Jeno wyjmij mi z tych oczu…

Jeno wyjmij mi z tych oczu…

Pośmiertne kłopoty Ewy Demarczyk

W sierpniu minęła druga rocznica śmierci Ewy Demarczyk, artystki, która pozostaje wyjątkowym zjawiskiem w naszej kulturze. Wybitny muzykolog Bogusław Kaczyński, pytany w 2014 r. w PRZEGLĄDZIE o stan naszej piosenki, powiedział: „Przed wojną była Hanka Ordonówna, po wojnie Ewa Demarczyk. Ich sukcesy już się nie powtórzyły”. Inny bardzo ceniony swego czasu krytyk muzyczny, Juliusz Kydryński, brat znanego popularyzatora piosenek Lucjana, napisał: „Kariera Ewy Demarczyk to coś najbardziej zdumiewającego w dziejach estradowych karier, ale też Ewa Demarczyk jest najbardziej zdumiewającym zjawiskiem w dziejach naszej estrady. Jest z nikim nieporównywalna. Nazywają ją Czarnym Aniołem polskiej piosenki”.

Mimo to na jej grobie w Alei Zasłużonych na cmentarzu Rakowickim w Krakowie ciągle znajduje się tylko tymczasowa betonowa płyta z małą tabliczką informującą, kto pod nią spoczywa. To zmusza do zastanowienia, a także nakazuje przypomnieć kilka faktów związanych z mało znanym rodowodem Ewy Demarczyk oraz jej dozgonnymi przyjaźniami.

Urodziła się 16 stycznia 1941 r. w Krakowie, na drugim piętrze domu przy ulicy Wróblewskiego 4. Mieszkanie było potwornie zatłoczone, w trzech pokojach na 90 m żyło w czasie okupacji aż pięć rodzin, w tym dziadek Ewy, uczestnik trzech powstań śląskich, i babcia oraz dwie córki dziadka z rodzinami. Helena i Jadwiga wyszły za mąż za braci Wojciecha i Józefa Poliwodów, pracujących w konsulacie polskim w Bytomiu, w którym dziadek Ewy był gospodarzem. Przychodzili do Demarczyków na wspólne muzykowanie i śpiewanie, poznając tu przyszłe żony. Kiedy polski konsulat został w 1931 r. przeniesiony do Opola, po tym jak Niemcy utworzyli rejencję opolską, która miała im ułatwić germanizację Śląska, przyszły dziadek Ewy, Andrzej Demarczyk, z córkami i zięciami Poliwodami przeniósł się do Opola. Natomiast jego najmłodszy syn, przyszły ojciec Ewy, Leonard Demarczyk, który nie tylko pięknie malował i rzeźbił, ale również grał na akordeonie i śpiewał, podjął studia na wydziale rzeźby krakowskiej ASP. W Krakowie poznał Janinę Bańdo i z nią się ożenił. Młodzi w królewskim mieście uwili sobie gniazdko, lecz długo się nim nie nacieszyli – po wybuchu wojny musiało ono się stać azylem aż dla pięciu wspomnianych rodzin, zmuszonych do ucieczki ze Śląska. W pierwszym z trzech pokojów mieszkali przyszli rodzice Ewy oraz siostra jej mamy, malarka Stefania, z mężem Andrzejem Stopką, znanym grafikiem i karykaturzystą, których wyrzucono z mieszkania w Katowicach. W drugim – dziadkowie, Andrzej i Anna, z córką Heleną, jej mężem Wojciechem Poliwodą i trójką dzieci. Wreszcie w trzecim Jadwiga z pięciorgiem dzieci, bez męża, bo Józef Poliwoda przebywał na Węgrzech.

Po urodzeniu się Ewy w 1941 r., jej siostry Lucyny w 1943 r. oraz Basi Stopki okupacyjną gehennę przeżywało w mieszkaniu aż 17 osób. Filarem, dzięki któremu przetrwali najbardziej dramatyczne chwile, okazał się niezwykły, potrafiący wszystko dziadek Andrzej.

Gdy 22 stycznia 1945 r. w Krakowie powstał Komitet Obywatelski Polaków Śląska Opolskiego, nie mogło w nim zabraknąć Andrzeja Demarczyka i Wojciecha Poliwody. Obaj natychmiast po tym wyruszyli z pierwszą grupą operacyjną na Opolszczyznę. Po dotarciu do wyludnionego Opola pierwszą rzeczą, jaką zrobił dziadek Ewy, było wdrapanie się na wieżę ratusza, aby z niej zerwać swastykę. W nagrodę za to jakiś polski oficer wyrzucił go z przydzielonego mieszkania, które dziadek odgruzował i przygotował dla rodziny. Więcej szczęścia miał zięć, otrzymując kwaterę przy dzisiejszej ulicy Niedziałkowskiego 1. Mieszkanie to rokrocznie, poczynając od 1947 r., odwiedzała w czasie wakacji i z okazji świąt mała Ewa z siostrą Lucyną, z mamą i ojcem oraz ciotką Stefanią Stopkową i jej córką Basią. W Opolu odbyły się w 1952 r. złote gody ulubionego dziadka Andrzeja i babci Anny. Wtedy to 11-letnia Ewa zachwyciła zebranych grą na pianinie i śpiewem.

11 lat później w mieszkaniu Poliwodów 22-letnia studentka wyższej szkoły teatralnej Ewa Demarczyk będzie się przygotowywała do wyjścia na scenę pobliskiego amfiteatru, aby w dopiero co wykończonej przez mamę sukience (mama krawcowa obszywała całą Piwnicę pod Baranami) zadebiutować i oszołomić publiczność I Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej „Czarnymi Aniołami” oraz „Karuzelą z Madonnami”. Ten opolski festiwal z czerwca 1963 r. otworzył jej drogę do wielkiej kariery.

Wcześniej, w 1960 r., na ostatni marynarski urlop przyjechał do rodzinnego Starego Chorzowa Alfred Andrys, nazywany przez licznych znajomych „Alfą”. Jego kolega, którego wyrzucono ze studiów na UJ, namówił go, aby pojechali na juwenalia do Krakowa, bo chciał się pożegnać z dziewczyną. Ta przyszła na spotkanie z koleżanką, którą okazała się Ewa Demarczyk, jeszcze nie wspaniała artystka z Piwnicy pod Baranami, lecz już z sukcesami w kabarecie medyków Cyrulik. Ewa zaczęła namawiać marynarza, by złożył dokumenty i wystartował na Akademię Górniczo-Hutniczą. „Alfie” nie bardzo się uśmiechało studiowanie, bo przed wojskiem nieźle zarabiał jako ślusarz w chorzowskich Azotach. W końcu jednak uległ jej namowom, uznając, że dokumenty może przysłać, a czy zda egzaminy, to inna sprawa, bo był już pięć lat po maturze. Dodatkowo przyjazd na egzaminy mu się opłacał, bo na przygotowanie się do nich otrzymał dwa tygodnie urlopu z wojska.

„Alfa”, nieoczekiwanie dla siebie, dostał się na AGH i rozpoczął studia od dość częstego towarzyszenia Ewie w Piwnicy pod Baranami. W pewnym momencie nazbierało mu się sporo zaległości na uczelni i musiał przysiąść fałdów, aby się na niej utrzymać. Potem już jakoś szło. Studia ukończył w terminie. Rychło też dał się poznać jako dynamiczny działacz Zrzeszenia Studentów Polskich. W połowie trzeciego roku został szefem ZSP na uczelni, a nawet członkiem jego centralnych władz.

Swego czasu Ewa uratowała go od konsekwencji scysji z milicjantem, grożącej pobytem w więzieniu. „Alfa” zaprzyjaźnił się ze Zbyszkiem Cybulskim – bardzo się zbliżyli w czasie kręcenia w Krakowie w 1966 r. filmu „Jowita”, będącego adaptacją powieści Stanisława Dygata „Disneyland”. Alfred miał wtedy sporo czasu po obronie pracy magisterskiej w oczekiwaniu na podjęcie pracy, więc ze Zbyszkiem spotykał się prawie codziennie. Tym bardziej że Cybulski przeżywał trudny okres rozterek i obaw o przyszłość. Od jego wielkiej roli Maćka w „Popiele i diamencie” Andrzeja Wajdy, dzięki której stał się idolem pokolenia, minęło 10 lat, a nowych wymarzonych ról nie otrzymywał od cenionych przez niego reżyserów. W „Alfie” znalazł nie tylko powiernika, lecz i przyjaciela, który wyręczał go w załatwianiu doraźnych życiowych spraw.

W czasie kręcenia Jowity „Alfa” pewnej nocy wyprowadzał z Hotelu Francuskiego dziewczynę znajomego. W czasie jej legitymowania przy Rynku milicjant nieoczekiwanie, bez powodu uderzył Andrysa pałką. Ten mu odpłacił i agresor aż siadł na bruku. „Alfa” zaś podszedł do innego milicjanta, drzemiącego w pobliskiej budce, by mu zgłosić napaść na siebie. W rezultacie, jak to się wówczas mówiło, został „przydrutowany”. Rano, gdy wyprowadzany był na przesłuchanie, gdyż chciano go skazać w trybie doraźnym, pojawił się na posterunku Zbyszek Cybulski, który przekonał majora, aby kolega odpowiadał z wolnej stopy, bo z jego udziałem nakręcono już niedokończone sceny w filmie. Tym sposobem wyciągnął „Alfę” z aresztu, a reżyser filmu, Janusz Morgenstern, musiał wymyślić jakieś sceny z udziałem Alfreda.

Kiedy wreszcie odbyła się rozprawa, Andrysa nieoczekiwanie skazano na siedem miesięcy odsiadki, gdyż milicjant zmienił zeznania, nie chcąc świadczyć przeciw koledze. W przeddzień uprawomocnienia się wyroku „Alfę” znalazła w Jaszczurach Ewa Demarczyk i zaprowadziła go do mecenas Ruth Buczyńskiej, która wniosła rewizję do sądu wojewódzkiego, co wstrzymało wykonanie wyroku.

Niebawem Alfred przeżył największą tragedię. Wczesnym rankiem 8 stycznia 1967 r. próbowali ze Zbyszkiem Cybulskim wskoczyć do pociągu odjeżdżającego po godz. 4 z wrocławskiego dworca, bo Zbyszek musiał być o 10 w stolicy. „Alfie” się udało, Zbyszek, wskakując, zsunął się między stopień wagonu i peron. Przewieziony do szpitala zmarł o godz. 5.25. „Alfa” towarzyszył trumnie przyjaciela w drodze do Katowic, gdzie 12 stycznia 1967 r. pochowano Zbyszka.

Po pogrzebie na polecenie Stanisława Dygata jego żona Kalina Jędrusik zabrała Andrysa do Warszawy. Zamieszkał u nich, szybko jednak znalazł pracę w Ursusie. 2 marca 1967 r. uczestniczył w przyjęciu weselnym Daniela Olbrychskiego i Moniki Dzienisiewicz. Wieczorem zadzwonił telefon, odebrał go Dygat i z kimś przez chwilę rozmawiał, po czym polecił napełnić kieliszki: „No to pijemy zdrowie »Alfy«”. Zdziwionym nieoczekiwanym toastem gościom wytłumaczył: „Dzwoniła mecenas Ruth Buczyńska, że został uniewinniony”.

„Alfa” miał więc za co być wdzięcznym Ewie Demarczyk: za namówienie go na studia w Krakowie, za to, że wszedł (ale również dzięki swoim zdolnościom towarzyskim i inicjatywom) w środowisko artystyczne i kulturalne, w którym czuje się jak ryba w wodzie, wreszcie za to, że nie trafił do więzienia. Miał z Ewą kontakt do jej ostatnich dni. Nie używała komórek, dlatego dzwoniła do niego na telefon stacjonarny, który żonie „Alfy”, znanej i lubianej aktorce Grażynie Barszczewskiej, służy do kontaktów zawodowych.

Ewa nie miała szczęścia do mężów. Pierwsze jej małżeństwo, ze znanym skrzypkiem, skończyło się dość szybko. Praktycznie w czasie przyjęcia weselnego, gdy pan młody oświadczył, że zmienia plany życiowe i zamierza karierę muzyczną kontynuować w Belgii, gdzie będzie mogła występować także jego żona. Ewa tych planów nie podzielała, tym bardziej że była związana z mamą, którą się opiekowała. (Nieprawdą jednak są insynuacje autorek książki o niej, że mąż nie mógł ścierpieć, że nawet w podróż poślubną zabrała mamę, bo podróż z mamą odbyła wcześniej). Drugiego męża, pozłotnika, poślubiła po śmierci matki, która odeszła w 1979 r. Niestety, uwikłał się on w nie do końca jasne kombinacje i w rezultacie został skazany. Wtedy Ewa złożyła wniosek o rozwód. (Nieprawdą jest natomiast, że ją okradał, co sugerują autorki wspomnianej książki. Ewa faktycznie została kiedyś okradziona, ale bez żadnego udziału męża).

Od 1981 r. do nieoczekiwanej śmierci Ewy w 2020 r. jej partnerem był Paweł Rynkiewicz. W czasie studiów na AGH założył on z kolegą ekipę remontową i to im przypadło zająć się mieszkaniem artystki. Okazało się, że Ewa z Pawłem mieli wspólnych znajomych i sporo zainteresowań, które ich połączyły na prawie 39 lat. Mieli też do siebie zaufanie. Paweł był jej partnerem, asystentem, menedżerem i opiekunem chroniącym ją i jednocześnie izolującym od nachalnych poszukiwaczy sensacji. Szczególnie gdy po konflikcie z miastem Kraków zlikwidowano w 2000 r. Państwowy Teatr Muzyki i Poezji – Teatr Ewy Demarczyk i przestała występować na estradzie, chowając się przed wszystkimi w prywatność. Zniechęcały ją równocześnie szerząca się bylejakość i zalew amerykańskiej popkultury. Będąc niezwykłą osobowością estradową, wrażliwą na piękno muzyki i słów, nie potrafiła się odnaleźć w tym morzu „byle czego i byle jak”. Nie chciała tego komentować publicznie, aby jej nie wplątano w nieistotne spory i nie zaszufladkowano politycznie ani nie zaliczono do grona celebrytek uwielbiających się życiowo obnażać. Była wielką artystką wiele wymagającą od siebie i od współpracujących z nią osób.

We wrześniu 2020 r. Ewa Demarczyk postanowiła sformalizować swój związek z Pawłem Rynkiewiczem. Zaplanowali ślub w którymś z miast w środkowej Polsce. Niestety, pokrzyżował te plany „poważny incydent zdrowotny” jej partnera. Ewa robiła wszystko, aby go uratować. Musiała błyskawicznie zdobyć pieniądze na jego leczenie i bardzo kosztowną rehabilitację. Potrzebowała kilkudziesięciu tysięcy złotych. „Alfa”, do którego m.in. się zwróciła, bez wahania zgodził się jej pomóc. Potrzebowała pieniędzy natychmiast, obiecał więc, że sprawdzi domowe zasoby i niezwłocznie ją powiadomi, ile zdoła znaleźć. Uzbierał prawie połowę potrzebnej kwoty, wsiadł do pociągu i zawiózł pieniądze do Krakowa.

Paweł leżał trzy tygodnie w śpiączce podłączony do respiratora. Dzięki uporowi Ewy przeżył i został wybudzony, a potem, po rehabilitacji, odzyskał tyle sprawności, że mógł do niej powrócić. Gdy wydawało się, że wreszcie będą mogli się pobrać, nieoczekiwanie Ewa zmarła we śnie 14 sierpnia 2020 r. Pozostawiła partnerowi kartkę, komu i ile pieniędzy oddać. „Alfa” zdziwił się, kiedy Rynkiewicz zwrócił mu pożyczkę. Tym samym jednak, razem z innymi, którzy pomogli Ewie w tym trudnym okresie, został wmieszany w proces sądowy przez siostrę zmarłej, Lucynę Staśko, z którą Ewa była skłócona od 30 lat. Lucyna, choć także utalentowana, nie odniosła takiego sukcesu jak Ewa. Po jej śmierci niespodziewanie została jedyną spadkobierczynią. Dowiedziawszy się, że partner mający dostęp do konta zdołał pobrać z niego pieniądze, które według dyspozycji zmarłej zwracał dłużnikom, siostra wniosła sprawę do sądu. Od razu zarekwirowała samochód Ewy.

Już na pogrzebie zdumiała licznie żegnających Ewę zapowiedź męża Lucyny, że postawią artystce godny pomnik wykonany przez znanego rzeźbiarza, więc jako rodzina zamierzają ogłosić wśród przyjaciół i znajomych zbiórkę na ten cel. Komunikat o zbiórce dziwił, bo Ewa do biednych nie należała. Miała duży dom w Wieliczce, którego część, gdy kupowała go z partnerem w 1989 r., została wpisana w księgach wieczystych jako własność Rynkiewicza, ponadto spore mieszkanie w Krakowie oraz konto, na które wpływały pieniądze m.in. za sprzedawane płyty.

Po dwóch latach od śmierci Ewy Demarczyk pojawił się dziwny i trudny do zaakceptowania projekt nagrobka. Wiceprezydent Krakowa, przemawiając na pogrzebie, powiedział, że „Kraków ją żegna, Kraków jej dziękuje i Kraków ją przeprasza”. Miał zresztą za co przepraszać. Teraz powinien przypilnować, aby Ewa Demarczyk została godnie upamiętniona. Trudno bowiem się zgodzić z tym, aby siostra, tyle lat z nią skonfliktowana, miała wyłączność na decydowanie o symbolicznym wyrazie jej grobu. Ogromne, czarno-białe, marmurowe koło – wielka piguła, jak ów projekt od razu nazwano, jest nieporozumieniem. „Tylko ktoś, kto nie znał prawdziwej Ewy – powie jej partner – mógł taki projekt wymyślić i zaakceptować”.

Przy okazji niech nam wolno będzie zwrócić się do prof. Stanisława S. Niciei, twórcy i kustosza Wzgórza Uniwersyteckiego w Opolu, na którym stoją już pomniki znakomitych twórców polskiej piosenki: Agnieszki Osieckiej, Czesława Niemena, Jerzego Wasowskiego z Jeremim Przyborą, Wojciecha Młynarskiego, Marka Grechuty i Jonasza Kofty, z pytaniem, czy nie nadeszła pora, aby dołączyła do nich Ewa Demarczyk, rodzinnie związana ze stolicą polskiej piosenki. Nie pisała ona co prawda ani nie komponowała piosenek, ale przecież jest twórczynią niedościgłej interpretacji polskiej piosenki artystycznej, której nadała niezapomniany wyraz. Byłaby odpowiednia do tego okazja, wszak w 2023 r. przypada 60. rocznica I Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej, który otworzył Ewie Demarczyk drogę na estrady świata i do serc jej wielbicieli.

 

 

Wydanie: 42/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy