Gęby za lud krzyczące

„Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie, a gęby za lud krzyczące sam lud w końcu znudzą” (A. Mickiewicz). Nasi parlamentarzyści nie znają widocznie dzieł narodowego wieszcza, kłócą się bowiem w kółko bez opamiętania.
No cóż. Parlament jest w końcu od gadania. Ale nasi wybrańcy mówią nieraz tylko dlatego, żeby – jak to określił H. Sienkiewicz w „Potopie” – „Para w gębie się zagrzała i żeby język nie rozmiękł, co się od przydłuższego milczenia snadnie przytrafić może”.
Gadania tego mamy wszyscy już dość. Niezadowolenie wyborców sięgnęło zenitu, gdy grupa prawicowych posłów dopuściła się na posiedzeniach Sejmu w dniach 28 lutego i 1 marca 2002 r. napaści na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej za obarczanie narodu polskiego winą za zbrodnię w Jedwabnem oraz na prezesa Narodowego Banku Polskiego, za „holocaust na polskim społeczeństwie”, tudzież za jego „kamienowanie”.
Czy mówcy przekroczyli granice wolności poselskiego słowa?
W zasadzie posłowie, jak inni mówcy, mają prawo posługiwania się metaforami (przenośniami), czyli wyrażeniami obrazowymi o znaczeniu podobnym do innych słów (np. kamienne serce). Rozpowszechnione są nie tylko w poezji i w całej literaturze pięknej. Od niepamiętnych czasów sięgali do nich sądowi i polityczni mówcy. Metafory wzmacniają siłę przekonywania będącą istotą retoryki. Już Arystoteles mówił, że retoryka jest sztuką wynajdywania wszystkiego, co w mowie może mieć znaczenie przekonujące (M. Korolko „Sztuka retoryki”, Warszawa 1990, s. 35).
Z uwag tych nie należy wnosi, że za pomocą metafor wolno pomawiać kogokolwiek o niecne czyny lub używać ich wbrew dobrym obyczajom. Głównym celem retoryki jest uczciwa, rzetelna perswazja. Etos przekonywania polega na powstrzymywaniu się od metod wątpliwych etycznie (Korolko, jw. s. 30). Taka jest teoria. A praktyka? Mówca, zwłaszcza polityczny, nie może oprzeć się pokusie zastosowania nieuczciwego fortelu w celu przeforsowania swoich racji. Protagoras, grecki sofista, mówił wprost, że sztuka wymowy może mniej trafne ujęcie utrzymać górą. Sofiści wymyślili nawet teorię prowadzenia sporów (erystykę) zawierającą wskazania, jak pokonać przeciwnika, bez względu na to, po czyjej stronie jest słuszność. Tak też rozumiał istotę erystyki Artur Schopenhauer, filozof nowożytny, który w swej książce „Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów” przedstawił chwyty użyteczne dla mówcy chcącego za wszelką cenę, nawet za cenę prawdy i słuszności, wygrać sprawę i przekonać słuchaczy, że racja jest po jego stronie.
Wróćmy jednak do „naszych baranów”, czyli bohaterów wspomnianych wyżej sesji sejmowych (to nie obraza, lecz metafora, którą posługują się Francuzi w sytuacjach, gdy trzeba powrócić do przerwanego tematu: revenons a nos moutons). Czy obrazowe określenia przez nich użyte (wyżej cytowane) można uznać za zniewagi? Czy nie były to raczej jedynie retoryczne zwroty o silnym ładunku emocjonalnym, mające uwydatnić negatywną ocenę prezesów IPN i NBP?
Nikt racjonalnie myślący nie dopatrzy się w zarzucie, że L. Balcerowicz dopuszcza się zbrodni holocaustu czy też, że kamienuje naród polski, pomówienia, iż prezes NBP czyni to w rzeczywistości. Porównania te były jednak wysoce obraźliwe, gdyż miały zdyskwalifikować go moralnie jako człowieka podobnego ludobójcom czy fanatycznym wyznawcom islamu.
Odpowiedzialny polityk nie sięga do metafor, które wywołują w społeczeństwie złe skojarzenia, nawet jeśli wiadomo, że są to jedynie retoryczne figury, których nie można brać dosłownie. Józef Cyrankiewicz jako premier rządu PRL powiedział w czasie wybuchu poznańskiej rewolty 1956 r., że władza ludowa odrąbie rękę każdemu, kto na nią tę rękę podniesie. Podobnie wyraził się w 1968 r. ówczesny I sekretarz KW PZPR w Katowicach, grożąc, że „śląska woda pogruchocze kości” wszystkim, którzy targną się na socjalistyczną władzę. Metafory te były zapowiedzą najostrzejszych represji wobec przeciwników ustroju. Groźby te nie zostały na szczęście zrealizowane. Przeciwnie, po 1970 r. nastąpiła „odwilż” w stosunkach między komunistyczną władzą a demokratyczną opozycją.
Używanie przez władzę agresywnych przenośni nie mieści się w kulturze demokratycznego państwa. Nie do pomyślenia jest, aby obecny rząd mógł posunąć się do równie obrazowych pogróżek wobec politycznych przeciwników, jak niegdysiejsza władza totalitarna wobec demokratycznej opozycji. Role się odmieniły. Dzisiaj raczej ta dawna opozycja nie przebiera w słowach, krytykując per fas et nefas legalne instytucje państwowe. Napaść na prezesa NBP była tego najbardziej wymownym przykładem.
Niewątpliwie też krytyka działalności prezesa Instytutu Pamięci Narodowej wykroczyła poza granice politycznej przyzwoitości ze względu na obraźliwą, agresywną formę wypowiedzi. Inną sprawą jest, czy potępienie opozycyjnych posłów przez opinię społeczną nie było przesadnie ostre, a w szczególności, czy uzasadniało publiczne wystąpienie z osobnymi protestami przez prezesów Trybunału Konstytucyjnego i Najwyższej Izby Kontroli oraz przez kilkunastu uczonych zbulwersowanych całą awanturą.
W ocenach wystąpień posłów należy zachować umiar. Jest to trudne w społeczeństwie, które kieruje się bardziej emocjami niż wskazaniami rozumu. Warto w związku z tym przypomnieć dwa aforyzmy La Rochefoucaulda: 1. „Serce zawsze wywiedzie rozum w pole”, 2. „Rozum nie może grać długo roli serca”. Z drugiej strony, nie można przejść do porządku nad myślą Pascala: „Serce ma swoje racje, których rozum nie uznaje” (Le ceur a ses raisons gue la raison ne connait pas).
Musimy się pogodzić z budzącą niekiedy odrazę retoryką naszych parlamentarzystów. Taki rozgadany parlament to na pewno mniejsze zło niż Sejm niemy z czasów realnego socjalizmu. Dawno już minęły czasy, kiedy słowo „nieparlamentarny” miało pejoratywne znaczenie. Według „Słownika wyrazów obcych” M. Arcta z 1929 r., wyraz „parlamentarny” oznaczał zachowanie przyzwoite, grzeczne, przyjęte w dobrym towarzystwie. Jego przeciwieństwem było zachowanie „nieparlamentarne”. Dzisiaj jest odwrotnie. I tak było już w czasie powstania wspomnianego słownika. W okresie tzw. sejmokracji (lata 1919-1926) posłowie zachowywali się okropnie. Jarosław Iwaszkiewicz był naocznym świadkiem ówczesnych debat sejmowych jako sekretarz marszałka Sejmu, Macieja Rataja. Stwierdził po latach, że Sejm był „karykaturą parlamentaryzmu” („Książka moich wspomnień”, Kraków-Wrocław 1968, s. 235).
Krewkim parlamentarzystom, sięgającym tak chętnie do mocnych słów, warto przypomnieć prawdę, o której pisał w „Alchemii słowa” Jan Parandowski: „Słowo jest wielką potęgą, panuje nad czasem i przestrzenią. Włada nad myślą i wyobraźnią ludzi”. Lekkomyślny mówca może swą retoryką wyzwolić złe moce jak uczeń czarnoksiężnika.

Wydanie: 19/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy