Lapid nie potrzebuje Polski

Lapid nie potrzebuje Polski

Był prezenterem, reporterem i bokserem, dzisiaj buduje i burzy sojusze Izraela

Kiedy prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację Kodeksu postępowania administracyjnego, w Izraelu zawrzało. Jair Lapid, minister spraw zagranicznych, zarzucił Polsce, że przyjęła antysemickie prawo, wymierzone w ocalałych z Zagłady Żydów starających się o odzyskanie mienia należącego do nich i ich rodzin przed wojną. Wyciągnął więc najcięższe w dyplomacji działa i ściągnął do Izraela chargé d’affaires Tal Ben-Ari Jaalon na bezterminowe konsultacje oraz wstrzymał wyjazd do Polski nowo wyznaczonego ambasadora Jakowa Liwnego. Zasugerował również polskiemu ambasadorowi Markowi Magierowskiemu, by nie wracał do Izraela z urlopu.

Polacy nie pozostali dłużni i choć początkowo rząd zapowiadał, że Magierowski do Izraela wróci, to dzisiaj już wiadomo, że pozostanie w kraju bezterminowo. Wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński powiedział też, że konieczne będzie przyjrzenie się wycieczkom izraelskiej młodzieży szkolnej do Polski, co przez Tel Awiw zostało odczytane jako groźba. Tym bardziej że te wyjazdy są przez Izraelczyków postrzegane jako kluczowy element kształtowania świadomości młodzieży, która krótko po powrocie z nich rozpoczyna zasadniczą służbę wojskową.

W ten sposób relacje polsko-izraelskie znalazły się w najgorszym od lat punkcie, gorszym nawet niż gdy ustawa o IPN wzbudziła sprzeciw rządu premiera Benjamina Netanjahu. Przez chwilę gwiazdą tamtego sporu był Jair Lapid, który jako lider opozycji twardo sprzeciwiał się, gdy Netanjahu rozpoczął negocjacje w sprawie kształtu ustawy z polskim rządem. Jego zdaniem dokument powinien „zostać pogrzebany w polskiej ziemi, która przesiąkła krwią Żydów”. Nikt wówczas jeszcze nie wiedział, że ten sprzeciw wobec dialogu z Polską jest zapowiedzią polityki przyszłego ministra spraw zagranicznych.

W dziennikarskiej atmosferze

Lapid mówi, że jego stosunek do Polski wynika z wojennych losów jego rodziny. Twierdzi, że jego babcia zginęła z rąk Niemców i Polaków. Tymczasem ze wspomnień rodziców Lapida wynika, że obie babcie żyły w Izraelu jeszcze po wojnie. W 2008 r. Josef i Szulamit Lapid udzielili wywiadu niemieckiemu tygodnikowi „Der Spiegel”, w którym zdradzili własne przeżycia z 14 maja 1948 r., czyli dnia, w którym Dawid Ben Gurion ogłosił deklarację niepodległości Izraela.

Ojciec dzisiejszego ministra urodził się jako Tomislaw Lampel w 1931 r. w jugosłowiańskim Nowym Sadzie, skąd w czasie wojny trafił do getta w Budapeszcie. Ocalał wraz z matką dzięki pomocy szwedzkiego dyplomaty Raoula Wallenberga. Tego szczęścia nie miał jego ojciec, który w 1944 r. został zabrany z domu przez gestapo. Tomislaw z matką po wojnie wrócił do Jugosławii rządzonej przez Josipa Broza-Titę. Próbowali wydostać się do Palestyny, ale bezskutecznie. Wyjazd stał się możliwy dopiero w maju 1948 r. Wpłynął na to Moša Pijade, serbski komunista i towarzysz broni Tity, który wspólnie z dyktatorem odsiadywał karę w więzieniu. Pijade miał go namówić, by pozwolił jugosłowiańskim Żydom wyjechać do nowo powstałego Izraela.

I tak Tomislaw w samym środku wojny o niepodległość żydowskiego państwa przypłynął wraz z matką do Hajfy. Tam zmienił nazwisko na Josef Lapid, choć do końca mówiono do niego Tommy, i zatrudnił się w węgierskojęzycznej izraelskiej gazecie „Új Kelet” (węg. Nowy Wschód).

W Izraelu Tommy poznał pisarkę Szulamit Giladi, córkę znanego dziennikarza i współzałożyciela „Maariwu”, jednego z największych izraelskich dzienników. Giladi urodziła się w Tel Awiwie i opublikowała kilka nagradzanych powieści i dramatów, była też szefową Stowarzyszenia Pisarzy Hebrajskich.

W młodości Jair Lapid mieszkał wraz z rodzicami w Domu Dziennikarzy w telawiwskiej dzielnicy Jad Elijahu. Postanowił więc również zostać dziennikarzem, mimo że ze względu na kłopoty z nauką nie udało mu się ukończyć liceum. Izraelska inwazja na Liban zastała Jaira podczas odbywania zasadniczej służby wojskowej, ale ze względu na atak astmy wywołany kurzem wznieconym przez helikopter został szybko wycofany z jednostek frontowych. Został korespondentem „BaMahane” (hebr. W Obozie) – tygodnika wydawanego przez Siły Obrony Izraela. Później był także reporterem „Maariwu”, a przez krótki czas szukał swojej szansy w przemyśle telewizyjnym w Los Angeles.

Śladami ojca

Kiedy wrócił do Izraela, w 1988 r. został redaktorem lokalnego telawiwskiego wydania „Jediot Acharonot”, największego dzisiaj izraelskiego dziennika. Ale wcześniej parał się też amatorskim boksem i sztukami walki. Na początku lat 90. zaczął pracę w pierwszym kanale izraelskiej telewizji i został gospodarzem piątkowego programu publicystycznego. W tej roli czuł się zdecydowanie najlepiej i ostatecznie trafił do kanału trzeciego, obserwując jednocześnie, jak jego ojciec wchodzi do polityki.

Tommy Lapid wstąpił do centrolewicowego ugrupowania Szinui (hebr. Zmiana). Dzisiaj partia ta nie istnieje już jako samodzielna formacja, stanowiąc część Merecu (hebr. Wigor). Wtedy jednak święciła triumfy i w 2003 r. w ławach Knesetu zasiadało aż 15 posłów z jej ramienia.

Szinui i jej liderzy domagali się znaczących reform na rzecz świeckości państwa, w tym wprowadzenia możliwości zawierania cywilnych związków małżeńskich, obowiązku zasadniczej służby wojskowej dla ultraortodoksyjnych Żydów, wstrzymania świadczeń socjalnych dla studentów jesziw (religijnych szkół żydowskich) i uruchomienia transportu publicznego podczas szabatu. Podobne poglądy na świeckość państwa wyraża dzisiaj Jair Lapid, lecz wówczas rodzice wątpili, by ich syn chciał się odnaleźć w działalności politycznej. Ich zdaniem Jair był z natury zbyt dobry, by zostać politykiem.

Czas pokazał, że byli w błędzie, choć Tommy sam się o tym nie przekonał – zmarł na raka w 2008 r. Cztery lata później jego syn ogłosił, że porzuca dziennikarstwo i po kilku miesiącach zarejestrował nowe ugrupowanie – Jesz Atid (hebr. Jest Przyszłość). W kolejnym roku wraz ze swoją młodą partią zdobył 19 miejsc w parlamencie, co uczyniło Jesz Atid drugim największym ugrupowaniem w kraju. Partia chciała wówczas m.in. walczyć z polityczną korupcją, wciągnąć ultraortodoksów do obowiązku pełnienia służby wojskowej i poprawić jakość życia klasy średniej poprzez niwelowanie barier utrudniających prowadzenie biznesu.

Byłego dziennikarza uważano wtedy za człowieka Benjamina Netanjahu, a jego popularność sprawiła, że Bibi powierzył mu tekę ministra finansów. Nie na długo, bo pod koniec 2014 r. Lapid został odwołany, gdy sondaże pokazały, że Izraelczycy nie są zadowoleni z jego osiągnięć.

Minister w egzotycznym rządzie

Partia Jesz Atid odzyskała popularność, kiedy Izrael zaczął pogrążać się w kryzysie politycznym, a czterokrotne wybory parlamentarne w ciągu dwóch lat nie wyłoniły stabilnego rządu, mimo że prowadzony przez Netanjahu Likud zdobywał najwięcej miejsc w Knesecie. Lapid zapowiadał, że jednym z głównych zadań jego partii jest doprowadzenie Bibiego do sądu, by ten odpowiedział w sprawach o korupcję i nadużycia władzy, które toczą się przeciwko niemu. Te obietnice nie dały mu jednak wystarczającej przewagi i dopiero negocjacje z Naftalim Bennettem, liderem skrajnie prawicowej Jaminy (hebr. W Prawo) sprawiły, że w maju wyłonił się najbardziej egzotyczny rząd w historii Izraela.

Lapid, choć jest liderem największego ugrupowania tej koalicji, zgodził się objąć fotel ministra spraw zagranicznych, na pierwsze dwa lata kadencji odstępując stanowisko premiera Bennettowi. Dołączyły do nich również partie centrowe i lewicowe, a także – po raz pierwszy w historii Izraela – samodzielna partia arabska, tworząc tym samym rząd, którego jedynym wspólnym punktem programu jest chęć wsadzenia Benjamina Netanjahu do więzienia.

Lapid w ostatnich latach nazywał rząd Bibiego antydemokratycznym, zauważając, że premier wykorzystuje swoje stanowisko do uchylania się od odpowiedzialności. Podobnie antydemokratyczny jego zdaniem jest rząd Prawa i Sprawiedliwości i, jak mówi, „nie będzie przymykał oka na jego haniebne postępowanie”, mając na myśli zarówno nowelizację KPA, jak i ustawę o IPN oraz procesy wytaczane historykom badającym Zagładę, takim jak Barbara Engelking.

Naszego kraju bronią postacie związane ze środowiskiem byłego premiera, jak choćby jego syn Jair. Zdaniem Netanjahu juniora Polska jest krajem proizraelskim i państwo żydowskie mogło zawsze na nią liczyć na forum Narodów Zjednoczonych czy Unii Europejskiej. Obecnie jednak ta proizraelskość Polski, choćby wyolbrzymiona, nie jest już chyba potrzebna rządowi w Tel Awiwie.

Lapid nie straci poparcia z powodu konfrontacyjnej postawy wobec Polski. Dzisiaj jego partia jest drugim największym ugrupowaniem w Izraelu, a jej wyborcy wywodzą się przede wszystkim z kręgów klasy średniej, które informacje o świecie biorą z mediów niezbyt dziś Polsce przychylnych. Poza tym Jair Lapid wciąż ma w prasie czy telewizji ogromny kredyt zaufania, który zdobył jako twarz opozycji przeciwko Netanjahu. Stąd wciąż rzadkie są dzisiaj krytyczne opinie wobec jego polityki. Zamiast tego panuje głębokie przekonanie, że to postawa Polski jest „niesprawiedliwością”, a o izraelskiej reakcji można przeczytać, że była „słusznie zaciekła i nieugięta”, jak sprawę postawili redaktorzy jednego z największych izraelskich portali.

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 35/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy