Domy niespokojnej starości

Domy niespokojnej starości

Demencja w prajmtajmach: poczytny tygodnik publikuje wywiad z prof. Jadwigą Staniszkis, choć ta wedle córki cierpi na starcze otępienie; Anthony Hopkins dostaje Oscara za rolę chorego na alzheimera; lada moment w kinach premiera gwiazdorsko obsadzonej „Supernovej” (demencja wystawia na próbę wieloletni związek pary gejów), tyle co z ekranów zszedł „Relic”, opowiadający o starczej demencji w gatunkowych ramach horroru.

U mnie w rodzinie po mieczu dziedziczy się senioralne zaburzenia umysłu właściwie bez wyjątków – jeśli dożyję starości, dożyję też alzheimera; nie powiem, żebym się tą świadomością na co dzień zadręczał, ba, paradoksalnie raczej wzmaga ona we mnie radość życia w czasie teraźniejszym, skoro żadnego wspominania dawnych dobrych czasów z wnukami przy kominku nie będzie. Babcia i jej rodzeństwo odchodzili wiele lat w nieświadomościach, o których nie sposób powiedzieć, że były błogie; ojcu ciało odmówiło posłuszeństwa nieco szybciej niż umysł. Nigdy nie zapomnę zrozpaczonej miny, z którą matka kiedyś powitała mnie na korytarzu DPS-u przerażającym odkryciem: „On  w i e, gdzie jest”. Myśleliśmy: tata wierzy, że jest w szpitalu, z którego wyjdzie, jak tylko skończy się długotrwała kuracja, tą myślą się pocieszaliśmy, oczyszczaliśmy się nią z wyrzutów sumienia. Nie było nas stać na hospicjum klasy luks, wierzyliśmy w uczciwość i sumienność personelu, właściwie tylko raz matka urządziła słuszną awanturę na widok ojca… przywiązanego do krzesła. Przez całe życie uwielbiał się rozsiadać w fotelu i kłaść nogi na stoliku, w takiej półleżącej pozycji czytał, dumał, drzemał, oglądał telewizję – to przyzwyczajenie przeniósł do domu spokojnej starości, z fotelu na hospicyjne krzesło. Próbował umościć się tak, żeby wyciągnąć nogi na stolik, ale oczywiście to mu się nie udawało, w efekcie osuwał się z krzesła na podłogę, a potem nie umiał się wgramolić z powrotem; pielęgniarki nie były w stanie mu wyperswadować starego przyzwyczajenia, więc postanowiły go przypinać pasem do krzesła, żeby z niego nie spadał. Kiedy matka pierwszy raz zobaczyła go w tej pozycji, wyglądał jak ofiara napadu, brakowało mu tylko knebla w ustach, zrobiła raban, obiecaliśmy, że mu dostarczymy prawdziwy fotel, ale wkrótce potem nie miał siły już nawet siedzieć. Znękanemu chorobą, było mu już wszystko jedno, czy to dom starców, czy oddział geriatryczny szpitala miejskiego, czas i miejsce przestały mieć znaczenie, skoro żadnej akcji nie było. Najważniejsze, że nie czuł się sam – do końca rozpoznawał bliskich, domagał się ich obecności, choć mózg dawno stracił funkcje kontrolne nad ciałem. Wypowiadał imię swojej żony, do samego końca to ją przywoływał, czyli jego choroba nie zdążyła spustoszyć pamięci zupełnie, wszak nie wzywał osób dawno umarłych, nie wołał swojej mamy, jak to czynią chorzy w zaawansowanej fazie choroby, jak to czyni bohater oscarowego „Ojca” Floriana Zellera.

Ten film, autorska adaptacja sztuki teatralnej, trochę niestety „glamouryzuje” chorobę alzheimera; nie zachwyca dlatego właśnie, że jest zachwycający – w aktorskiej wirtuozerii Hopkinsa, w misternie zapętlonym scenariuszu, w buñuelowskim pomyśle na obsadzenie różnych aktorów w tych samych rolach (tyle że w „Mrocznym przedmiocie pożądania” był to zabieg oddający dwoistość kobiecej natury, tu po prostu pomaga nam zrozumieć zaburzenia postrzegania), także w zachwycającej twarzy Olivii Williams. Niedoszła pani Sikorska, najpiękniejsza po mojej Żonie kobieta świata, jest opiekuńczym aniołem bohatera w luksusowym domu starców – och, jeśli cała ta demencja kończy się tym, że człowiek ląduje w ramionach Olivii Williams, nie ma się czego bać…

Znacznie ciekawiej poradziła sobie z tematem Natalie Erika James, która fenomenalną etiudę „Creswick” rozwinęła w pełnometrażowy „Relic”, zamieniając dramat córki odkrywającej początki demencji ojca na klaustrofobiczną opowieść o trzech pokoleniach kobiet, w których domostwie choroba Alzheimera lęgnie się dosłownie jako ucieleśniony demon. Wolę wersję krótkometrażową, która potrafi przerazić nawet… oparciami krzeseł. Kobieta odkrywa chorobę ojca stolarza, widząc w jego warsztacie kolejne, coraz bardziej dziwaczne i niefunkcjonalne modele krzeseł – rutyna jeszcze pozwala je wykonać, ale umysł już nie ogarnia formy. W obu filmach powtarza się personifikacja choroby jako nagiego upiora, który dosłownie wiesza się na dotkniętych chorobą postaciach. „Relic” jest już właściwie klasycznym filmem grozy, wygrywającym dwuznaczność stwierdzenia „babcia już nie jest sobą”. Nieoswojona, narowista bestia grasuje po domu niespokojnej starości, przy czym amnezja jest bodaj najłagodniejszym z figli, które płata. Strasznie dobre kino.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 24/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy