ustawodawcom w ogóle zależy jeszcze na czymś takim jak „zobowiązania kulturalne” mediów. Ale czy im zależy?
Głowa mała, jak mówią etnografowie.

Wydanie: 20/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy