Gestem Berniego

Gestem Berniego

Jest tyle tematów, w których niezabieranie głosu, niewyrażanie zdania, niedzielenie się opinią powinno być powodem do chwały. Co gorsza, być może są to wszystkie tematy. Niestety, potraktowanie poważnie takich konstatacji jest dla publicysty zabójcze. Z drugiej strony podzielenie się listą tematów, na które nie chce się wypowiedzieć, jest też mocną wypowiedzią, jest opinią zakamuflowaną, krytyką idącą z niespodziewanej strony, odebraniem wagi temu, co nie waży, ale cieszy się zainteresowaniem powszechnym. Dlaczego?

Nie będę zatem komentował zdymisjonowania dotychczasowego selekcjonera reprezentacji Polski w piłce nożnej Jerzego Brzęczka i powołania na jego miejsce trenera i piłkarza z Portugalii Paula Sousy. Nie skomentuję też natychmiastowego powołania całego sztabu szkoleniowego w składzie dwóch Portugalczyków, dwóch Hiszpanów, jeden Włoch.

Nie zająknę się na temat tego, czy zdobycie przez dziesięciu Nepalczyków (dziewięciu Szerpów i jednego Gurkhi) K-2, drugiego szczytu Ziemi, zimą jest sportowym wyczynem, czy nie bardzo. Ani czy jest śmiercią jednej z polskich dyscyplin narodowych, w której tzw. nasi odnosili sukcesy od lat 80. Nie zajmę się też zagadnieniem używania, ograniczonego używania, symbolicznego używania dodatkowego tlenu podczas tego wejścia.

Jak już jestem w górach, to przemilczę dramatyczno-groteskowy epizod z próbą zdobycia Babiej Góry przez grupę polskich turystów w niemal pełnym negliżu, co skończyło się walką o życie i odmrożone kończyny jednej z uczestniczek. Wyłamując się trochę z konwencji, pogratuluję polskim lekarzom wyprowadzenia kobiety z głębokiej hipotermii (udało się jej schłodzić własne ciało do 25 st. C.).

Jeśli mowa o zimie, krótkotrwałej, ale z mocnymi akcentami temperaturowo-śniegowymi (dzisiaj widać, że drogowcom z globalnym ociepleniem było lokalnie dość wygodnie, sporo zapomnieli), to nie zabiorę głosu w inbogennej* wymianie ciosów na temat nowego szaleństwa (podobno) Polaków, czyli morsowania. Nie do końca wiadomo, kogo jest więcej: zażywających lodowatych kąpieli czy szydzących z nich. Apelu o jedność też nie będzie.

Nie ujmę się za bankowcem Czarneckim ani za cesarzem polskich hoteli Gołębiewskim, choć ten ostatni podobno nie zwalniał, póki mógł, ale i tak tego nie uniesie – jak mówią jedni. A drudzy, że państwo (czytaj PiS) hotele przejmie. Taka to już władza, sama nie zbuduje, ale chętnie przejmie zbudowane (tu warto nie wspomnieć o Centralnym Porcie Lotniczym, za którą to inwestycję wyobrażoną nie tak mała grupka ludzi pobiera niebotyczne uposażenia).

Kiedy już mówimy o wielkich inwestycjach państwa, nie sposób nie pomilczeć o fakcie wydania książki autora, którego sława inicjatora robót publicznych w pewnych głowach wciąż przyćmiewa ogrom niewyobrażalnych zbrodni – tak, w Polsce ukazało się właśnie dzieło życia Adolfa Hitlera „Mein Kampf”, drugie na świecie wydanie krytyczne. Nie zajmę się ani krytykami wydania, ani teoriami, że Polacy rzucą się czytać tę grafomańską, nadciężką lekturę i że od tego im się pogorszy, pobrunatnieje w mózgach. Nie powiem o tym, że sądzę, że nie przeczytają, a jak przeczytają, to nie zrozumieją, a jak zrozumieją, to i tak będą wiedzieć lepiej. Co zresztą dookoła czasem widać.

Jak już o jednostkach otoczonych kultem siedzimy cicho, to dołóżmy milczenie nad mszą odprawianą w ósmą rocznicę śmierci mamusi, co wydała na świat dwóch takich, co najpierw ukradli Księżyc, a potem oddali Polskę księżom, przy czym jeden oddaje wciąż coraz bardziej.

I skoro rozsiałem ciszę nad Kościołem w Polsce, to warto nie zauważyć, że po sześciu latach bycia w opozycji Platforma Obywatelska pracuje intensywnie nad ogłoszeniem tez programowych w objętości dwóch kartek, co ma ogłosić, nie uwierzycie, w nieznanym zupełnie tempie – w maju. Dwie kartki. Jeden z prominentnych polityków tej walecznej formacji zapowiedział, że w dokumencie nie będzie żadnych deklaracji o rozdzieleniu państwa od Kościoła, bo oznaczałoby to samobójstwo. Gdybym komentował, czego wszak nie robię, mógłbym się zdziwić: od kiedy trup może się przejmować własnym samobójstwem? No, Mucha nie siada, czyli posłanka Mucha odlatuje do ojca świętego polskiej polityki pojednania i debaty, dialogu i miłości – Szymona Hołowni.

Dość już milczenia. Na koniec ukłon dla ikonicznie sfotografowanego Berniego Sandersa (demokratycznego kontrkandydata w wyścigu prezydenckim) podczas uroczystości zaprzysiężenia nowego prezydenta USA Joego Bidena. Bernie siedzi opatulony wielką zimową kurtką, maseczka na twarzy, ręce w wielkich wełnianych rękawicach skrzyżowane na piersi. Mnie tu nie ma – zdaje się mówić.

Ale cóż nasze milczenie przy ciszy po Trumpie, która huczy proporcjonalnie do zbędnego rabanu, jaki wytwarzał w ostatnich latach w naszych zatwitterowanych głowach.

Bądźmy jak Bernie, posiedźmy w ciszy. Na nic innego to nie zasługuje.


* Inbogenny – taki, który generuje inbę (pseudodyskusję, poruszenie w internetowych sporach, awanturę, aferę).

Wydanie: 5/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy