Klimat szaleje przez nas

Klimat szaleje przez nas

Nasze indywidualne decyzje są ważne, choć świata nie zmienią.

Przede wszystkim potrzebujemy zmiany systemowej


Prof. Zbigniew Karaczun – sozolog i działacz ruchu ekologicznego, ekspert Koalicji Klimatycznej


Ktoś policzył, że alertów Rządowego Centrum Bezpieczeństwa ostrzegających przed ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, których w całym roku 2021 było 17, w tym roku dostaliśmy już 9. Dzieje się coś niepokojącego czy może RCB jest nadaktywne?
– Centrum będzie nas bombardować częściej, dlatego że ekstremalne zdarzenia pogodowe, które są skutkami zmiany klimatu, będą występować coraz częściej. Więcej gazów cieplarnianych w atmosferze, stale przez nas wprowadzanych, powoduje, że pochłaniane jest w niej więcej ciepła. Oznacza to, że w atmosferze magazynowane jest więcej energii – bo ciepło to energia – która rozładowuje się częściej i coraz gwałtowniej. Dlatego musimy się przygotować, że RCB będzie nas zawiadamiać częściej, bo takich zjawisk będzie coraz więcej.

Według niektórych to nie my zawiniliśmy, że tyle trąb powietrznych niszczy ludzkie siedliska, a całe to ocieplenie klimatu wynika z cyklicznych zmian – takich, które kiedyś powodowały zlodowacenie. Czy nie ma w tym odrobiny racji?
– Niestety, różnych durniów nigdy nie brakowało. Podobnie jest z tymi, którzy twierdzą, że szczepionki mają nam wtłoczyć czipy wyprodukowane przez Billa Gatesa, a żadnej pandemii nie ma. Z naukowego punktu widzenia nie mamy wątpliwości, że odpowiedzialni za zwiększoną emisję gazów cieplarnianych, a tym samym za zmianę klimatu, są ludzie. Potwierdzają to raporty Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), mówiące jednoznacznie, że prawdopodobieństwo, że to człowiek jest sprawcą zmiany klimatu na Ziemi, wynosi ponad 95%. To poziom, przy którym weryfikuje się hipotezy naukowe. W żadnym recenzowanym czasopiśmie naukowym nie ma doniesienia, że istnieje jakaś alternatywna teoria co do powodów zmian na Ziemi. Inne naukowe wytłumaczenie tego, co obserwujemy, po prostu nie istnieje.

Że są zmiany w pogodzie, widzi każdy. Ale czy możemy realnie się przyczynić do zmiany na lepsze? Czy potrafimy naprawić klimat i zatrzymać spiralę anomalii zarówno w naszym kraju, jak i na świecie?
– Szybko nie zatrzymamy tego, co się stało. Rewolucja przemysłowa sprawiła, że średnia temperatura na Ziemi wzrosła już o ok. 1,1 st. C. Porozumienie paryskie z 2015 r. zobowiązujące wszystkie kraje do przedstawienia swoich scenariuszy ograniczenia emisji gazów cieplarnianych ma zapewnić, że wzrost temperatury nie przekroczy 2 st. C, a jeszcze lepiej 1,5 st. C. Rzecz w tym, że gazy cieplarniane mają dosyć długi cykl życia w atmosferze, od 5 do nawet 200 lat. Potrzeba zatem trochę czasu, aby stężenie gazów cieplarnianych powróciło do stanu sprzed rewolucji przemysłowej albo choćby sprzed 30 lat. Gra toczy się więc o to, czy będziemy bezpieczni w takim stanie atmosfery, jaki jest obecnie, czy nie powstrzymamy destrukcyjnych procesów i doprowadzimy do takiej katastrofy klimatycznej, że załamie się dotychczasowa chwiejna równowaga i cały system klimatyczny. Gdyby system klimatyczny ustabilizował się na innym poziomie, mogłoby się okazać, że będzie to absolutnie niszczące dla naszej cywilizacji i gatunku ludzkiego.

Polska nie jest wielkim krajem i nasz wpływ na zmiany klimatu jest ograniczony. Kto zawinił najbardziej, że nasze warunki pogodowe się pogarszają? Mówi się, że bardzo szkodliwe są wycinki lasów tropikalnych w Brazylii, że Stany Zjednoczone mają sporo na sumieniu, że Chiny dużo napsuły. A Rosja?
– Są dwa poziomy odpowiedzialności. Jest odpowiedzialność historyczna, bo przecież masowa emisja gazów do atmosfery rozpoczęła się jakieś 250 lat temu. W tym znaczeniu największą odpowiedzialność za te zmiany ponoszą USA, bo przypada na nie ok. 28% całkowitej emisji historycznej. Drugi rodzaj odpowiedzialności to emisja w chwili obecnej. W niej przodują Chiny, a na drugim miejscu są USA. Jednak kto jest największym grzesznikiem – to już problem nie tyle gospodarczy, ekologiczny, ile moralny. Przecież większość chińskiej produkcji trafia do krajów rozwiniętych i to my konsumujemy. Wszystkie kraje są zatem w jakimś stopniu winne i dotyczy to także Polski.

W jakim procencie?
– Nasza historyczna emisja to ok. 1,6% globalnej emisji gazów cieplarnianych. Natomiast nasz obecny udział w emisji to ok. 0,94%.

Ochrona klimatu jest sprawą dla rządów oraz międzynarodowych organizacji gospodarczych i ekologicznych. Ale aktywiści apelują do każdego z nas, jakby pojedynczy człowiek mógł uratować planetę. Walczyć o każde drzewo, nie jeść mięsa, oszczędzać wodę i energię, segregować śmieci, jeździć na rowerze lub chodzić pieszo, korzystać z transportu publicznego, ale unikać latania samolotem itd. Czy to coś zmieni?
– Nasze indywidualne decyzje też są ważne, choć świata nie zmienią. Przede wszystkim potrzebujemy zmiany systemowej. Nasi przywódcy, tzn. politycy i biznes, muszą zmienić ramy działania, co oznacza, że musimy mieć takich polityków, którzy podejmą się przeprowadzenia transformacji do neutralności klimatycznej. Władza powinna to zrozumieć, ale ona nie działa w próżni. Dlatego indywidualne decyzje mają znaczenie, bo są sygnałem dla polityków, że trzeba pójść tą drogą. Podobnie powinien na nasze potrzeby zareagować biznes i wybrać prośrodowiskowe ścieżki rozwoju. Czas skończyć z marnotrawstwem dóbr naturalnych, zatruwaniem powietrza, gleby, wody. Trzeba budować społeczność umiaru w konsumpcji i wspierać efektywność.

Ładnie to brzmi, ale mój osobisty przykład może podziałać na sąsiada, a nie na premiera.
– Pewnie, że zredukowanie diety mięsnej, rezygnacja z jeżdżenia samochodem i latania samolotem na wakacje nie przełoży się od razu na decyzje rządu. Powinniśmy jednak zwracać większą uwagę na programy partii politycznych i wybierać takich kandydatów, którzy zachęcają do zmian, mają odwagę wprowadzać reformy prośrodowiskowe i jeszcze umieją wytłumaczyć, po co są zmiany. Czasem niepopularne decyzje powodują protesty, jak to było z „żółtymi kamizelkami” we Francji. Ludzie wyszli na ulice, bo wprowadzono podatek od paliw, nazywając go klimatycznym. Zbuntowała się francuska prowincja, bo poczuła się wykluczona. Gdyby taki podatek wprowadzić w Polsce, też byłyby protesty, bo obecnie na wsi bez samochodu trudno sobie poradzić. A swoją drogą jest skandalem, że nasz rząd próbuje zwalić na Unię Europejską odpowiedzialność za wzrost cen energii. Ceny poszły w górę, ale przyczyny są inne.

Tymczasem nasze miasta zatyka nadmiar samochodów osobowych, po drogach jeździ nierzadko dymiący złom, parkingi są oblężone. Ale ulice się zwęża, aby kierowcy z nich nie korzystali.
– To trudny temat, bo prócz transformacji energetyki na bezemisyjną potrzebna jest gruntowna przebudowa transportu. W tej chwili doszliśmy do tego, że emisje z energetyki maleją, ale z transportu rosną. Inaczej trzeba spojrzeć na posiadaczy samochodów w dużych miastach. Uważam, że np. w Warszawie używanie samochodu to fanaberia. Oczywiście nie myślę tu o wyjątkach, np. o osobach z niepełnosprawnością itd. Ale pozostali wcale nie muszą codziennie jeździć po mieście, zwłaszcza że Warszawa ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci transportu publicznego. A my nadal kochamy samochody, stolica Polski ma ich więcej niż np. Berlin. Trzeba by więc w dużych miastach radykalnych posunięć, np. wprowadzenia opłat za wjazd do centrum i niektórych dzielnic. W Warszawie ok. 300 tys. osób mieszkających poza miastem codziennie dojeżdża do pracy samochodem. Powinniśmy planować ekoosiedla. Po całym Sztokholmie człowiek może swobodnie się poruszać bez samochodu, a od każdej stacji metra w 15 minut dojedzie się wygodnie w dowolne miejsce. Tak też planowane i budowane są tam osiedla podmiejskie. Z każdego można bez problemu, szybko dojechać do centrum komunikacją publiczną.

Nie wszędzie da się tak zorganizować transport publiczny.
– Do tego zmierzam. Na terenach wiejskich i tzw. prowincji rozwaliliśmy kompletnie system komunikacji podmiejskiej i nastąpiło transportowe wykluczenie ludności. Bez samochodu nie dojedzie się do szpitala, pracy, kina, teatru itd. Tylko motoryzacja prywatna rozwiązuje podstawowe potrzeby transportowe. Jeśli nie odbudujemy połączeń lokalnych, nadal będzie tam dominował indywidualny transport samochodowy.

Wspomniał pan o potrzebach wsi, ale wielkie przedsiębiorstwa hodowlane, farmy przemysłowe z tysiącami zwierząt są również bardzo szkodliwe dla środowiska i w konsekwencji dla klimatu. Kto więcej szkodzi – miasto czy wieś?
– Na pierwszym miejscu jest przemysł, energetyka węglowa, transport samochodowy, ale wieś też sporo dokłada. Tylko że ona produkuje żywność nie dla siebie, ale dla miasta. W ogóle miasta pasożytują na terenach wiejskich, bo tam jest lokalizowana ta „cuchnąca” i emitująca gazy cieplarniane produkcja zwierzęca, a miasta wysyłają jeszcze na wieś tony odpadów i składują je na terenach wiejskich. Ale odpowiadając na pytanie: należy podejmować działania we wszystkich sektorach, w energetyce, w transporcie, także rolnictwo musi partycypować w osiąganiu neutralności energetycznej.

Nasz rząd nie należy do energicznych reformatorów w kwestii neutralności klimatycznej gospodarki. Jest wyraźnym hamulcowym. Czy on o tym wie?
– Opóźnienie w osiąganiu neutralności i odsuwanie niepopularnych decyzji w nieokreśloną przyszłość jest bardzo niebezpieczne w wielu wymiarach. Krótko mówiąc, przyszłym pokoleniom odbiera się perspektywy rozwoju, wręcz normalnego życia. W wymiarze gospodarczym utrzymywanie energetyki węglowej oznacza katastrofę w najbliższej dekadzie. Zniszczą nas opłaty i cła węglowe, produkcja w Polsce stanie się nieopłacalna w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej i poza nią. Niewiele się robi dla klimatu i albo będziemy musieli opuścić UE, albo będziemy na szarym końcu, choćby z powodu opłat karnych, jak za kopalnię Turów, która już nas kosztuje ćwierć miliarda złotych. Przez to wszystko stracimy klientów na rynkach trzecich. Co więcej, taka polityka lekceważy obawy młodych ludzi, którzy coraz mniej chętnie decydują się na potomstwo. Widzą, co się dzieje ze środowiskiem, nie chcą swoich dzieci skazywać na coraz trudniejsze warunki. A to z kolei prowadzi do katastrofy demograficznej. Już teraz na jednego emeryta pracują tylko dwie osoby. A najgorsze jest to, że populiści w polityce udają, że tych problemów w ogóle nie ma.

Na zakończenie dodam coś, co jest związane z tragicznymi wydarzeniami za naszą wschodnią granicą. Tylko w 2020 r. Polska zaimportowała ponad 16,5 mln ton rosyjskiej ropy naftowej, niemal 10 mld m sześc. gazu ziemnego oraz prawie 9,5 mln ton węgla. W ostatnich latach dzięki zakupom ropy i węgla przez Polskę Rosja zarobiła ponad 730 mld zł, wartość kontraktu gazowego nie jest znana. Środki te pośrednio lub bezpośrednio wspierają reżim Władimira Putina. Czy ograniczenie tego wsparcia nie powinno być dobrym powodem do przemyślenia naszej dotychczasowej polityki energetyczno-klimatycznej i rozwoju energetyki opartej na wykorzystaniu zasobów odnawialnych, do czego od wielu lat wzywa Koalicja Klimatyczna?

b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 11/2022

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy