Terror głupoty

Terror głupoty

Posłowie kilku klubów zgłosili wspólny projekt zakazu handlu w niedzielę. Jak widać, jest coś, co w Sejmie potrafi połączyć ponad podziałami. Głupota mianowicie.
Co oznacza zakaz handlu w niedzielę? Zwolnienie z pracy jednej siódmej pracowników sklepów. Sprzedawców, pracowników transportu, zaplecza, ochrony. Jedna siódma to, inaczej mówiąc, nieco ponad 14%. Chce ktoś wiedzieć, ile to jest w liczbach bezwzględnych, niech sięgnie do rocznika statystycznego, zobaczy, ilu ludzi zatrudnionych jest w handlu, i niech sobie policzy. Jeśli potrafi. Posłowie, jak widać, nie potrafią. Nawet im zapewne do głowy nie przyjdzie, że w ogóle dobrze by było to policzyć, zanim się zgłosi podobny postulat. Ci sami posłowie na co dzień podobno martwią się o bezrobocie.
Można zasadnie podejrzewać, że zamknięcie sklepów, zwłaszcza dużych samoobsługowych, w tym marketów i hipermarketów, zmieni styl zakupów. Nie będzie już zakupów rodzinnych, robionych bez pośpiechu, co w przypadku osób pracujących możliwe jest tylko w niedzielę. Przy takiej okazji wydaje się z reguły więcej pieniędzy niż przy zakupach celowych, gdy wpada się pędem do sklepu kupić konkretną rzecz. Przy okazji wypije się jakąś kawę, dzieci naciągną na lody. Spadnie więc popyt. O ile? Pewnie ekonomiści potrafiliby to wyliczyć. A nasza gospodarka wymaga akurat zwiększenia popytu. Ale to tym bardziej dla posłów za trudne. Jednak ekonomiczna głupota posłów to jeszcze pół biedy. Zgłaszając postulat zakazu handlu w niedzielę, posłowie ujawniają swoją filozofię państwa i demokracji. Głoszą z całą otwartością, że zakaz ma przywrócić polską, katolicką tradycję zakazu pracy w niedziele i święta, bo dzień święty należy święcić.
Tak rzeczywiście nakazuje tradycja katolicka. Kto chce, niech ją szanuje. Ale demokratyczne państwo nie może nikogo zmuszać do tego, by przestrzegał nakazów religijnych. To sprawa sumienia i wolnego wyboru ludzi.
Nawiasem mówiąc, zakaz pracy w niedziele i święta nigdy nie był przez Kościół traktowany bezwyjątkowo, tak jak to jest z szabatem u starozakonnych Żydów. Pomijając już fakt, że w niedziele i święta, nawet te największe, pracują służba kościelna, co normalne, czy przykościelne sklepiki z dewocjonaliami. Pracują przecież elektrownie, dając prąd oświetlający wnętrza świątyń, działają komunikacja miejska i dalekobieżna, wodociągi, gazownie, szpitale. Porządku pilnują policjanci, profesorowie prowadzą wykłady na studiach zaocznych, a za granicą, wśród emigrantów, polskość jest podtrzymywana w szkółkach niedzielnych, w których pracują jacyś nauczyciele. O ile się orientuję, nikt, Kościół w szczególności, przeciw temu nie protestuje. Praktykowane jest, że nie wykonuje się w niedziele i święta tych prac, zwłaszcza ciężkich, które można przełożyć na inny dzień. I tylko tyle stanowi polska tradycja. Gdy jadę do siebie na wieś, staram się nie rąbać drewna w niedzielę, nie dlatego, by nie sprawić Panu Bogu przykrości, bo sądzę, że jest mu wszystko jedno, czy ja drewno rąbię, czy nie, ale by nie łamać przyjętego tu zwyczaju, pokazać, że też go, przez wzgląd na sąsiadów, szanuję.
Posłowie pomysłodawcy uważają, że państwo ma prawo wymuszać na obywatelach postawy, które w demokracji powinny być efektem wolnego wyboru, że ma prawo zmuszać do przestrzegania tradycji, i to w kształcie i w zakresie przez państwo określonym.
Posłowie pomysłodawcy uważają, że oni lepiej od ludzi wiedzą, co jest dla nich dobre, i dlatego mają prawo narzucić ludziom swoją jedynie słuszną prawdę. Dla ich dobra w dodatku. Opierając się na takiej samej filozofii i identycznej argumentacji, można pójść krok dalej. Stworzyć inspekcję policyjno-kościelną, która będzie sprawdzać, czy ktoś w niedzielę nie pracuje w domu, czy dzień święty święcił należycie, to znaczy, czy był już z żoną i dziećmi na mszy, czy wybiera się na nieszpory, czy dostatecznie elegancko ubrał się na procesję. Argument drugi to rzekoma troska o pracowników. O tę stale opisywaną panią z pampersem pracującą w markecie. Może lepiej by ją zapytać, czy woli pracę z pampersem, czy bezrobocie bez pampersa. Gdyby wolała to drugie, sama by się zwolniła, wszak nie ma nakazu pracy. To, że warunki pracy w niektórych sieciach handlowych są ciężkie, nawet uwłaczające ludzkiej godności, jest prawdą. Trzeba podjąć wysiłek wymuszenia na pracodawcach stworzenia godnych warunków pracy, nie wylewać dziecka z kąpielą. Co zresztą zmieni tu zakaz pracy w niedzielę, gdy pozostanie noszenie pampersów przez sześć pozostałych dni tygodnia?
Pomysłem posłów, głupich ponad podziałami, zachwycona jest część biskupów i księży. Tych, którzy podzielają ideologię pewnego zapomnianego już nieco polityka, że „Polska może być biedna, byleby była katolicka”. Biedną uczynić łatwo. Katolicką wymusić pod groźbą kary? Zakazem prawnym kształtować sumienia i przekonania religijne? W tej części świata to nikomu się nie udało, mimo że parę razy już próbowano. O cenie, jaką za to zapłacono, nie wspomnę.
Być może zakaz handlu w niedziele uda się przeforsować w Sejmie, a może się udać, bo nawet rozsądni posłowie nie zechcą się narażać biskupom i proboszczom (o ile ich zachwyt dla pomysłu będzie powszechny). Każdy przeciwnik pomysłu będzie okrzyknięty tym, który nie szanuje polskiej tradycji katolickiej, a w dodatku jest za bezwzględnym wyzyskiem pracowników. No to kto się odważy na sprzeciw? Narazić się elektoratowi z prawa i z lewa? Takich odważnych, obawiam się, jest niewielu.

Wydanie: 24/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy