Do czego Polska doszła?

Do czego Polska doszła?

Zgadało się o polityce gdzieś podczas Okrągłego Stołu ze znanym opozycjonistą, liberalnym katolikiem, późniejszym ministrem w rządzie solidarnościowym. Jedną z możliwości wówczas rozważanych było przejęcie rządów przez chrześcijańskich demokratów. „Jeżeli mieliby rządzić chadecy, to ja już wolę PZPR”, powiedział ów liberalny katolik. Wówczas mnie to tylko lekko zdziwiło, dopiero teraz trudno w to uwierzyć. W środowiskach liberalnych, także katolickich, istniała obawa przed rządami ugrupowań blisko związanych z Kościołem. Jerzy Turowicz miał więcej zaufania i sympatii do „lewicy laickiej” niż do takich skądinąd godnych szacunku współwyznawców, jak Andrzej Micewski czy profesorowie Wiesław Chrzanowski, Andrzej Stelmachowski, nie mówiąc już o Ryszardzie Benderze. Widząc naturalny niejako napór politycznego katolicyzmu, inteligencja liberalna pocieszała się, że w Polsce partia chadecka nigdy nie była dominująca, nie ma się więc czego obawiać; liberalne siły wypełnią błogosławioną pustkę po PZPR. Gdy jednak tę pustkę zaczęły z czasem wypełniać różne kościelne emanacje partyjne, pocieszano się, że przynajmniej nie są one nacjonalistyczne. Prędko okazało się, że są. Dalejże więc się pocieszać, że nie ośmielą się być antysemickie. Jednak się ośmieliły. Wszystko to przebiegało w cieniu walki z „postkomunizmem” i kto nie chciał, mógł nie widzieć, co się dzieje. Na niebezpieczeństwo nacjonalistycznego (w domyśle też: katolickiego) skrzywienia polskich przemian zwracał zawczasu uwagę Adam Michnik, ale został zakrzyczany i nawet dziś, gdy smutne przepowiednie się spełniły, odmawia mu się racji i to tak zaciekle, że on sam, zdaje się, zwątpił w to, co dobrze wiedział.
Cofnijmy się do czasów PRL. Inteligencja liberalna, chociaż nie mówiła swoim językiem, to jednak po swojemu myślała. Miała ona dwóch wrogów: realnego, któremu nie mogła dać rady i ideowego, który mógł się urealnić w nieznanym dniu i nieznanej godzinie. Pierwszym było totalne państwo, drugim racjonalizm. Dziś mało kto pamięta, ile wnikliwości wkładano w śledzenie podtekstów nacjonalistycznych w różnych publikacjach politycznych i literackich, a także w filmach. Antoni Słonimski bardzo sarkał nawet na „Krzyżaków” Aleksandra Forda. Spór „szyderców” z „bohaterszczyzną” miał sens polityczny. Gdy pojawiły się ugrupowania opozycyjne, inteligencja liberalna bardzo podejrzliwie podchodziła do ugrupowań rozpoznanych jako nacjonalistyczne. Potrafiła rzucać podejrzenia prawdziwe i nieprawdziwe ograniczające zasięg ich oddziaływania. W pozacenzuralnym, nielegalnym czasopiśmie „Krytyka” Jacek Kuroń pisał w 1978 r., że komunizm jako ideologia już nie istnieje, teraz głównym wrogiem jest nacjonalizm. Antyklerykalna i antynacjonalistyczna była również paryska „Kultura”. To stanowisko najdobitniejszy wyraz znalazło w esejach Czesława Miłosza.
Oto co się teraz dzieje: radiostacja kierowana przez brutalnego mnicha, pełne wcielenie tego co inteligencja liberalna nazywała kiedyś nacjonalistycznym i katolickim ciemnogrodem, staje się prawie oficjalnym organem, a już bez „prawie” uprzywilejowanym środkiem przekazu premiera i jego ministrów. Co na to inteligencja liberalna? Żadnej oceny pryncypialnej z tej strony nie słyszymy. Jedni, którzy uwewnętrznili sobie pluralizm i wielokulturowość mówią, że Radio Maryja i Telewizja Trwam „wzbogacają horyzont ideowy”, drudzy, liberałowie wyznania bardziej gdańskiego, powiedzą, że o. Rydzyk zwiększa ofertę medialną. Większość poprzestaje na kpinkach i kąśliwych uwagach.
Nie można powiedzieć, że inteligencja liberalna w całości, jak jeden mąż, opuściła swoje stanowisko, porzuciła swoją tradycję i przeszła na stronę zwycięskich politycznie przeciwników. Kilka wybitnych jednostek, jak np. Barbara Skarga, Jerzy Jedlicki czy Wiktor Oriatyński zaświadczają przy różnych okazjach, że ta formacja jeszcze nie zginęła i może odwojować utracone wpływy. Nic jednak nie zapowiada, żeby mogło nastąpić to wkrótce.
(Mówiąc tu o liberalizmie, mam na uwadze jego odmianę oświeceniową, a nie kontrkulturową, która kwitnie i ułatwia działanie konserwatywnej rewolucji).
Platforma Obywatelska jest partią odrzuconą przez Radio Maryja nie ze swojej winy. Robi ona wszystko, aby zyskać wyraźne poparcie ze strony Kościoła. Szukała swojego Rydzyka i myśli, że znalazła go w osobie arcybiskupa Dziwisza. Platforma obiecuje, że w razie dojścia do władzy zwiększy nakłady na rozwój nauki. Ale nie jakiejkolwiek nauki, lecz nauki najwyższej, królowej nauk, mianowicie teologii. „Politycy Platformy zgromadzili wokół siebie duchownych intelektualistów, m.in. rektorów katolickich uczelni, którym obiecali walkę o dofinansowanie. (…) Takim działaniem są już projekty ustaw zgłoszonych przez PO. Chodzi o dotacje z budżetu państwa dla Papieskich Wydziałów Teologicznych w Warszawie i Wrocławiu…” („Gazeta Wyborcza”, 9.01.) Pod światłymi ewentualnymi rządami PO nauka polska bardzo się rozwinie, doścignie i prześcignie amerykańską agencję NASA, bo teologia sięga dalej, zna się na całym wszechświecie, Bogu i niebie. Oprócz pieniędzy na rozwój teologii liderzy PO obiecali arcybiskupowi Dziwiszowi pierwsze miejsce w Episkopacie („Bo przyszła głowa Kościoła katolickiego w Polsce – powiedział Rokita o abp. Dziwiszu – mówi do nas: Nie zostaniecie sami” („Gazeta Wyborcza”)).
Doktryna nacjonalistyczna to jedno i jeszcze nie najgorsze. Do nieszczęścia dochodzi, gdy naród zostaje poddany takiemu praniu mózgów, że staje się dziwadłem w Europie. W tym praniu mózgów partia uchodząca za liberalną nie daje się wyprzedzić Radiu Maryja. Gdyby Platformie Obywatelskiej udało się wykreować jakiś „kościół łagiewnicki”, byłby on w swoich złych cechach jeszcze gorszy od toruńskiego pierwowzoru.

Wydanie: 4/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy