Dziennikarstwo od nowa

Dziennikarstwo od nowa

Amerykańskie media muszą ponownie określić swoją misję

Choć kontrowersje w świecie mediów za oceanem są codziennością, rzadko kiedy ich żywotność wykracza poza pojedynczy cykl informacyjny. Skandale, kłótnie, niepoprawne politycznie komentarze pojawiają się i szybko znikają. O ile więc nie może dziwić sama dyskusja na temat rasowych aspektów pracy dziennikarskiej czy poruszania tematu rasizmu, wciąż w Stanach Zjednoczonych obecnego wręcz systemowo na wielu płaszczyznach życia, o tyle przedłużanie się tej dyskusji, trwającej ponad dwa lata, to znak, że chodzi o coś więcej niż zwykłą medialną przepychankę.

Tak się dzieje w przypadku projektu redakcji „New York Timesa”, zwanego „1619”, poświęconego historii niewolnictwa i wykluczenia na tle rasowym w USA. Tytułowa data to rok, w którym do brzegów ówczesnych brytyjskich kolonii przybił pierwszy statek z niewolnikami z Afryki. W ramach tej inicjatywy „New York Times” opublikował wiele felietonów, reportaży, materiałów multimedialnych, prowadził też podcast i stworzył serię krótkich filmów wideo.

Mimo że mowa o jednej z największych i najzasobniejszych redakcji na świecie, nawet jak na „NYT” było to przedsięwzięcie niesamowicie szeroko zakrojone. Nie tylko zresztą ze względu na wyzwania techniczne i logistyczne. „1619” miał tak naprawdę wymiar cywilizacyjny, bo od początku dążył do ustanowienia zmiany pozornie niewyobrażalnej. Stwierdzeniem założycielskim projektu było bowiem zdanie, że Ameryka nie zaczęła się w roku 1776, jak uczy konwencjonalna historia, tylko właśnie w 1619. Innymi słowy, „NYT” chciał powiedzieć czytelnikom, że ich kraj trwa tak długo jak segregacja rasowa na jego terytorium.

Koordynatorką „1619” została Nikole Hannah-Jones, o której można powiedzieć, że jest jedną z najbardziej polaryzujących dziennikarek w Stanach. Od zawsze zajmowała się tematami rasowymi, jednak jej zaangażowanie w „1619” przyniosło nie tylko wielką, ogólnokrajową rozpoznawalność, lecz także licznych wrogów. Co ciekawe, ci ostatni pojawili się nie tylko na republikańskiej prawicy. „1619” okazał się bowiem zbiorem niesamowicie bogatych materiałów dziennikarskich, poruszających ważny społecznie temat, aczkolwiek stworzonych pod bardzo konkretną tezę. Tezę, dodajmy, z którą nie zgadzali się nawet przychylni sprawie eksperci zajmujący się tematami rasowymi.

Kilka miesięcy po premierze cyklu „New York Timesa” w magazynie „Politico” ukazał się esej, którego autorem była prof. Leslie Harris z Northwestern University, jedna z najlepszych w USA specjalistek od historii niewolnictwa i wykluczenia rasowego. Harris opisała w nim kulisy pracy nad „1619”, bo redakcja „NYT” zaprosiła ją do współpracy w celu weryfikacji faktów i niektórych argumentów zawartych w tekstach. Już we wstępie do pierwszego pojawiło się stwierdzenie, które do dziś wzbudza gigantyczne kontrowersje. Nikole Hannah-Jones napisała bowiem w eseju, że niewolnictwo leży u źródła nie tylko amerykańskiej opowieści narodowej, ale też całej państwowości. Według niej wojna o niepodległość kraju wybuchła dlatego, że mieszkańcy kolonii, przerażeni rozchodzącymi się po całym imperium brytyjskim plotkami o możliwej abolicji, przestraszyli się utraty swoich niewolników. Dlatego chwycili za broń i wybili się na niezależność od korony.

Harris nie tylko klasyfikuje to stwierdzenie jako przesadzone, wręcz otwarcie mijające się z prawdą, ale też dodaje, że o błędzie poinformowała redakcję. Mimo to zespół pracujący nad „1619” jej komentarz zignorował. Temperaturę sporu podnosi fakt, że obie kobiety zaangażowane w spór są czarnoskórymi Amerykankami, udzielającymi się w środowiskach postępowych. Harris, pisząc dla „Politico”, niuansowała sprawę, podkreślając, że choć w „1619” są błędy merytoryczne, których dało się uniknąć, projekt ma ogromne znaczenie i jest bardzo potrzebny. Niechcący przyczyniła się jednak do nakręcenia spirali krytyki wobec „NYT”, którego redakcji zarzucono, nie do końca bezpodstawnie, że wyszła z roli dziennikarskiej, zajmując pozycję wręcz polityczną.

Długo nic sobie z tych zarzutów w „NYT” nie robiono; projekt był rozwijany – wspólnie z Pulitzer Center powstał nawet sylabus do nauczania historii w szkołach, stawiający sobie za cel odkłamanie narracji o Ameryce jako kraju stworzonym wyłącznie przez białych ludzi. Im więcej jednak było wokół „1619” kontrowersji, tym bardziej rosła presja, by redakcja zajęła stanowisko. Zwłaszcza że napływały kolejne listy otwarte, podpisane przez historyków, choć najczęściej byli to biali, konserwatywni mężczyźni. Odpowiedź była wyważona, aczkolwiek „NYT” musiał się przyznać do nagięcia zasad. Hannah-Jones przeprosiła za nadużycie w informacji o wojnie o niepodległość, obiecując zmianę kontrowersyjnego zdania w książkowej wersji projektu, na który podpisała kontrakt z Penguin Random House.

Mimo to „1619” nadal dzieli amerykańskie dziennikarstwo. Nie tylko z uwagi na podejście do kwestii rasowych, ale też ze względu na wyznaczanie granic tego, co w dziennikarstwie robić wolno.

Ta historia jest zresztą wierzchołkiem góry lodowej. „1619” rozkręcił debatę, ale szybko przestał być jej najbardziej kontrowersyjnym elementem. W styczniu 2021 r. niecodzienny list do czytelników opublikował dziennik „Boston Globe”, jedna z najlepszych gazet miejskich w całej Ameryce, rozpoznawalna globalnie dzięki zaangażowaniu jej dziennikarzy w rozpracowywanie afery pedofilskiej w Kościele, unieśmiertelnionemu w oscarowym filmie „Spotlight”. Redakcja zapraszała do wspólnego „nowego startu”. Osoby, które w przeszłości dopuściły się przestępstw o niskiej szkodliwości i odsiedziały już karę więzienia, mogą wnioskować o usunięcie z redakcyjnych archiwów internetowych artykułów o ich wykroczeniach. Żeby tak się stało, muszą przedstawić odpowiednią dokumentację (o postępowaniu sądowym i odsiedzianym wyroku), ale też opowiedzieć „swoją historię”, w której udowodnią, że istnienie tych artykułów w przestrzeni internetowej negatywnie wpływa na ich życie.

„Boston Globe” przekonuje, że chce w ten sposób naprawić błędy amerykańskiego dziennikarstwa z przeszłości, kiedy to dość powszechną praktyką było publikowanie w gazetach (a potem w internecie) fotografii właśnie aresztowanych przestępców, co miało wartość tyleż informacyjną, ile sensacyjną. Jednocześnie „nowy start” ma pozwolić byłym osadzonym lepiej odnaleźć się w społeczeństwie. W Stanach Zjednoczonych nielegalne jest bowiem pytanie kandydatów na pracowników o ich historię kryminalną, ale pracodawcy często łamią tę zasadę za pomocą Google’a. Aby więc zapobiec szufladkowaniu tych osób, gazeta chce usuwać również cyfrowe ślady doniesień o ich przestępstwach.

Sprawa ma też podtekst rasowy, bo zdecydowana większość osób, które cierpią z powodu internetowej kartoteki, to w Ameryce osoby czarne. I zgodnie z przewidywaniami decyzja „Boston Globe” momentalnie podzieliła świat mediów. Część krytyków jednoznacznie stwierdziła, że gazeta w ten sposób produkuje fake news, przepisując historię na nowo. Co ostrzejsze głosy widziały w tej kampanii stalinizm albo zagrania rodem z Orwella. Z drugiej strony wiele organizacji dziennikarskich, chociażby związane z Uniwersytetem Harvarda Laboratorium Niemana, zajmujące się badaniem amerykańskich mediów, bostońską redakcję pochwaliło i zachęciło inne tytuły, by wprowadzały podobne rozwiązania, podkreślając, że każdy zasługuje na drugą szansę.

Wreszcie gdzieś pośrodku stanęli ci, którzy pobudki „Boston Globe” rozumieli, ale oskarżali redakcję o koniunkturalizm, uważając „nowy start” za próbę podłączenia się pod prąd społeczny wywołany ruchem Black Lives Matter. Jakkolwiek jednak oceniano by tę decyzję, jest już przykładem dla reszty Ameryki, a ruch ten trudno będzie zatrzymać, nawet jeśli komuś bardzo by na tym zależało.

Przykładów zaangażowanego dziennikarstwa jest w USA coraz więcej. I choć nie jest to zjawisko nowe, tym razem przybiera inną formę, bo angażują się całe instytucje, a nie pojedynczy autorzy. Polaryzację dziennikarstwa zwiększają również politycy, np. burmistrzyni Chicago Lori Lightfoot stwierdziła niedawno, że rozmawiać będzie tylko z czarnymi przedstawicielami mediów. Białym na pytania nie odpowie, nie udzieli wywiadów, nie wpuści ich nawet na konferencję. Wszystkie te historie pokazują dobitnie – zresztą nie tylko w kontekście amerykańskim – że aktywizm i dziennikarstwo coraz bardziej się łączą. Trudno stwierdzić, czy jeszcze da się je oddzielić. Bo na pytanie, czy w ogóle powinno się próbować, i tak każdy ma własną odpowiedź.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. AFP/East News

Wydanie: 29/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy