Igranie z wiarą jest jak igranie z ogniem

Igranie z wiarą jest jak igranie z ogniem

Mamy do czynienia ze zjawiskiem, którego nie było na taką skalę – z Kościołem instytucjonalnym reprezentowanym przez silne głosy biskupów

Jan KomasaMateusz Pacewicz – twórcy filmu „Boże Ciało”, polskiego kandydata do Oscara

Na początku „Bożego Ciała” pojawia się informacja, że film o tym, jak młody chłopak podszywa się pod księdza, inspirowany jest prawdziwą historią. Mowa o jednym zdarzeniu czy takich sytuacji było więcej?
Mateusz Pacewicz: – Osiem lat temu, kiedy byłem w klasie maturalnej, natrafiłem na notatkę o chłopaku, który udawał księdza. Pomyślałem, że może to być ciekawy materiał na film. W tych historiach, bo było ich znacznie więcej, brakowało mi jednak uniwersalności czy dramaturgii. Co ciekawe, to był i wciąż jest dość popularny fenomen w Polsce. W pracy reporterskiej skoncentrowałem się na jednej historii, dotarłem do bohatera. Później jednak zdecydowałem się odejść w stronę fikcji. Zacząłem dodawać kolejne wątki, kompilowałem zasłyszane historie o fałszywych księżach. Miałem też inne inspiracje, w tym Nowy Testament, który pierwszy raz tak poważnie przeczytałem w kilku przekładach, reportaże Wojciecha Tochmana czy historie o heretykach. Dużo dała mi książka „Kusiciel” Hermanna Brocha. Janek podrzucił mi także „Rewizora” Gogola.

Skąd ten fenomen? Zazwyczaj słyszymy o odwrotnych przypadkach, kiedy ksiądz zrzuca sutannę, by np. założyć rodzinę.
M.P.: – Zazwyczaj to połączenie kilku czynników. Istotny na pewno jest prestiż. Zwłaszcza w niewielkiej, konserwatywnej społeczności, zorganizowanej wokół osoby duszpasterza. W Polsce widać, jakim autorytetem cieszy się taka osoba. Dla ludzi mających potrzebę przewodnictwa, bycia na świeczniku, to może być bardzo pociągające. Nagle bowiem stają się kimś. Pewnie trudno to sobie wyobrazić z wielkomiejskiej perspektywy, ale gdy startuje się z pozycji społecznej niedającej autorytetu czy wpływu na innych, stanowi to ogromny przeskok. Ważny jest jeszcze element bliskości. W Polsce ksiądz jest wciąż osobą niezwykłego zaufania publicznego, choć to się zmienia w wyniku dyskusji o pedofilii i radykalizacji politycznej Kościoła, zwłaszcza w ostatnich miesiącach. Zaufanie się zmniejsza, ale też bez przesady. W kilku przypadkach pojawiał się element heretyckiego buntu przeciwko skostniałej i skrajnie zinstytucjonalizowanej kościelnej strukturze. Myślenie na zasadzie: „Ja wiem lepiej, jak to robić, niż wy i dlatego nie potrzebuję waszego certyfikatu”. Często widać było również silny aspekt ekonomiczny.

Jan Komasa: – To bardzo polskie, bo u nas Kościół ma monopol na duchowość. Zupełnie inaczej niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie – poza konserwatywnymi miasteczkami pasa biblijnego – jeżeli chcesz zostać pastorem, po prostu nim zostajesz. Jeździsz furgonetką i głosisz Dobrą Nowinę. Jeśli jesteś przekonujący, ludzie za tobą pójdą. Nie musisz mieć papierka. Z naszym podejściem tracimy jako społeczeństwo. Duchowość ubożeje, kiedy jedna instytucja ma na nią monopol.

To kolejny, po „Sali samobójców” i „Mieście 44”, film o wykluczeniu i agresji. Co w tych tematach jest interesującego?
J.K.: – Wykluczenie jest bardzo mocnym tematem nie tylko „Bożego Ciała”, ale i „Sali samobójców. Hejtera”. Ten drugi tegoroczny film opowiada o tym, jak prowadzi ono do dużej agresji. W tym przypadku bohater mimo wykluczenia ma jakiś kompas moralny. Nawet na potrzeby naszej pracy mówimy, że „Boże Ciało” jest filmem o złożoności dobra, a „Hejter” o złożoności zła. Tym, co mnie zainteresowało w historii, gdy przeczytałem ją po raz pierwszy, był absurd, który od zawsze mnie fascynował. Fakt, że bohaterem zostaje ktoś, po kim nikt, w tym on sam, by się tego nie spodziewał. Absurdy bywają pasjonujące. To, jak się rozkładają, pokazał Krzysztof Kieślowski w „Przypadku”. Każdy z nas pewnie zna kogoś zajmującego nagle pozycję, o którą nikt by go nie podejrzewał. Ludzie dobrzy zaczynają być groźni, a ci z kolei zostają naszymi jedynymi sprzymierzeńcami. Widzę to w różnych korelacjach. W „Bożym Ciele” igranie z percepcją jest tematem doprowadzonym do poziomu, z którym mamy do czynienia w życiu. Czytanie tekstu Mateusza było dla mnie jak obcowanie z pamiętnikiem.

O jakich sytuacjach mówisz?
J.K.: – Mamy w filmie postać proboszcza, który miał być duchowym przywódcą niewielkiej społeczności. Okazuje się jednak tylko dobrodusznie uśmiechającym się dziadkiem, bezsilnym świadkiem, patrzącym, jak społeczeństwo się zagryza, i dającym na to przyzwolenie. Z drugiej strony widzimy głównego bohatera, który złamał wszelkie możliwe przykazania, a jednocześnie czyni dobro, choć przy tym oszukuje wszystkich dookoła. Wreszcie widzimy wykluczoną społeczność. Niektórzy nazwą ją Polską B, ale nie do końca z tym się zgodzę, bo to strasznie ją stygmatyzuje i odbiera uniwersalność. Nie wyśmiewamy tych ludzi. Pokazujemy ich przez pryzmat tragizmu, a nie komizmu. Nie ma w tej perspektywie wyższości. Ta społeczność także wyklucza. Obserwujemy zatem mechanizm, w którym wykluczeni również wykluczają. Zupełnie jakby ludzie nie mogli przestać się dzielić. Bez względu na to, czy będą w czwórkę na Księżycu, czy w mieście w towarzystwie półtora miliona osób.

Dlaczego tak się dzielimy?
M.P.: – We mnie też jest coraz mniejsza wiara w optymistyczny scenariusz, w którym ci straumatyzowani nie czynią krzywdy innym. Żyjemy w czasach, w których kapitalizuje się krzywdę ludzką, nakręcając agresję u tych, którzy czują się gorzej potraktowani. Z tej perspektywy nasz główny bohater jest nietypowy, bo wykluczony do granic możliwości. Dlatego mówimy, że „Boże Ciało” jest o złożoności dobra. Wyznaczyłem sobie dwa tematy, które chciałem połączyć – rolę i traumę. Ta pierwsza interesowała mnie zawsze, druga była znacznie trudniejsza do złapania. Zastanawiałem się nad konsekwencjami, nad tym, co robi z ludźmi trauma.

J.K.: – Ten film jest połamany na bardzo wielu poziomach. Na festiwalu w Wenecji parę osób zwróciło mi uwagę, że młodzi są dziś w totalnej stagnacji. Dorośli, autorytety rzucili się na siebie i się zagryzają. Młodym odebrano narzędzie, które do tej pory mieli – buntu, języka, ścieku. I nieco przestraszeni tylko się przyglądają.

Tak postrzegacie młodych?
M.P.: – Trochę inaczej jest z ruchem klimatycznym, bardzo młodym i ostrym, ale faktycznie, biorąc pod uwagę polityczno-obyczajowe konflikty, można odnieść wrażenie, że młode pokolenie często wycofuje się na pozycje ironicznych obserwatorów.

J.K.: – Widać syndrom dziecka, które patrzy na kłócących się rodziców i czeka, aż to się skończy. Staje się zatem świadkiem, komentarzem do ich zachowania. To jednak też jest złamane, bo gdy przychodzi co do czego, młodzi zaczynają mówić językiem rodziców.

Mówicie o zawłaszczaniu przestrzeni publicznej przez starsze pokolenie. Do tego dochodzi mechanizm wskazywania kozła ofiarnego jako najprostsza strategia, by odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów.
J.K.: – Rozmawialiśmy o tym w kontekście katastrofy smoleńskiej. Męczy mnie to, co obserwujemy, nie tylko zresztą w Polsce. Polaryzacja społeczeństwa i napuszczanie ludzi na siebie. Zazwyczaj mainstream starał się tonować nastroje. Ale to się zmieniło, mainstreamowi jest na rękę, kiedy prezydent Stanów Zjednoczonych pisze okropne tweety, każdego dnia powielane przez dziesiątki tysięcy ludzi. Cała sfera publiczna niesamowicie się brutalizuje. W kraju również to obserwujemy, jesteśmy świadkami wojny polsko-polskiej na wielu frontach.

Tę polaryzację doskonale widać w Kościele. Mieliście poczucie, że podejmujecie delikatny w Polsce temat wiary i Kościoła katolickiego jako instytucji?
J.K.: – Jest jedna rzecz, której nie było w Kościele na taką skalę. Mam na myśli Kościół instytucjonalny, reprezentowany przez silne głosy biskupów. Kościół wyraźnie stanął po określonej stronie politycznej. Uważam, że sojusz z konkretną opcją – bez względu na kraj, bo to przecież nie zdarzyło się wyłącznie w Polsce – jest czymś złym. To zawsze powodowało odpływ wiernych i potworne konflikty wewnętrzne, bo igranie z wiarą jest jak igranie z ogniem. Moment, kiedy instytucja, bo za taką uważam Kościół katolicki, staje po stronie tylko części kraju czy jakiejś zbiorowości, stanowi poważny problem.

M.P.: – Wydaje mi się, że w Polsce dzieje się coś niepokojącego. Wśród moich znajomych z bardzo różnych kręgów widzę ludzi, którzy przestają chodzić do kościoła w obliczu tego, co się ostatnio dzieje. Nie mówię o osobach, które przestały wierzyć, ale o tych odczuwających ogromną potrzebę religijności i duchowości. Ugruntowują się w wierze, ale rozumieją, że w Kościele nie znajdą już miejsca dla swojej duchowości i jej ekspresji. Nie chcą poza tym utożsamiać się z instytucją, która w ostatnim czasie wyrządziła wiele złego. Wydaje mi się, że dla wielu osób silnie związanych z religią instytucjonalną nasz film będzie nie do przyjęcia. Jest w tej historii pewien poziom bluźnierstwa.

J.K.: – Cały czas toczy się gra pomiędzy sacrumprofanum. Z konserwatywnej pozycji, gdzie Kościół ma monopol na duchowość, ta opowieść nie jest historią religijną.

Nie obawiacie się, że wasz film, podobnie jak wcześniej „Kler”, zostanie wpisany w popularną narrację ataku na Kościół?
M.P.: – To ciekawe, bo na premierze na festiwalu w Toronto mieliśmy sporo osób ze środowisk polonijnych. Podszedł do mnie po projekcji człowiek, podziękował za film, który był dla niego obroną wiary przed ciągłymi atakami. Uznał, że została pokazana jako coś pięknego i poruszającego. Chwilę później podszedł inny Polak mieszkający w Kanadzie i podziękował za to, że w „Bożym Ciele” zdemaskowaliśmy zepsucie Kościoła. Dwóch widzów reprezentujących odmienne perspektywy wyszło z filmu zadowolonych (śmiech).

Co zatem Kościół powinien robić?
J.K.: – Powinien stanąć po stronie ciemiężonych, mniejszości. A chociażby po stronie mainstreamowego: „Hej, bądźmy przyzwoici”. To już byłoby dużo. W tym wymiarze „Boże Ciało” jest nowotestamentowe. Przecież opowiada o rewolucjoniście, który jest kimś złym dla sanhedrynu i faryzeuszy dbających o sojusz Kościoła z władzą. Piłat tylko się temu przygląda i czeka na wynik rozmowy. W filmie widzimy proboszcza dającego tej społeczności, nie tylko biernie, ale i aktywnie, przyzwolenie na określone zachowania. Jest także kościelna, Lidia, która bardzo się stara, żeby trauma trwała, podlewa ją. Ma w sobie wiele z narcyza, który, jeżeli przydarza mu się trauma, wykorzystuje ją jako broń do tworzenia ego. Dla takiej osoby ktoś, kto chce uleczyć społeczność, nagle zaczyna być wrogiem.

Gramy dzisiaj traumami?
M.P.: – Smoleńsk jest ogromną personalną traumą PiS. Zachowanie, które mogliśmy obserwować, mój brat nazywa „lojalnością wobec traumy”. Ona jest w naszym kraju szalenie istotna. Są narody, gdzie traumy się przepracowuje, widać bardziej terapeutyczne podejście. A w Polsce – za co też nie ma co nas winić – historycznie doznaliśmy tylu traum, że nie do końca umiemy sobie z tym poradzić. Byłem ostatnio w Wietnamie i zaskoczyło mnie, jak tamto społeczeństwo dało sobie radę z bolesnym doświadczeniem wojny. Nie ma to nic wspólnego z naszą lojalnością względem traumy z II wojny światowej, gdy po 70 latach wyciągamy kolejne rzeczy.

W filmie pojawia się również problem hejtu, w postaci oczerniających, pełnych frustracji listów. To zresztą temat, który mocno wybrzmi w waszym kolejnym filmie „Sala samobójców. Hejter”. Z czego bierze się dzisiaj hejt?
J.K.: – W „Bożym Ciele” hejt jest trochę analogowy jak na czasy, w których żyjemy. Pewnie dzisiaj byłoby bardziej zasadne, gdybyśmy pokazywali komentarze na portalu gminy, ale nie pasowało to do języka filmu. Rzeczywiście to temat „Hejtera”, jak zresztą wskazuje tytuł. Chcieliśmy postawić pytanie o związek pomiędzy resentymentem a zjawiskiem hejtu i radykalizmu.

M.P.: – Wydaje mi się, że gdy system ekonomiczny, w którym żyjemy, zaczyna się trochę trząść w posadach, ludzie mają coraz większe poczucie dyskryminacji. Duża część świata boryka się z problemem nierówności społecznych, ekonomicznych i z resentymentem. Poczuciem, że panuje niesprawiedliwa dystrybucja dóbr, po kryzysie nie jest tak, jak było kiedyś, a nasze pokolenie ma trudniej niż poprzednie. Dotyczy to zwłaszcza klasy średniej.

To budzi frustrację.
J.K.: – To wywołuje rodzaj frustracji będący paliwem dla sprytnych, cynicznych graczy, czyli głównie polityków, a ci nakręcają złe emocje. Gdy jako społeczeństwo nie potrafimy dobrze zareagować na taki rodzaj destabilizacji i frustracji ekonomicznej, ludzie uciekają w hejt. Wolą wyrażać złość i nienawiść niż lęk, słabość czy niepewność.

M.P.: – W „Bożym Ciele” społeczność, którą obserwujemy, cierpi na coś na kształt zespołu stresu pourazowego. Podobnie jak Polska, będąca społeczeństwem nieprzepracowanej traumy. Gdy nagromadzonych jest wiele trudnych doświadczeń, nawet z poprzednich pokoleń, i w zbiorowej świadomości nie zostały one należycie przepracowane, zbierają żniwo w postaci łatwego popadania w zachowania hejterskie. Jeżeli nie mamy różnych rzeczy dogadanych ze sobą, łatwo nam reagować agresją na innych.


Jan Komasa – (ur. 1981) pochodzi z artystycznej rodziny. Uznawany za jednego z najbardziej utalentowanych reżyserów swojego pokolenia. Jego etiuda „Fajnie, że jesteś” (2004) została nagrodzona na festiwalu w Cannes. Takie tytuły jak „Sala samobójców” (2011) czy „Miasto 44” (2014) ugruntowały jego pozycję reżysera bezkompromisowego i skłonnego do ryzyka.

Mateusz Pacewicz – (ur. 1992) absolwent Kolegium MISH Uniwersytetu Warszawskiego. Jako scenarzysta i reżyser zadebiutował, do spółki z Agatą Trzebuchowską, krótkometrażowym filmem „Skwar” (2016). W tym samym roku otrzymał drugą nagrodę w konkursie scenariuszowym Script Pro za „Boże Ciało”.


Fot. Andrzej Wencel © Aurum Film

Wydanie: 39/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy