Kłopot z niepodległością

Kłopot z niepodległością

Profesor Antoni Czubiński w swojej ostatniej książce miał napisać (mówię w trybie przypuszczenia, bo książki jeszcze nie widziałem), że w ciągu trzech ostatnich wieków Polska tylko przez 20 lat była niepodległa. Nie jest niepodległa obecnie, ponieważ jej suwerenność została ograniczona wskutek przynależności do Paktu Atlantyckiego i będzie ograniczona jeszcze bardziej po przyjęciu nas do Unii Europejskiej. Polemizował z tym poglądem prof. Jerzy Wiatr, nazywając go “absurdalnym”. Wstąpiliśmy do NATO dobrowolnie, zdecydowały o tym demokratycznie wybrane władze, członkostwo w NATO nie zostało nam narzucone, a więc zachowaliśmy w tym procesie przyłączania się pełną suwerenność i tak samo zostanie ona zachowana po dobrowolnym (a może wybłaganym) wejściu do Unii Europejskiej.
Możliwe, że Antoni Czubiński używa słów niepodległość czy suwerenność w sensie zbyt restrykcyjnym jak na potrzeby języka opisującego płynność zjawisk historycznych. Rozumiem też, że jego pogląd może zostać uznany za nieprawdziwy, ale absurdalny z pewnością nie jest w żadnym sensie tego słowa. Nie jest tak, że suwerenność czy niepodległość można utracić jedynie pod przymusem i wbrew własnej woli. Litwa połączyła się z Polską dobrowolnie. Niepodległość straciła nie z jakichś innych przyczyn, lecz z tego właśnie powodu. W Polsce niepodległość została wyniesiona na sam szczyt ideałów już nie tylko politycznych, ale także moralnych. Nie można przypisać słuszności polityce, która nie miałaby na celu niepodległości, dobre i z góry usprawiedliwione są dążenia do niepodległości, choćby po drodze powodowały zagładę miast, niszczenie gospodarki i masę nieszczęścia prywatnych ludzi. Słowo “niepodległość” zewnętrznie wyglądające na rzeczownik, powszechnie używane jest w funkcji przymiotnika służącego do chwalenia. Przynależność do NATO i w przyszłości do UE, mimo że z konieczności prowadzi do ograniczenia niepodległości, jest chwalona przede wszystkim za to, czego dać nie może, to znaczy za umocnienie naszej niepodległości. Język jest czynnikiem sprawczym, słów nie należy używać dowolnie, ponieważ mogą one zniekształcić postrzeganie rzeczywistości i sprowadzić działania na manowce.
Jestem zwolennikiem przystąpienia Polski do Unii Europejskiej nie dlatego, że dzięki temu nasza niepodległość zyska jakieś nowe oparcie lub choćby nie zostanie ograniczona. Całkiem inne względy mam na uwadze. Wątpię mianowicie, czy Polska pozostawiona sama sobie byłaby zdolna się rządzić i czynić postępy cywilizacyjne. Zmorą, od której trudno mi się uwolnić, jest przypuszczenie, że istnieje coś takiego jak determinizm etniczno-kulturowy, który może sprawić, że granica między Polską i Niemcami pozostałaby tym, czym była przez wieki, czyli grubą kreską, zaznaczającą dwa kontrastowo różne poziomy ucywilizowania i gospodarności. Czy przynależność do Unii temu zaradzi – też nie jest pewne.
Weźmy teraz pod uwagę drugą stronę medalu. Pojęcie suwerenności – z grubsza biorąc – odnosi się do stanu prawnego, niepodległość zaś do sytuacji faktycznej, empirycznej. Przy zachowaniu niekwestionowanej suwerenności Polska w ostatnim dziesięcioleciu w wymiarze faktów chyba nie była w pełni niepodległa, skoro znaczna część jej przemysłu i ponad 70% sektora bankowego znalazło się we władaniu podmiotów zagranicznych. W tego rodzaju uzależnieniu mało kto dopatrywał się ograniczenia niepodległości, krzyczały jedynie środowiska marginalne, którym trudno byłoby przyznać głębszą znajomość rzeczy.
Jak to było możliwe, że “Solidarność” po przejęciu władzy w 1989 r. odwróciła się od swoich poprzednich ideałów samorządowo-egalitarnego socjalizmu i zaczęła wprowadzać gospodarkę rynkową sposobem szokowym, dzieląc się na tych, którzy szokują i na trzymających parasol nad szokiem? Mówiło się o zdradzie ideałów “Solidarności” (gdy ujawniły się już skutki “szoku”), a jeszcze częściej przypisywano ten zwrot zdiabolizowanej osobie Leszka Balcerowicza. Osobiście byłem tak zmęczony systemem kolejkowym, że “szok” przyjąłem z ulgą, a w odrzuceniu ideałów “Solidarności” i w przyjęciu kursu na gospodarkę rynkową widziałem zwycięstwo zdrowego rozsądku. I taka była reakcja w środowiskach liberałów. Z artykułu Danuty Zagrodzkiej w magazynie “Gazety Wyborczej” dowiedziałem się kiedyś, że na władzach politycznych argumenty prorynkowe zrobiły wrażenie dopiero wówczas, gdy przedstawił je Amerykanin Jeffrey Sachs. Jest to drobny symptom, świadczący o gotowości polskiej klasy politycznej przyjmowania wszystkiego, co zaleca Ameryka. To spontaniczne podporządkowanie się radom i zaleceniom idącym z Ameryki miało dobre i złe strony, ale z pewnością nie świadczy o dogmatyzmie niepodległościowym. Nazywać niepodległością to, co nam dogadza, jest naszym obyczajem, ale zachowywać się niepodlegle – to już zbyt trudne. I komu to potrzebne?
Jesteśmy nieszczęśliwi, gdy odbiera się nam niepodległość przemocą, wówczas cenimy ją ponad wszystko, ale kiedy indziej gotowiśmy wyrzec się jej za niepewne obietnice i wcale nie nazywamy tego utratą niepodległości. Trzeba by kiedyś usiąść i zastanowić się spokojnie, czy chodzi nam o niepodległość, czy o ważniejsze rzeczy.

Wydanie: 1/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy