Kadry mierne, ale wierne

Kadry mierne, ale wierne

Druzgocąca dla klasy politycznej jest odpowiedź na pytanie CBOS, któremu z polskich polityków należy się miano polityka roku 2018. Kto najlepiej działał, zrobił najwięcej w interesie kraju, społeczeństwa i ludzi? Ponad połowa (53%) nie wskazała nikogo. A spośród kilkudziesięciu zgłoszonych tylko czterech dostało więcej niż 2%. Tytuł dla Morawieckiego (13%) i skromniutkie 10% dla Dudy. Śladowe zaufanie. A jeszcze w 2002 r. Aleksander Kwaśniewski miał 35% wskazań.

Nie wiem, jak państwo, ale ja czuję rosnącą presję na zmiany. To już nie jest oczekiwanie jednych na powrót PO, a drugich, że może jednak jeszcze PiS. Do świadomości Polaków coraz szybciej przebija się inny komunikat. O jałowości i beznadziei wyboru między PO a PiS.

Obie postsolidarnościowe partie wyczerpały swój potencjał. W sferze idei już na początku zmian. Oszukując strajkujących Polaków, którzy walczyli o efektywniejszy i sprawiedliwszy dla nich ustrój, a obudzili się w kalekiej wersji kapitalizmu. W systemie preferującym najbardziej cwanych i bezwzględnych. Tego etapu jeszcze jako społeczeństwo nie przetrawiliśmy. Ludzie, którzy wiedzą najwięcej, ciągle są uwikłani w bieżącą politykę. I nie są chętni do uczciwych rozliczeń z przeszłością. Marnie wygląda też dorobek nauki. Gdzie są te badania, analizy, ekspertyzy, które by Polskę po 1989 r. opisywały na wszelkie możliwe sposoby? Zamiast tego mieliśmy i ciągle mamy naiwną wiarę w wolny rynek i kapitał, który nie ma ojczyzny. W bezinteresowność zagranicznych doradców. Był również taki kuriozalny etap, że najlepszą polityką gospodarczą jest brak polityki. Była wiara w cudowną moc podatku liniowego. Trudno uwierzyć, że takie brednie głosili wybrańcy narodu piastujący najwyższe funkcje w państwie. Ciągle zresztą są doklejeni do publicznego cycka.

Kadry POPiS-u nawet huraoptymistom nie dają nadziei, że z nimi będzie mądrzej. Aspiracje Polaków w ciągu ostatniej dekady wzrosły ponad poziom kadr partii ubiegających się o władzę. Możliwości są więc dwie. Albo po raz kolejny zwycięski obóz przytłumi te aspiracje, albo pojawią się autentyczni reprezentanci obozu zmian. I będzie po POPiS-ie.

Wydanie: 3/2019

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Komentarze

  1. ireneusz50
    ireneusz50 17 stycznia, 2019, 23:42

    czy w ogóle jest sens rozważać sprawy polskie ? Krzysztof Podgórski: Ruch „Solidarność” – oszustwo stulecia https://ddtorun.pl/pl/586_felietony/11670_.html

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radoslaw
      Radoslaw 25 stycznia, 2019, 16:00

      Rzuciłem okiem na ten tekst, a w szczególności na komentarze. Chamstwo i bełkot, gdzie koronnym „argumentem” jest nazwanie autora „komuchem”. Dyletanci zarzucają mu brak wiedzy, podczas gdy sami mają „wiedze” rodem z filmów z Barei. Jeden np. poleca sobie obejrzeć zdjecia z PRL-u i przekonać sie, jaki był „szary i siermieżny”. To ja polecam, żeby sobie obejrzał zdjecia Warszawy z roku 1945 roku i połowy lat 70-tych, a dla porównania z roku 1989 i obecnie. W obu wypadkach mamy do czynienia z takim samym przedziałem czasowym: 30 lat. Niech sobie odpowie, w którym okresie zaszły wieksze zmiany? Nawet dziecko zauważy, że postep w latach 1945-75 był bez porównania wiekszy, niz w ostatnich trzech dekadach. I to dokonany wyłącznie w oparciu o własne środki, bez gigantycznych subwencji z UE.
      Inny bredzi, że „komuna” uniemożliwiłaby Polakom posiadanie smartfonów. W 1989 roku polska elektronika użytkowa wyprzedzała Chiny o epoke, dziś to Chiny zalewają Polske swoją elektroniką, bo polska została niemal całkowicie zniszczona. Jak dla mnie, wniosek jest taki, że „komuna”, nie dość, że nie uniemożliwiłaby dostepu do smartfonów, to jeszcze byłaby je w stanie wyprodukować, w polskich fabrykach – gdyby ich nie „zaorano” PO 1989 roku!
      Jeszcze inny wywrzaskuje: ” ludziom z Solidarności zawdzięczasz to co masz i wbij sobie to do głowy.” i podaje jako przykład paszporty. Tylko, że paszporty Polacy dostali do reki za ostatniego rządu PRL, gdzie tu zasluga Solidarności? Nie mówiąc o tym, że to nie brak paszportu był głównym utrudnieniem wyjazdowym, a powszechny obowiązek wizowy, narzucony Polsce przez niemal wszystkie kraje „Zachodu”.
      No i te nieustanne porównania „komuny” do Zachodu – przy zerowej wiedzy, jaka była różnica w 1945 roku. W tymże roku odsetek ludności wiejskiej wynosił w Polsce 75%. W Anglii, już w połowie XIX w. było to tylko 20-25%. Czyli przepaść co najmniej 150 lat!
      Nie wiem, jaki jest w Polsce odsetek głupców, chamów i kłamców, podobnych tym, którzy sie objawili pod tym tekstem, ale wygląda, że znaczny i ciągle rośnie.
      Nawet prymitywni, niepiśmienni Afrykanie czy Indianie, kiedy zorientowali sie, że im kolonizatorzy za szklane paciorki zabierają ziemie i zakuwają w kajdany – próbowali sie buntować. Polacy natomiast pluja na to, co zbudowali, szczycą sie, że sami to zniszczyli i są dumni z bycia na wpół niewolniczą siłą roboczą ale w ZACHODNICH (to najważniejsze dla zakompleksionego Polaka) montowniach i korporacjach.
      Chyba faktycznie szkoda czasu na dyskusje o Polsce. Krytyczna masa prostactwa i głupoty została przekroczona,

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. Radoslaw
    Radoslaw 23 stycznia, 2019, 16:19

    „Trudno uwierzyć, że takie brednie głosili wybrańcy narodu piastujący najwyższe funkcje w państwie.” Trudno uwierzyć, że Polacy im wierzyli, a po 30 latach prania mózgów te brednie to jedyna słuszna wersja historii. Raczej historyjka, w którą Polacy wierzą już bez zastrzeżeń.
    Na samym początku tzw. transformacji ustrojowej w warszawskiej siedzibie NOT pewien wysoko postawiony polityk o solidarnościowym rodowodzie tak pouczał zebraną tam elite polskich inżynierów: że polski przemysł jest nic nie wart, że taki zacofany, że tego nie opłaca sie modernizować, bo przyjdzie „Zachód” i zbuduje nowe, lepsze. Nie wiem, czy ten człowiek wierzył w brednie, które opowiadał. Ale ilustruje to straszliwą arogancje solidarnościowych działaczy, szczególnie tych wysokiego szczebla. Ten człowiek, który zajmował sie głównie „konspirą”, nigdy w życiu nie przepracował uczciwie jednego dnia – bo albo siedział, albo knuł, a utrzymywały go rozmaite „ciotki rewolucji” – ten człowiek wygłaszał pouczanki-połajanki pod adresem ludzi, którzy całe swoje zawodowe życie poświecili wyciąganiu Polski z ruin i zacofania!
    Akurat ten wymieniony działacz zachował sie o tyle przyzwoicie, że już po kilku latach zorientował sie dokąd wiedzie neoliberalna droga, zaczął sie jej przeciwstawiać i nawet miał cywilną odwage przeprosić za swoją pomyłke. Ale takie postawy były nieliczne.
    Po 1989 roku zalała Polske fala arogancji i dyletanctwa, a ludzie przyniesieni przez te fale jeszcze bezczelnie wrzeszczeli, że „za komuny” to kariery robili tylko bierni, mierni, po linii partyjnej oczywiście. Mój ojciec zaczynał w przemyśle jako szeregowy inżynier w biurze konstrukcyjnym pod koniec lat 60-tych. Zanim został dyrektorem musiał przejść wszystkie pośrednie szczeble awansu, w 3 zakładach w swojej branży, co mu zajeło jakieś 15 lat. Taka ścieżka kariery była normą w gospodarce czy oświacie (akurat o tych domenach coś wiem) i przypuszczam, że w przytłaczającej wiekszości dziedzin życia społeczno-gospodarczego.
    Dziś prezesami najwiekszych państwowych spółek zostają ludzie, którzy w czasach Polski Ludowej mogliby zostac co najwyżej kierownikami pralni chemicznej. I mamy oto geniuszy, jak niejaki Daniel Obajtek, absolwent Prywatnej Szkoły Ochrony Środowiska w Radomiu: prezes Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, prezes grupy Energa, a potem Orlenu. I na wszystkim tym sie oczywiście zna, prawdziwy Leonardo Da Vinci…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy