Historia w ruinie

Historia w ruinie

PiS, podobnie jak kiedyś Unia Wolności, nie dostrzega pułapek, które na siebie zastawia

Prof. Mirosław Karwat – kierownik Zakładu Filozofii i Teorii Polityki Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego

Panie profesorze, po 1989 r. największymi bohaterami w Polsce były najpierw osoby związane z opozycją polityczną i Solidarnością w PRL, potem powstańcy warszawscy, obecnie są nimi uczestnicy antykomunistycznego podziemia zbrojnego nazwani żołnierzami wyklętymi. Czy na pana zajęcia przychodzą studenci z wizerunkami samotnych wilków na koszulkach?
– Na razie nie dostrzegłem takich manifestacji utożsamiania się z tzw. żołnierzami wyklętymi. Ale po atmosferze zajęć mogę się domyślać, że część studentów została skutecznie zainfekowana takim właśnie przekazem historycznym.

Rozbrat inteligencji i ludu

Dawno temu Jacek Fedorowicz śpiewał: „Każda epoka ma swego idola, / Każdej epoce przyświeca jakaś gwiazda”. Co takiego stało się w Polsce, że ta gwiazda świeci
tzw. żołnierzom wyklętym?
– Zdecydowała o tym walka polityczna stoczona między pełną determinacji konserwatywną prawicą a szeroko rozumianym obozem liberalnym, któremu od jakiegoś czasu podporządkowała się, niestety, lewica, rezygnując z własnej alternatywy. Ten obóz uległ złudzeniu, że otwarcie na świat, wszechobecna nowoczesność, postęp cywilizacyjny i kulturowy przeorzą ludzką świadomość. Elity liberalne uwierzyły, że zdecydowana większość Polaków to ludzie sukcesu i komfortu, koneserzy drogich win, smakosze, znawcy wykwintnych i egzotycznych potraw. Propaganda sukcesu w okresie rządów Platformy Obywatelskiej sugerowała, i Platforma sama w to uwierzyła, że niemal każdy obywatel Polski spędza urlop w atrakcyjnych zagranicznych kurortach. Staliśmy się jakoby takimi światowcami, że można sobie odpuścić niewielką garstkę ludzi, która tkwi w parafiańszczyźnie, zaściankowości, XIX-wiecznych i jeszcze starszych, sarmackich stereotypach patriotyzmu. Obóz liberalny sądził, że to margines, zanikające i mało znaczące getto kulturowe. Przebieg wydarzeń politycznych pokazał, że w getcie tkwi kto inny: ta część inteligencji, która wyobraziła sobie, że jej świat i jej standardy są czymś naturalnym i powszechnym.
Inteligencja w PRL mieszkała najczęściej w blokach, których lokatorami byli także ludzie z innych warstw społecznych. Dzięki temu miała więcej kontaktu z rzeczywistością. Po 1989 r. odgrodziła się od niej, zamknęła w strzeżonych domach i enklawach niedostępnych dla „plebsu”.
– Ten peerelowski egalitaryzm już wtedy ciążył niektórym inteligentom. Przeżywali jako wielką niedogodność, a nawet upokorzenie zamieszkiwanie wśród „ciemniaków” i „prostaków”. Rzecz jasna wówczas nie wypadało publicznie wyrażać takich uczuć, bo inteligencja pozostawała pod presją misjonarskiego etosu, miała być warstwą ludzi służebnych i opiekuńczych w stosunku do słabszych, uboższych, mniej wykształconych. Zgodnie z głoszoną przez władzę ideologią, przekazem państwowych mediów i treścią programów szkolnych, być inteligentem oznaczało utożsamiać się z ludźmi pracy, odwoływać do tradycji walk o postęp społeczny i demokratyzację stosunków społecznych.
W nakręconym zaledwie kilkanaście lat po wojnie „Nożu w wodzie” Roman Polański pokazał, że w tym egalitarnym społeczeństwie są równi i równiejsi, jeden z jego bohaterów jeździ zagraniczną limuzyną, ma jacht, a u boku atrakcyjną żonę.
– Był to pamflet na „socjalistycznego nuworysza”. Środowiska związane z ówczesnym obozem władzy także uległy złudzeniu. Sądziły, że masowy awans społeczny tzw. prostych ludzi, warstw plebejskich, którym wcześniej brakowało nie tylko środków do życia, ale także elementarnego wykształcenia, wiedzy i kultury, sprawi, że zdecydowana większość będzie – z wdzięczności – utożsamiać się z Polską Ludową. Nic podobnego! Ludzie wywodzący się z warstwy chłopskiej wstydzili się własnej genealogii, uszlachetniali swój rodowód, jak inżynier Karwowski, serialowy „Czterdziestolatek”, który kupił w antykwariacie portret starszego pana i powiesił go w salonie jako podobiznę przodka. Epoka gierkowska, która niosła przesłanie „bogaćcie się”, „cieszcie się życiem”, ujawniła – zwłaszcza w pokoleniu dzieci konsumujących awans społeczny rodziców – czysto utylitarne i snobistyczne wyobrażenia o luksusie, oczywiście na miarę ówczesnego dostępu do dóbr. Już wtedy rozpoczął się „wyścig szczurów” – rodziny inteligenckie znacznie częściej niż robotnicze mogły się pochwalić samochodem osobowym, miały lepsze warunki mieszkaniowe. Tak się zaczynał rozbrat świata ludzi z dyplomem wyższej uczelni ze światem pracowników z dyplomem technikum lub zawodówki.

Liberalna opowieść

Solidarność – początkowo ruch egalitaryzmu i solidaryzmu – była m.in. reakcją na to zjawisko. Przyłączyła się do niej wielka część inteligencji. Wśród kandydatów Solidarności w wyborach do Sejmu i Senatu 1989 r. byli zarówno intelektualiści, jak i robotnicy.
– Po powstaniu Solidarności większość społeczeństwa polskiego uwierzyła, że oto znowu nastąpiło zbratanie ludu i inteligencji. Czas jednak pokazał, że było to bardziej pobożne życzenie niż trwały fakt. A przemiany ustrojowe po 1989 r. w zastraszającym tempie pogłębiły rów między obiema grupami. Ideologię wspólnotową zastąpiła narzucona społeczeństwu przez liberalną inteligencję ideologia indywidualizmu, egoizmu, zapobiegliwości osobistej, ścigania się w wykazywaniu, kto jest lepszy, bogatszy, cwańszy, z demonstracją lekceważenia i pogardy dla tych, którzy mają mniej w portfelu i w głowie.
Taki kierunek zmian ustrojowych wymuszał na rządzących dopasowanie do nich opowieści o Solidarności. Nie było już w niej miejsca na egalitaryzm, tradycje ruchu robotniczego, Solidarność sprowadzono do obywatelskiego protestu, który przyniósł zniewolonej przez komunizm Polsce wolność i demokrację.
– Tradycję Solidarności w latach 90. zawłaszczyli liberałowie spod znaku Leszka Balcerowicza. To oni ukuli mitologię ruchu po prostu wolnościowego, napisali wersję historii, która miała legitymizować ich władzę i reguły „wolnoamerykanki” w społecznym podziale dóbr. Przez 10 lat arbitralnie klasyfikowali oni siły polityczne jako reformatorskie lub antyreformatorskie. Każdy, kto usiłował bronić interesów ludności wiejskiej i pracowników najemnych w mieście, otrzymywał etykietkę wroga reform, populisty, roszczeniowca, sieroty po PRL. Polska Ludowa została ogłoszona po prostu reliktem i zbrodnią. A największe zagrożenie dla przemian gospodarczych i demokracji przypisywano wywodzącej się z PZPR lewicy. To liberalni demokraci skupieni wokół „Gazety Wyborczej” i Unii Wolności upowszechnili pojęcie postkomunizmu oraz hasło, że SLD wolno mniej. Kompletnie nie zauważyli, że zwalczając tzw. postkomunistyczną lewicę, rykoszetem uderzają w siebie. Podsumowaniem tej krótkowzroczności była wymierzona w SLD i rząd Leszka Millera afera Rywina. Jej ofiarą padła nie tylko lewica, ale także opoka obozu liberalno-demokratycznego: „Gazeta Wyborcza” przestała być wyrocznią i najwyższym autorytetem moralnym.

Mit mitem zwyciężaj

Utożsamienie Solidarności wyłącznie z liberalnymi ideałami wolności było tak silne, że nawet ci, którzy się z niej wywodzili, a nie byli liberałami, musieli sięgnąć po inne tradycje historyczne i innych bohaterów. Lech Kaczyński przeciwstawił Polsce Ludowej nie Solidarność, jak to robiła Unia Wolności, lecz powstanie warszawskie.
– Mit powstania warszawskiego – bardziej niż porachunkom z „komuną” – służył rozprawie z liberałami, którzy w radykalizmie antykomunistycznych ocen, nihilistycznej negacji Polski Ludowej nie byli w stanie przelicytować konserwatywnej prawicy. Obóz liberalno-demokratyczny przejął władzę w Polsce w wyniku Okrągłego Stołu i wyborów kontraktowych, a więc w następstwie kompromisu z władzami PRL. I choć obchodząc rocznice tych wydarzeń, liberałowie zachowywali się tak, jakby w 1989 r. Solidarność nie miała żadnych partnerów, lecz zawarła umowę sama ze sobą, to i tak nie byli w stanie uwolnić się od zarzutów kolaboracji, spiskowania z „komuną”. Kult powstania warszawskiego był wymierzony w tych, którzy wybrali kompromis z władzami PRL zamiast walczyć do końca. Miał on delegitymizować III RP i jej elity, torować drogę nowej, IV Rzeczypospolitej. Nie Aleksander Kwaśniewski ani Leszek Miller byli tu głównymi wrogami, lecz Lech Wałęsa, Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek – architekci III Rzeczypospolitej. Idealizacja powstania warszawskiego zabrzmiała jak oskarżenie „krętaczy” i „kapitulantów”, którzy usiedli przy Okrągłym Stole. Przeciwstawiono im niezłomność, krystaliczną uczciwość, bezgraniczne poświęcenie tych, którzy woleli zginąć, niż splamić się współpracą z wrogiem. W tym przekazie Geremek, Mazowiecki, Wałęsa, Michnik okazują się zdrajcami, którzy nie mają prawa mówić w imieniu narodu polskiego. Tego zaszczytu mogą dostąpić jedynie prawdziwi patrioci, czyli spadkobiercy tradycji powstania warszawskiego i w ogóle straceńczej walki pod hasłem „Z honorem na dnie lec”.
Jednak powstanie warszawskie okazało się zbyt słabym symbolem: powstańcy złożyli broń i skapitulowali. Poza tym w powstaniu walczyło i zginęło wielu partyzantów Armii Ludowej, a po wojnie tysiące powstańców akowców włączyło się w odbudowę kraju, część trafiła do milicji, wojska, prokuratury, sądów.
– Apologię powstania psuje też fakt niemożliwy do ukrycia – nawet przez Muzeum Powstania Warszawskiego – okupienia tego zrywu masakrą ludności cywilnej i zniszczeniem miasta. Tego nie da się zatrzeć. Można kultywować bohaterstwo powstańców, ale świadomość, że koszty były zdecydowanie
za wysokie, uwiera.
Dlatego Lech Kaczyński sięgnął po tzw. żołnierzy wyklętych.
– W ich przypadku ofiar cywilnych było znacznie mniej. Można ich przedstawić jako zaszczute samotne wilki, nowe wcielenie powstańców styczniowych – izolowaną garsteczkę straceńców, toczących samotną walkę, ściganych, tropionych jak zwierzyna po lasach, ale dających świadectwo patriotyzmu i niezłomnej woli, świadków nieczystego sumienia wszystkich innych. Kult tzw. żołnierzy wyklętych jest bardzo skuteczną taktyką wychowawczo-indoktrynacyjną opartą na szantażu moralnym: jeśli ciebie lub twojego ojca czy dziadka nie było stać na postawę straceńczego heroizmu, masz się tego wstydzić. Aby choć częściowo zmyć winę, musisz potwierdzić bezkrytyczną adorację dla tych, którzy walczyli niezłomnie, a także ich politycznym spadkobiercom.

Wyklęci oponenci

Mit żołnierzy wyklętych, który znacznie wyraziściej niż mit powstania warszawskiego delegitymizuje III RP, nieprzypadkowo stał się symbolem antysystemowości.
– W przypadku tzw. żołnierzy wyklętych PRL okazuje się jedynie pretekstem. Tylko ktoś naiwny może uwierzyć, że jego właściwym celem jest przekreślenie i dobicie Polski Ludowej oraz walka z „pogrobowcami komunizmu”. W rzeczywistości ten mit okazuje się skuteczną bronią wymierzoną w III RP. To przeciwko niej urządzane są masowe seanse rytualnego szlochu nad grobami tzw. żołnierzy wyklętych. W kontrze do niej wywołuje się – nawet u dzieci – patriotyczno-ekstatyczną identyfikację z powojennym podziemiem zbrojnym. Symbole i obrzędy mają wyprzeć myślenie, zastąpić je z góry przesądzonymi emocjami, udaremnić jakąkolwiek dyskusję. Obowiązującą wykładnię historii trzeba bezkrytycznie przyjąć w całości, pod groźbą… wyklęcia. Kult żołnierzy wyklętych ma wykląć oponentów.
„Żołnierze wyklęci” wpisują się w przekaz, że bohaterem można być tylko wtedy, jeśli zginie się w walce.
– PiS, podobnie jak kiedyś Unia Wolności, nie dostrzega pułapek, które na siebie zastawia. Kult tzw. żołnierzy wyklętych umacnia przeświadczenie, że prawdziwym patriotą może być tylko ten, kto zginął lub jest gotów zginąć. A to broń obosieczna. Kapłani kultu męczenników – Jarosław Kaczyński, Beata Szydło, Antoni Macierewicz, Marek Kuchciński, Joachim Brudziński, Andrzej Duda – żyją i mają się dobrze. Prezes PiS nie był nawet internowany w stanie wojennym. Nie uosabia wzorca, który propaguje.
Ale jego brat poległ – jak to napisano na tablicy ustawionej przy stołecznym urzędzie miasta – w Smoleńsku…
– Gdyby nie ta tragiczna śmierć, wizerunek braci Kaczyńskich – aktywnych uczestników kompromisu 1989 r., kandydatów Lecha Wałęsy do Senatu w wyborach kontraktowych, współtwórców rządu Tadeusza Mazowieckiego – byłby kłopotliwy. Za sprawą katastrofy smoleńskiej można snuć opowieść o kolejnej odsłonie zbrodni katyńskiej, o bohaterach, którzy wprawdzie siedzieli przy Okrągłym Stole, ale nigdy z jego wynikiem się nie pogodzili, a w związku z tym jawią się jako naturalni spadkobiercy niezłomnych. Retoryka Jarosława Kaczyńskiego nieprzypadkowo jest taka „niezłomna” – nie ustąpię na krok, nawet jeśli mnie zabiją!
Poprzedni obóz władzy torował drogę mitowi „żołnierzy wyklętych”. Napisany przez Lecha Kaczyńskiego projekt ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych skierował do Sejmu Bronisław Komorowski, który zatrudnił w Pałacu Prezydenckim m.in. prof. Tomasza Nałęcza, Jana Lityńskiego i Henryka Wujca. Ustawę poparli gremialnie posłowie Platformy Obywatelskiej i lewicy.
– Kłania się tak bardzo niegdyś wyśmiewana gomułkowska metafora – woda na młyn. Bronisław Komorowski i jego otoczenie, kombatanci Unii Wolności, lali wodę na młyn PiS.
Prezydent Komorowski oddawał cześć tzw. żołnierzom wyklętym, a jednocześnie świętował rocznicę wyborów kontraktowych.
– To przykład uwikłania się w sprzeczność, z której nie da się wybrnąć, pragmatycznie zagadać: dziś mówię jedno, jutro co innego, bo nikt tego i tak nie zapamięta. Obywatele nie zawsze chcą pamiętać, na kogo głosowali w poprzednich wyborach, za to głęboko zapada im w pamięć, kiedy politycy zaprzeczają swoim wcześniejszym deklaracjom ideologicznym i ocenom historycznym. Akurat to jest uważnie obserwowane.

Polski Ludowej unieważnić się nie da

PiS przeforsowało ustawę o dekomunizacji przestrzeni publicznej, którą napisała Platforma. Żaden z posłów nie zagłosował przeciw niej. Można się teraz zastanawiać, kto zastąpi dąbrowszczaków – pierwszych polskich bojowników w walce z faszyzmem – na tabliczkach z nazwami ulic. Nie jestem pewien, czy nowi patroni okażą się bohaterami posłów PO, PSL i Nowoczesnej.
– Doszliśmy do zasadniczej kwestii: czy komukolwiek po nieprawicowej stronie polskiej sceny politycznej opłaciło się podważanie ciągłości historycznej, zerwanie z Polską Ludową? Zaczęło się – przypomnijmy – od numeracji, najpierw nieformalnej, a po uchwaleniu konstytucji oficjalnej – III Rzeczpospolita. Oznacza ona, że między II RP a Polską po 1989 r. była jakaś czarna dziura.
Edmund Osmańczyk w wydanej w latach 70. książce „Rzeczpospolita Polaków” nazywał PRL III Rzeczpospolitą.
– No właśnie, a przecież nie był komunistą, lecz snuł swoje rozważania z punktu widzenia państwowca, z punktu widzenia polskiej racji stanu. Wydawało się, że ze względu na granice, obronioną tożsamość narodową, ciągłość kultury, postęp cywilizacyjny i społeczny, jaki dokonał się w Polsce Ludowej po kilkusetletniej epoce zacofania, zwycięży racjonalny sposób myślenia – można potępiać ustrój PRL, jednocześnie jednak szanując i zachowując to, co było jej osiągnięciem. Inteligencja nazywająca się postępową – spod znaku „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego” – opowiedziała się jednak za zerwaniem ciągłości, co dla niej samej – jak widać z dzisiejszej perspektywy – okazało się samobójcze.
To zerwanie jest wciąż symboliczne, a nie faktyczne. Nawet jeśli osiedle im. XXX-lecia PRL stanie się osiedlem im. Łupaszki, to przecież pozostanie ono pozostałością po Polsce Ludowej. Choć podziemie antykomunistyczne zabijało osoby dokonujące parcelacji dworskiej ziemi, dekret PKWN o reformie rolnej, podobnie jak ustawa o nacjonalizacji przemysłu z 1946 r., pozostają obowiązującymi aktami prawnymi. Prawdziwa dekomunizacja byłaby wtedy, gdyby te akty uchylono jak dekret Bieruta.
– Pójdźmy dalej. Bronisław Łagowski w felietonach w PRZEGLĄDZIE konsekwentnie powtarza, że skoro system jałtańsko-poczdamski był zbrodnią dokonaną na narodzie polskim, należałoby go unieważnić w całości, włącznie z granicami Polski. Jakoś nikt tego nie robi. A telewizja wciąż ratuje się powtórkami filmów i spektakli powstałych w okresie Polski Ludowej. Wszyscy, łącznie z przeciwnikami PRL, mają poczucie, że to, co najciekawsze w telewizji, powstało w czasie, który potępiono i unieważniono.
Jakość peerelowskiej telewizji urosła do takiego stereotypu, że za PiS w telewizji pojawiły się nowe programy nawiązujące do czasów „komuny”: „Pegaz” i „Sonda 2”. Jacek Kurski nie skasował wymyślonego za Władysława Gomułki festiwalu w Opolu. PiS umacnia Lasy Państwowe, zapowiada powrót dentystów do szkół, finansowanie służby zdrowia bezpośrednio z budżetu. To rekomunizacja, a nie dekomunizacja.
– To rozdwojenie jaźni: wtłacza się obraz PRL jako okupacji sowieckiej, równie okrutnej i zbrodniczej w roku 1945, 1956, 1980 czy 1989, a zarazem pod sztandarem antykomunizmu uprawia się plagiat jej dorobku.
Mówi się o konieczności reindustrializacji i reelektryfikacji Polski, prawica grzmi, że zniszczono polski przemysł, za bezcen wyprzedano majątek narodowy. Brakuje mi zadania prostych pytań: kto i kiedy zelektryfikował kraj, stworzył przemysł, wypracował majątek?
– Tworzy się wrażenie, że albo wszystko to powstało na złość „komunie” i w walce z nią, albo tego w ogóle nie było. Wszyscy mamy w pamięci gromkie oświadczenie premiera Bieleckiego, że Polska Ludowa spowodowała większe spustoszenia niż okupacja hitlerowska. Liberałowie rozpędzali się w swoich namiętnych ocenach, nie przypuszczając, że ich absurdalne wystąpienia obrócą się przeciwko nim. Skoro mieliśmy Polskę w ruinie po Polsce Ludowej, to Platforma doczekała się Polski w ruinie po swoich rządach. PiS przejęło i przebiło ich schemat ideologiczno-propagandowy.
Jestem w stanie zrozumieć, że żaden rolnik nie przyzna się dziś, że część ziemi, na której gospodaruje, pochodzi z reformy. Trudniej mi pojąć polityka, który karierę w PRL zaczynał jako 17-letni robotnik w wielkiej fabryce, a kończył jako członek ścisłego kierownictwa PZPR. Mimo to pod koniec lat 90., tworząc Sojusz Lewicy Demokratycznej, starał się odciąć od tamtej rzeczywistości, przykleić do tradycji KOR.
– Polityk lub uczony z rodowodem z PZPR, który powtarza epitet „postkomuniści”, nie widzi własnej śmieszności.
Jak pan to tłumaczy?
– To efekt konformizmu i presji zewnętrznej, która nakazuje oszukiwanie własnej pamięci.
Tę presję wywierały środowiska liberalne w latach 90. Uważały, że mają prawo spowiadać polityków lewicy, decydować, kogo rozgrzeszyć, a kogo odprawić z kwitkiem.
– Takiej spowiedzi niektórzy poddawali się w odpowiedzi na wezwanie do wyjęcia trupa z szafy. Politycy lewicy wykazywali się neoficką gorliwością, by zasłużyć na dobre słowo, licząc na zażyłość z Adamem Michnikiem.
Przez lata wmawiano lewicy, że dopóki nie odetnie PRL-owskiego ogona, dopóty nie stanie się pełnoprawnym uczestnikiem polskiej polityki. Kiedy to zrobiła, niewiele jej zostało…
– Z tożsamością partii politycznej nie jest tak jak z jaszczurką, tu nic nie odrasta. Tamten odcięty ogon dla wielu wyborców był wartością, ale po amputacji już nie da się go przykleić.
Jacy mogą być kolejni polscy bohaterowie: bracia Kowalczykowie, którzy wysadzili aulę w Opolu? A może już doszliśmy do prawicowej ściany?
– Cykliczność przewartościowań daje powód do optymizmu. Teza, że nic nie jest wieczne, odnosi się również do opluwania dokonań lewicy. Można zatruć kilka pokoleń indoktrynacją ideologiczną, jednakże ślady tych osiągnięć wciąż pozostają, ich wymowy nie da się zagadać, zakryć nową nazwą. Już teraz wiele osób, które nie mają przeszłości PRL-owskiej, protestuje przeciw zmianie nazw ulic, patronów szkół, kierując się własnymi ocenami, swoim prawem do wyboru, niezgodą na arbitralne decyzje. Sądzę, że ten społeczny opór będzie narastał, a młodzi, wchodząc w dorosłe życie, skonfrontują szkolną indoktrynację z faktami.
Czy lewica powinna zajmować się przeszłością?
– Z pewnością nie wolno przyjmować cudzych mitów, rezygnować z własnej tradycji. Nie da się iść do przodu bez szacunku dla własnej historii.

Wydanie: 26/2016

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Radoslaw
    Radoslaw 29 czerwca, 2016, 21:44

    „Już wtedy rozpoczął się „wyścig szczurów” – rodziny inteligenckie znacznie częściej niż robotnicze mogły się pochwalić samochodem osobowym, miały lepsze warunki mieszkaniowe. Tak się zaczynał rozbrat świata ludzi z dyplomem wyższej uczelni ze światem pracowników z dyplomem technikum lub zawodówki.”
    Tylko ze ten rozbrat wcale nie wynikal z przewagi materialnej inteligencji nad klasa robotnicza. Bylo dokladnie odwrotnie – to wykwalifikowany robotnik zarabial wiecej niz inzynier czy ekonomista, juz nie mowiac o nauczycielu. Robotnicy po prostu inaczej swoje pieniadze wydawali.
    Dyrektor w przemysle zarabial moze 3-4 razy wiecej niz sprzataczka z wyksztalceniem podstawowym, a czesto mniej niz tokarz czy elektryk w zakladzie, ktorym kierowal. I pisze to z pelna odpowiedzialnoscia poniewaz moj ojciec i wuj byli dyrektorami i paru innych tez znalem.
    Kiedy bylem na studiach, to moi koledzy po szkolach zasadniczych smiali mi sie w twarz, ze tyle lat sie mecze, a oni i tak lepiej ode mnie beda zarabiac.
    No ale klasa robotnicza uwazala jednak, ze jest strasznie ciemiezona przez „czerwona nomenklature” i wywalczyla sobie system, gdzie dyrektor czy prezes zarabia 30-300 razy wiecej od robotnika. Gratulacje!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy