Liberalizm? Źle się kojarzy

Liberalizm? Źle się kojarzy

Bez uprzedzeń

Trzeba rozróżniać – głosił wielki ekonomista J.B. Say – zasady tworzenia bogactwa narodowego od zasad dobrego ustroju politycznego. „W zasadzie bogactwo nie zależy od urządzeń politycznych”. Gospodarka może rozwijać się przy różnych formach rządu, jeżeli państwo jest dobrze administrowane. „Istniały narody bogacące się za monarchii absolutnej, istniały też rujnowane przez rządy ludowe. Jeżeli nawet wolność polityczna bardziej sprzyja rozwojowi bogactw, to jedynie pośrednio, tak samo jak korzystniejsza jest dla oświaty” .Przyzwyczailiśmy się do demagogicznego poglądu, że demokracja i prawa socjalne, jakie ona przyniosła, są niezbędnym warunkiem dobrobytu. Prawdą jest raczej przeciwieństwo tego przekonania. Wyobraźmy sobie, że wskutek jakiegoś globalnego kataklizmu elektryczność wymyka się spod władzy ludzkiej i znikają też silniki spalinowe. Co się dzieje z naszym dobrobytem i naszymi prawami socjalnymi? Zaspokojenie potrzeb spada do poziomu, jaki istniał w epoce przedprzemysłowej, a prawa socjalne, nawet tak elementarne jak ośmiogodzinny dzień pracy, stają się zwykłą fikcją. Załóżmy, że demokracja pozostaje tak silna, że praw socjalnych zdobytych w epoce przemysłowej nie pozwala naruszyć. Jaki miałoby to skutek? Powrót na drogę rozwoju byłby już niemożliwy i większa część ludzkości wymarłaby z głodu i z chorób. Chcę przez to powiedzieć rzecz oczywistą, że prawa socjalne są skutkiem wytworzonego bogactwa, a nie jego przyczyną. Jeżeli więc następuje konflikt między prawami socjalnymi a zasadami tworzenia bogactwa narodowego, arbiter powinien skłonić do ustąpienia prawa socjalne. Premier Leszek Miller, zdaje się, tak właśnie chce postąpić i co do istoty ma rację. Nie jest jednak oczywiste, czy dobrze rozpoznaje konkretną sytuację. Jak działają prawa socjalne i czego chcą, to Premier dobrze wie, ponieważ one co jakiś czas przychodzą pod okna jego urzędu z petardami, żelaznymi mutrami, benzyną w kaloszach, z koktajlami Mołotowa, czerwoną farbą itp. Można jednak mieć wątpliwości, czy równie jasno Premier rozpoznaje zasady tworzenia bogactwa narodowego. Liberalizm ekonomiczny, na który chce nawrócić polską socjaldemokrację, nie we wszystkich krajach przynosi te same skutki. W niektórych, a nawet w wielu krajach Ameryki Łacińskiej był eksperymentowany, ale wynik zawiódł oczekiwania. W Stanach Zjednoczonych mających ten sam liberalizm ekonomiczny dla wszystkich swych mieszkańców, widzimy, że Amerykanie anglosaskiego pochodzenia gospodarują inaczej niż Chińczycy, Polacy inaczej niż tamci jedni i drudzy, jeszcze inaczej Włosi itd. Jestem przekonany, że zasady tworzenia bogactwa są uniwersalne, ale ludzie nie są uniwersalni i nie wiem, ile trzeba czasu, aby się zuniwersalizowali. Być może wszystkie kultury są jednakowo wartościowe, dla multikulturalistów nie ulega to najmniejszej wątpliwości. Badacz zjawisk gospodarczych będzie miał inne zdanie: są kultury bardziej przyjazne zasadom tworzenia bogactwa narodowego (czyli tzw. liberalizmowi gospodarczemu) i są inne, mniej przyjazne albo nawet całkiem mu wrogie. Nie chcąc komplikować sporu, nie odwołuję się do tego, co się nazywa charakterem narodowym. Polityk zatroskany o rozwój gospodarczy swego kraju nie postąpiłby rozsądnie, gdyby się zabrał do przekształcania kultury czy charakteru narodowego. To nie jego rola. Pożądane zmiany w tej dziedzinie mogą zachodzić, jednak nie pod wpływem polityki rządowej. Jeśli uprzytomnimy sobie główne rysy historii Polski kilku wieków, zauważymy, że w naszej kulturze jest coś bardzo nieprzyjaznego zasadom tworzenia bogactwa narodowego. Powtarzalność pewnych zjawisk i trwałość pewnych cech jest aż komiczna, jak komiczna jest mechaniczna powtarzalność w świecie istot żywych.
Liberalizm gospodarczy jako program naprawy gospodarki jest w Polsce spóźniony. Liberalizm już był. Sama nazwa wywołuje negatywne reakcje. Jest ona zużyta, nadużyta i na określenie zasad tworzenia bogactwa narodowego trzeba wynaleźć inną nazwę. Przyjęcie jej przez przywódcę SLD stanowi jeden więcej dowód na imitacyjny i przystosowawczy charakter tego, co ta partia robi i jak myśli. Brzmi ta nazwa niewiarygodnie i jest nieporęczna w sytuacji, gdy reformy uzdrawiające gospodarkę i mające dodać jej wigoru mogą przyjść tylko od państwa. Protesty przeciw interwencjonizmowi państwowemu są śmiechu warte, gdy idą w parze z obwinianiem rządu o zły stan gospodarki.
Był taki czas w XIX wieku, okresie intelektualnego triumfu liberalizmu, gdy liberałów nazywano ekonomistami. Dzisiejsi polscy liberałowie zachowują się jak antyekonomiści. Prywatyzację przeprowadzili, nie troszcząc się o zasady tworzenia bogactwa narodowego. Priorytetem były cele polityczne. Patronują też zupełnie dowolnej z ekonomicznego punktu widzenia i niesprawiedliwej z moralnego redystrybucji dóbr spod znaku reprywatyzacji. Nie kierują państwa w stronę obrony zasad tworzenia bogactwa (co jest celem państw, na których rzekomo się wzorują). Podtrzymują narodową mitologię i wynikającą z niej koncepcję państwa „heroicznego”, nieliczącego wydatków na siebie ani na indoktrynację społeczeństwa w duchu tej mitologii. Nie są liberałami ani z kultury umysłowej, ani z manier, ani z obiektywnej roli w państwie. Korzystają z kredytu, jaki liberalizm zdobył pod koniec panowania realnego socjalizmu. Premier ryzykuje, że te wszystkie funkcje, znaczenia i skojarzenia przylgną do jego programu i przesłonią to, co w nim ewentualnie słuszne.

 

Wydanie: 41/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy