Łódka sobie poradzi

Łódka sobie poradzi

Na środku oceanu mogę spać spokojnie. Ale przy brzegu robi się niebezpiecznie

Joanna Pajkowska – żeglarka, która jako pierwsza Polka samotnie opłynęła świat bez zawijania do portu

Chodziła pani w dzieciństwie po drzewach?
– Tak, ale nie byłam jakąś chłopczycą. Po prostu ojciec zachęcał mnie do sportu i kiedy miałam cztery lata, zaprowadził na basen. Potem biegaliśmy razem po parku. A jak bolała mnie głowa, twierdził, że za mało jestem na powietrzu. Zawsze mówił, że ruch jest dobry na wszystko.

Z żeglarstwem zetknęła się pani na dobre dopiero na studiach.
– Wtedy traktowałam to raczej towarzysko, jak wszystko. Z przyjemnością jednak zajmowałam się konserwacją łódek, co było wymogiem, aby zakwalifikować się na jakiś rejs. I tak to się zaczęło.

Co pani daje żeglarstwo? Chodzi o poczucie wolności?
– Tak, ono na pewno jest ważne. Zwłaszcza że lubię pływać sama. Wszystko wtedy mogę robić po swojemu.

Skąd to zamiłowanie do samotności?
– To nie do końca tak jest, lubię również ludzi. Ale kocham wyzwania, dlatego wolę pływać samotnie.

Przepraszam, że wypomnę pani wiek, ale podziwiam panią za to, że mając 60 lat, kiedy inne kobiety popadają w stagnację, pani stawia przed sobą coraz trudniejsze zadania.
– No, nie poddaję się (śmiech).

Opłynęła pani Ziemię samotnie jako dziesiąta kobieta na świecie i pierwsza Polka. Gratuluję. Ale jak pani to zniosła fizycznie? Nie potrzebowała pani np. lekarza tam, na środku oceanu?
– Jestem silna. A po lekarzach staram się nie chodzić, bo oni zawsze coś znajdą w człowieku. Sami zresztą mówią, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani.

Znam to.
– Więc ja to postanowiłam ignorować i po prostu nie przejmować się swoim zdrowiem. Co nie znaczy, że o siebie nie dbam, bo robię np. mammografię. Wie pani, ja generalnie dużo się ruszam i może dlatego jestem zdrowa. Bo kiedy człowiek ciągle siedzi, to w końcu trudno mu wstać i tu go zaczyna boleć, a tam strzykać.

Wiem, że podczas rejsu miała pani wypadek.
– Połamałam sobie żebra. To było w połowie drogi, na morzach południowych. Była duża fala i rzuciło mną tak gwałtownie, że uderzyłam o metalowy uchwyt. Aż mnie wtedy zatkało z bólu.

I co dalej?
– Wzięłam proszki przeciwbólowe, a po trzech-czterech tygodniach doszłam do normy. Gdybym złamała nogę, musiałabym poprosić o pomoc, jakiś statek pewnie by mnie zabrał na pokład. Ale w tej sytuacji i tak nic nie można zrobić, trzeba czekać, aż kości same się zrosną.

Ale przecież wtedy nie można się wysilać. Trzeba zabandażować żebra, żeby je unieruchomić.
– Eee tam, bandaż się zsuwa. Jakoś to przetrwałam dzięki lekom.

Jakie niebezpieczeństwa czyhają na morzu na żeglarkę? Oprócz sztormu.
– Można np. wylecieć za burtę.

Musi pani być przypięta.
– Tak, powinnam być przypięta. Ale nie jestem cały czas, bo nie lubię być na uwięzi. Robię to tylko wtedy, gdy uważam, że jest niebezpiecznie.

Raz chyba pani wyleciała.
– Tak, miałam takie zdarzenie kilkanaście lat temu, płynęłam wtedy w kobiecej załodze, nagle przyszła ogromna fala i mnie wyrzuciło. To było okropne uczucie, bo wiedziałam, że szanse na przeżycie w takiej sytuacji są niewielkie. Nawet nie krzyczałam, bo wiedziałam, że i tak mnie nie będzie słychać. Na szczęście dziewczyny szybko się zorientowały, że mnie nie ma, i zaczęły poszukiwania. Znalazły mnie i wyciągnęły, do dziś jestem im wdzięczna.

Łódź, na której pani opłynęła świat, ma swoją wagę. Ale czy jest na tyle stabilna, że nic jej nie przewróci, np. jakiś rekin?
– Rekin – nie, ale wieloryb może.

Zdarzają się takie przypadki?
– Tak, bywają zderzenia z wielorybem.

To niebezpieczne?
– Łódź nie zatonie, tak jest skonstruowana. Ale może mieć zachwiany balast albo coś się urwie i wtedy mamy kłopot. Natomiast przy samotnym żeglowaniu najgorsze jest, gdy się wyleci za burtę… Bo nie ma nikogo, kto by nas mógł uratować.

Słyszałam, że sama finansowała pani całą podróż.
– Tak, płynęłam na łódce pożyczonej od kolegi, niemieckiego żeglarza Uwe Röttgeringa. Musiałam też sama kupić wszystko do zabrania ze sobą.

A co pani ze sobą wzięła? Podobno miała pani na pokładzie 550 litrów wody. Nie łatwiej by było ją odsalać?
– Można, są do tego urządzenia, ale gdyby ta odsalarka w drodze mi się popsuła?

Miała pani prysznic?
– Nie, nie miałam też ciepłej wody, kąpałam się w morskiej, polewając wiadrem.

Jedzenie?
– Przede wszystkim trzeba wytrzymać bez lodówki.

Dlaczego?
– Bo lodówka zabiera prąd.

Same utrudnienia.
– Nie, trzeba tylko umieć się przestawić na inne warunki. Jeśli chodzi o żywność, to wzięłam liofilizowaną, taką, którą alpiniści biorą w góry. Jest leciutka, zalewa się ją gorącą wodą, aby spęczniała i nadawała się do jedzenia. Niestety, jest droga, porcja kosztuje ponad 30 zł. Dlatego zabrałam też konserwy, a także gotowe zupy – takie do podgrzania. Nie miałam chleba, jadłam krakersy.

A owoce?
– Wszystkie zjadłam w ciągu dwóch tygodni.

A nie miała pani nagle okropnej ochoty na coś dobrego, choćby soczyste jabłko?
– Może bym i miała, ale starałam się odganiać takie myśli. No bo co by mi z tego przyszło? Po prostu mam to, co mam, realizuję swój plan i jest fantastycznie. Wiatr wieje, łódka płynie, niczego mi nie brakuje.

A co jest najprzyjemniejsze podczas takiego rejsu?
– Dla mnie – kontakt z naturą, żywiołem.

Czy wpada pani w jakiś rodzaj transu, medytacji?
– Nie, nie jestem z tych, co medytują. Nigdy tego nie robiłam sama z siebie. Ale podobno doświadczam czegoś w tym rodzaju.

Jakie zwierzęta spotyka pani po drodze?
– Nie jest tego dużo. Ale są delfiny, które potrafią towarzyszyć mi godzinami. Bardzo lubię na nie patrzeć, zwłaszcza gdy wyskakują sobie do góry, robiąc w powietrzu obroty. Albo krzyżują swoje drogi przed dziobem łódki – dwójkami, trójkami. Czasami mijam jakiegoś żółwia.

A ptaki? Jakie są tam ptaki?
– Zauważyłam, że robią coś bardzo sprytnego, szczególnie w rejonach, gdzie są latające ryby. Mianowicie trzymają się blisko łódki, przed dziobem, i gdy płynę, to płoszę te latające ryby – wyskakują z fal, a wtedy ptaki natychmiast je łapią. Takie są przebiegłe. Lubiłam obserwować to zjawisko w rejonach tropikalnych, gdzie jest ciepła woda i tam są właśnie latające ryby. Widziałam, jak ptaki tylko czekały, aż wypłoszę ryby, aby na nie zapolować.

Sama łowi pani ryby?
– Nie, ale lubię ryby na talerzu. Po prostu nie zabiję stworzenia.

Taka wyprawa chyba wymaga siły.
– Fizycznej? Moim zdaniem nie aż tak.

Wszystko teraz jest zautomatyzowane?
– Nie, nie o to chodzi, ja nawet nic nie mam zautomatyzowanego. Jest tylko autopilot, który prowadzi łódkę, często go uruchamiam, nie mogę sama cały czas sterować.

Bo czasem trzeba odpocząć, wyspać się.
– Tak, albo coś zjeść, ubrać się.

Czy na łódce może pani spać osiem godzin?
– Nawet na lądzie tyle nie śpię, jedynie sześć. Na jachcie sypiam kawałkami – godzinkę czy 45 minut – i sprawdzam, czy wszystko jest OK, czy nikt na mnie nie płynie. Jeśli wszystko jest w porządku, śpię dalej.

Nie ma czujników, które takie rzeczy wychwytują?
– Niby są, ale urządzenie zawsze może zawieść, i to np. w momencie, gdy zbliża się jakiś duży statek. A jest on dla mnie zagrożeniem. Nie mam wtedy szans, może mnie rozjechać i nawet tego nie zauważy.

A to się zdarza?
– Niestety tak. Dlatego w moim interesie jest bycie czujną. Ale organizm sam się przestawia na takie funkcjonowanie. Nie miałam w czasie rejsu budzika.

Chciałabym zapytać o najtrudniejszy moment podczas tego rejsu.
– To był sztorm, który spotkał mnie przed przylądkiem Horn, było wtedy rzeczywiście dramatycznie. Wysokie, około dziesięciometrowe, strome fale, jedna uderzyła mocno z boku w kadłub, otworzyła się szafka i wyleciały naczynia, niestety, wszystkie się potłukły, a także opakowanie sosu pomidorowego i krakersów. To i inne drobiazgi, razem z pięciolitrową butlą z wodą do picia, turlało się po podłodze, robiąc straszny bałagan. W dodatku przestał działać autopilot i przez następne 16 godzin sterowałam ręcznie, bez picia i jedzenia, zalewana regularnie przez fale. Walczyłam z żywiołem i jednocześnie myślałam, jak tu zamocować awaryjny system sterowania – samoster wiatrowy, bo łódki nie da się tak po prostu zatrzymać, trzeba wszystkie prace wykonać w biegu, ale też nie można zostawić jachtu bez kontroli. Ale w końcu morze trochę się uspokoiło i mogłam to nareszcie zrobić.

Podobno straciła pani nawet orientację, gdzie jest.
– Tak, nie znałam swojej dokładnej pozycji, bo zajęłam się walką ze sztormem, podczas gdy łódka gdzieś płynęła, a nie mogłam zejść na dół, czekać na uruchomienie się komputera i programu nawigacyjnego. Dopiero potem to zrobiłam, gdy fale zmalały. W efekcie ominęłam Horn dużo większym łukiem, z zapasem, ale tak było bezpieczniej. Sama czasem się zastanawiam, jak ja sobie dałam wtedy radę!

Jest pani po prostu dzielną kobietą… A co z czasem wolnym, którego żeglarz też ma trochę.
– No właśnie, bo nie zawsze walczę z tymi sztormami. Chociaż staram się, aby łódka płynęła optymalnie szybko, bo lubię tę aktywną część żeglugi, sprawia mi przyjemność.

Wtedy włącza pani autopilota?
– Tak, ale sama zmieniam żagle, ustawiam je do wiatru. I jak wszystko jest dobrze, to łódka płynie aż do następnej zmiany wiatru. Tego wolnego czasu trochę więc jest.

Ile?
– Po parę godzin dziennie. Czasem robi się nerwowo, kiedy morze jest wzburzone, ale wtedy staram się czymś zająć, aby nie patrzeć na te wielkie fale. Bo po co? Skoro nie mam na nie wpływu… A wierzę, że łódka sobie poradzi.

I co pani wtedy robi?
– Biorę sobie jakieś sudoku albo czytam książki. Przeczytałam ostatnio 75. A miałam do wyboru 350 – tyle mi dali znajomi. Przeważnie kryminały i literatura kobieca. Nie czytam trudnych książek, muszę mieć relaks. Dlatego opisy zbrodni omijam.

Miała pani codziennie kontakt mejlowy z mężem, który też jest żeglarzem.
– Bo mu obiecałam, nie była to moja inicjatywa. To był warunek, że mnie puszczą samą. Poza tym on mnie rozumie, te moje potrzeby. Chociaż sam pływa inaczej – bardziej dla towarzystwa.

Co panią jeszcze ciągnie, barwy morza?
– Morze przeważnie jest niebieskie lub szare. To samo z niebem. A jak jest deszczowo – ponure. Krajobraz jest więc mało urozmaicony.

Nie przeszkadza pani ta monotonia?
– Nie myślę o tym. Ale pamiętam, jak po powrocie płynęłam przez Kanał Kiloński i byłam zaszokowana zielenią. Bo płynęłam w maju, kiedy wszystko kwitło, były więc też niesamowite zapachy. Bardzo mnie to wszystko zachwycało. Zwłaszcza te lądowe zapachy, łącznie z gnojówką, którą wtedy rozwozili na polach.

Prześledźmy pani trasę. Czy rzeczywiście prawie nie widziała pani lądu?
– Wystartowałam z Plymouth w Anglii, to na końcu kanału La Manche, tam jest prawie wyjście na Atlantyk. Potem płynęłam na południe, po drodze widziałam tylko Wyspy Kanaryjskie, a potem Wyspy Zielonego Przylądka. I długo, długo nic.

A południa Afryki pani nie widziała?
– Starałam się tam trzymać daleko od lądu, bo przy brzegu są silne prądy i wiatry.

Opłynęła pani Afrykę i…
– …skierowałam się na wschód. Płynęłam pod Australią, ale też jej nie widziałam. Następnie byłam pod Nową Zelandią, dalej była wyspa, którą mogłabym zobaczyć, jednak akurat nie była widoczna. Potem był znowu południowy Pacyfik, gdzie nic nie widziałam, bo tam nic nie ma. Następnie przylądek Horn, ale wtedy też mocno szłam na południe, więc nie zobaczyłam żadnego lądu. Ale gdy już zakręciłam na Atlantyku i zaczęłam płynąć na północ, to na końcu Ameryki Południowej, gdzie jest dużo wysp, widziałam dość wyraźnie wyspę Los Estados obok Tierra del Fuego… Potem zobaczyłam Falklandy, bo płynęłam blisko, a następnie kawałek Wysp Azorskich.

Człowiek się cieszy na widok kawałka lądu?
– No niekoniecznie.

Dlaczego?
– To dodatkowe zagrożenie. Na środku oceanu mogę spać spokojnie, nawet jak autopilot lub samoster odmówi współpracy albo się popsuje – najwyżej popłynę w złym kierunku. A jak jestem bliżej brzegu, robi się niebezpiecznie, muszę być czujna, mogą być gorsze fale, które w dodatku odbijają się od brzegu.

Może spotkała pani piratów? Chodzi mi bardziej o to, czy pani się ich nie bała.
– Nie płynęłam w takie rejony, gdzie grasują piraci. Zresztą jachty ich nie interesują. Bo co mieliby z nimi zrobić? Przecież ich nie sprzedadzą. Taki pirat nawet się nie zna na jachtach. Tylko tzw. biały człowiek ma dla nich wartość.

To była pani druga podróż dookoła świata. Czym one się różniły?
– Teraz płynęłam inną trasą. Tu było dużo zimniej niż podczas pierwszej podróży, przez rejony pasatowe. Wtedy najchłodniej było w okolicach południa Afryki.

Jak wyglądała tamta podróż?
– Zaczynała się od Kanału Panamskiego, którego nie da się przepłynąć samotnie, bo zgodnie z przepisami trzeba wpuścić na pokład pilota i cztery osoby, chociaż później już żegluje się samemu – od Panamy na zachód, a potem jest powrót do Panamy od strony Atlantyku. W sumie daje to obrót 360 st. Niestety, silny sztorm koło Przylądka Dobrej Nadziei zmusił mnie do szukania schronienia w Port Elizabeth, dlatego nie żeglowałam non stop.

Jako osoba ambitna postanowiła pani udowodnić, że jednak potrafi opłynąć Ziemię bez zawijania do portów.
– Teraz popłynęłam trasą dookoła świata z opłynięciem trzech przylądków – Dobrej Nadziei, Leeuwin na południu Australii i Horn – która jest uznawana jako opłynięcie kuli ziemskiej. I rzeczywiście, nie zatrzymywałam się na lądzie.

Tak na panią patrzę i nie widzę przed sobą jakiejś atletki, jest pani normalną kobietą, nawet szczupłą.
– Bo to prawda. Dlatego nie ma przeszkód, aby inne kobiety pływały tak jak ja.

Czy wzorowała się pani na innych żeglarkach? Na przykład na Krystynie Chojnowskiej-Liskiewicz?
– Nie do końca. Ona płynęła 40 lat temu, od tego czasu zmieniły się warunki i zasady pływania. Ale miałam ze sobą książkę innej żeglarki – Naomi James, Nowozelandki, która także 40 lat temu opłynęła samotnie Ziemię, na tej samej trasie, jednak zawijała do portów. To była zabawna lektura. Naomi pisze, że wzięła ze sobą kota, który miał ją ostrzegać przed zbliżającym się statkiem. Zabrała ze sobą też inne rzeczy – worki ziemniaków, cebuli, marchewki, straszne ilości jajek i całe skrzynki cherry i innych likierów.

Pani jest antyalkoholowa.
– Miałam tylko cztery butelki różnych nalewek, które dostałam w prezencie od znajomych, i czasami wlewałam sobie taki naparstek do kawy. Uważam, że na morzu nie powinno się pić. To niemądre.

Nie chciała pani wziąć sobie do towarzystwa jakiegoś zwierzaka?
– No, ludzie biorą. Ale czy taki pies lub kot chciałby siedzieć w łódce?

Ciekawi mnie, jak pani znosiła ograniczenie przestrzeni.
– Moja łódka miała 12 m długości, to niewiele, ale jakoś przetrwałam. Czasem spacerowałam sobie, chociaż to nie takie proste, bo tam przeważnie trzęsie i rzuca na wszystkie strony. Ale powiedziałam sobie, że teraz jest przerwa w bieganiu. Teraz żegluję, a to też bardzo lubię.

A czy podczas podróży, przy spokojnym morzu, popływała sobie pani trochę przy łódce?
– Wchodziłam do wody, ale z innego powodu – aby oczyścić łódkę z kaczenic. To takie skorupiaki, które ją spowalniają. Mimo że była pomalowana specjalną farbą, jednak się przyczepiły. Wchodziłam do wody przy Brazylii, gdy morze było spokojne, a jego temperatura wynosiła 30 st.

Przywiązywała się pani?
– Tak, przywiązywałam się linką, a oprócz tego zrzuciłam żagle. Aby łódka nie odpłynęła, nie nabrała prędkości, bo już bym jej nie dogoniła.

Nie bała się pani rekinów?
– Są pewnym niebezpieczeństwem. Ale żadnego nie widziałam. Dopiero jak się skaleczyłam, wróciłam na pokład – po piankę.

Gdyby zaczęła pani pisać książkę o swojej podróży, bo wiem, że ma pani taki zamiar, jak brzmiałoby pierwsze zdanie?
– Pierwszy pomysł miałam taki: „Opłynąć świat każdy może, pod warunkiem że chce”. Ale mój mąż, Alek, odpowiedział na to: „No bez sensu, nie każdy może. Popatrz, że nie każdy”. Muszę więc wymyślić coś innego.


216 dni i 16 godzin rejsu
Joanna Pajkowska wystartowała 23 września 2018 r. z Plymouth w Anglii. 28 kwietnia 2019 r., po 216 dniach i 16 godzinach żeglowania, pokonaniu 29 tys. mil morskich i opłynięciu trzech przylądków: Dobrej Nadziei, Leeuwin i Horn, wróciła do tego samego miejsca. Wcześniej zrobili to inni Polacy: Henryk Jaskuła, Tomasz Lewandowski i Szymon Kuczyński. Natomiast pierwszą w historii żeglarstwa kobietą, która samotnie opłynęła świat z zawijaniem do portów, była Krystyna Chojnowska-Liskiewicz.


25 lutego 2019 r.
Liżę rany po ostatnim sztormie, trochę mnie wymęczyło. Fala była taka zajadła, z taką siłą waliła w nas, nawet wyrzuciło mnie z kokpitu (na szelkach). Wtedy uderzyłam w coś twarzą, zanim wrócę, nie będzie śladu.

Wewnątrz też niezły bałagan, tym razem diesel na podłodze z wężyka do dawnego piecyka. Zatkałam teraz wężyk ołówkiem i zakleiłam taśmą. Dużo sprzątania, ślisko i zapach pozostał. (…)

Jesteśmy już na północ od 40S! Może będzie trochę łatwiej. Cieplej, temperatura wody 20 st.


Joanna Pajkowska urodziła się 13 lipca 1958 r. w Warszawie. Jest żeglarką, kapitanem jachtowym i ratownikiem morskim, przepłynęła w sumie 250 tys. mil morskich. Żeglarstwem zainteresowała się podczas studiów na SGPiS (dzisiejsza SGH), to wtedy wybrała się na pierwszy rejs. Pływała samotnie i zespołowo, biorąc udział m.in. w regatach transatlantyckich. Przez kilka lat w Anglii pracowała jako członek załogi statku ratownictwa morskiego. Razem z niemieckim żeglarzem Uwe Röttgeringiem wygrała w 2017 r. słynne transatlantyckie regaty dwuosobowe TwoStar. Po raz pierwszy opłynęła samotnie świat w latach 2008-2009, trasą z Panamy do Panamy, zajęło jej to 198 dni. Miał to być rejs bez zawijania do portów, ale silny sztorm koło Przylądka Dobrej Nadziei zmusił ją do schronienia się w porcie w RPA. Po dziesięciu latach wybrała trudniejszą trasę dookoła Ziemi, podczas której płynęła non stop, bez zawijania do portu.

Mieszka na wsi koło Leszna razem z mężem Aleksandrem Nebelskim, również żeglarzem.


Fot. Aleksander Nebelski

Wydanie: 27/2019

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy