Krok w dobrym kierunku, ale…

Krok w dobrym kierunku, ale…

Zupełnie nieodpowiedzialne jest praktyczne zarżnięcie wspólnych działań zdrowotnych

Adrian Zandberg – poseł Lewicy, partia Razem

Jak tam w Sejmie? Jesteście pod wrażeniem sukcesu, który ogłosił premier?
– Nadymanie się premiera Morawieckiego ma drugoplanowe znaczenie. Patrzę na efekty euroszczytu realnie – dobrze, że udało się na poziomie unijnym dogadać w sprawie zwiększenia wydatków. Bo suma budżetu unijnego i Funduszu Odbudowy jest większa, niż mogliśmy się spodziewać jeszcze rok temu. Kiedy parę lat temu Janis Warufakis mówił, że jeśli Unia przy okazji kolejnego kryzysu gospodarczego ma się nie rozjechać, to takie publiczne fundusze muszą powstać, był w Brukseli traktowany jak outsider. Przedstawiciele chadeckich elit, centroprawica, która tam realnie rządzi, prychali i przewracali oczami. Dziś widać, czyje prognozy były słuszne. Żeby przejść przez kryzys suchą stopą, my wszyscy – i w Polsce, i w innych krajach – potrzebujemy większego budżetu Unii Europejskiej. I więcej odpowiedzialności Unii.

Czyli z wyników szczytu jest pan zadowolony?
– Blisko mi do tego, co napisał, komentując je, Pablo Iglesias, wicepremier Hiszpanii z Podemos. To nie jest porozumienie idealne, gdyby w Europie była większość rządów z lewicy, gdyby Europa wyglądała politycznie tak, jak wygląda Półwysep Iberyjski, budżet byłby ambitniejszy. Natomiast w porównaniu z tym, na co można było liczyć rok czy dwa lata temu, jest to krok w dobrym kierunku. Oczywiście gdy zejść na poziom szczegółów, to w obecnym kształcie tego porozumienia są też rzeczy niepokojące.

Jakie?
– Jeżeli porównamy propozycję, z którą wyszła Komisja Europejska, i spojrzymy na efekt szarpaniny na szczycie, zobaczymy, że parę ważnych dziedzin zostało potraktowanych po macoszemu. W Europie jest ciągle za mało myślenia o sprawach rozwojowych, o przyszłości. Widać to wyraźnie w nakładach na naukę, na badania i rozwój. Dokonane tam cięcia odbiją się na zdolności Europy do konkurowania z Chinami czy z USA. Jeżeli zaciskamy pasa naukowcom, jeżeli ograniczamy pieniądze, które idą na instytuty naukowe, zapłacimy za to za kilka lat.

My?
– Także my. Z tych źródeł finansuje się Instytut Chemii Organicznej, Instytut Chemii Fizycznej, Instytut Podstawowych Problemów Techniki… Od pracy intelektualnej, którą tam się wykonuje, zależy nasz dobrobyt za 10-20 lat. Cięcia w wydatkach na naukę oceniam bardzo negatywnie. Jeśli Mateusz Morawiecki chwalił się, że negocjował w kuluarach kształt tego porozumienia, to akurat tu nie ma czym się chwalić. Zabieranie pieniędzy nauce jest złe dla Europy i złe dla Polski. Potrzebujemy tych europejskich funduszy na naukę, pewnie nawet bardziej niż inne kraje. Takie niemądre cięcia są też w innych przyszłościowych wydatkach.

Na pewno w cyfryzacji!
– Owszem. Tu dla odmiany będą konsekwencje w funkcjonowaniu usług publicznych. A w Polsce musimy w to inwestować, żeby dostęp do nich był bardziej wyrównany. No i sprawą zupełnie nieodpowiedzialną jest praktyczne zarżnięcie wspólnych działań zdrowotnych. To miało być 10 mld euro, m.in. na to, żeby przygotować nasz kontynent na duże kryzysy medyczne. Żeby w przypadku epidemii tej skali co koronawirus Europa nie była znów zaskoczona – chodzi o zapasy, o zdolność do prac nad szczepionką. A ten program został praktycznie zlikwidowany. To dość nieodpowiedzialne.

Europa nie ma talentu do przygotowań. Spójrzmy na losy Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, który miał wspomagać odejście od węgla.
– Tu wyparowała większość funduszu. I to zaboli przede wszystkim nas. Polska uzyskuje dziś energię z węgla, bylibyśmy głównym beneficjentem tych środków. Na drodze jednak stanęło skąpstwo paru krajów, które lubią pomówić o klimacie, ale niekoniecznie chcą łożyć na politykę klimatyczną. One doprowadziły do cięcia wydatków na ten fundusz. A z drugiej strony – mamy ośli upór polskiego rządu, który nie chce się zgodzić na zadeklarowanie neutralności klimatycznej.

Do roku 2050…
– Moim zdaniem, to termin zbyt odległy, na pograniczu nieodpowiedzialności. A upór rządu, żeby się do tego nie zobowiązać, nie wynikał z kalkulacji ekonomicznej, ale był czysto ideologiczny. Część prawicy postanowiła z bagatelizowania zmian klimatu zrobić sobie sztandar. To skrajny brak myślenia o przyszłości.

Niby zatem sukces, bo pieniędzy więcej, ale i porażka, bo na rozwój, na badania mniej.
– Te pieniądze w pewnym sensie stanowiły cenę dogadania porozumienia politycznego. W Polsce, będziemy musieli odpowiedzieć sobie za jakiś czas – mówię „my”, bo nie wierzę, żeby zrobił to ten rząd – na pytanie: skoro nie ma na te cele wystarczających środków europejskich, a wyzwania nie znikną, to skąd na to wziąć pieniądze? Z budżetu państwa? Bo alternatywą jest tkwienie w marazmie. A to nie jest dobre rozwiązanie, jeżeli nie chcemy być w Europie obywatelami drugiej kategorii.

Europa ewoluuje w kierunku jedności. Wspólne zaciąganie długów, wspólne programy rozwojowe, wspólna polityka zdrowotna…
– I dobrze. Uwspólnotowienie długu to jedyna możliwa odpowiedź na realny problem. Parę lat temu, kiedy lewicowi ekonomiści i politycy mówili, żeby iść w tym kierunku, prawica dziwnie na nas patrzyła. Miłośnicy rajów podatkowych z chadecji tłumaczyli wtedy, że Europa to wspólny rynek i to wystarczy. Ale tak to bywa, że kiedy przychodzi sytuacja kryzysowa, nawet chadeków da się skłonić do wspólnotowych działań.

Na co powinniśmy przeznaczać środki, które uzyskamy z Unii?
– Spokojnie, od otrzymania tych środków jeszcze chwila nas dzieli. Na razie mamy porozumienie polityczne. Zanim ono się urzeczywistni, minie trochę czasu. Po drodze będą jeszcze na pewno jakieś modyfikacje.

Po co więc PiS robi takie halo, skoro minie wiele czasu, zanim to wszystko się zmaterializuje?
– Mateusz Morawiecki walczy o swoją pozycję wewnątrz obozu władzy. Próba przedstawienia szczytu jako jego osobistego sukcesu to rozgrywka między nim a radykałami wewnątrz obozu władzy. Najlepiej to widać, kiedy Zbigniew Ziobro i jego ekipa walą w Morawieckiego za kształt umowy w kwestii praworządności. Są politycy wewnątrz obozu władzy, którzy chcieli budżet wetować. Show, który premier zrobił w Sejmie, to moim zdaniem element tej rozgrywki. Gra o to, jakie będą rządy PiS przez najbliższe lata – czy zwyciężą ci, którzy chcą iść w polityce europejskiej po bandzie, czy raczej środowisko Morawieckiego.

A sprawa powiązania praworządności z funduszami, która pojawiła się w unijnych zapisach – to coś poważnego, czy zapis jest rozwodniony i PiS nie musi się tym przejmować?
– Mówię o tym od dawna, ku irytacji części liberałów: przestańcie liczyć na to, że bliżej nieokreślony ktoś z Unii przyjedzie na białym koniu, da PiS po nosie i wprowadzi europejskie standardy. Przestrzegam przed tego typu złudzeniami. To tak nie działa. Jeżeli chcemy w Polsce mieć nowoczesne, praworządne państwo, stabilną demokrację, musimy o to zadbać sami. Nikt za nas tego nie załatwi.

Fot. Filip Miller/FOTONOVA

Wydanie: 31/2020

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. amelie2
    amelie2 27 lipca, 2020, 13:48

    750 mld € to dług zaciągniety przez UE . Tylko u kogo i na jakich warunkach. Kiedy, jak i kto będzie go spłacać. Nie lubie kredytów ani banków i dlatego nie cieszą mnie te miliardy.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy