Ludzkie odpady

Ludzkie odpady

W obecnym globalnym kapitalizmie ważnym wskaźnikiem pozycji danej osoby jest jej zdolność do przemieszczania się. Im ktoś bardziej mobilny, tym silniejsza jego pozycja rynkowa. Zasada ta działa w obie strony – wysokość twojego konta decyduje o tym, jak szybko i gdzie możesz podróżować.
Choć granice są pozornie otwarte i zgodnie z przepisami można podróżować swobodnie, wbrew wierzeniom fanów wolnego rynku nie wszyscy mogą ignorować granice państwowe. Kapitał i pieniądze mogą się przemieszczać w kilka sekund o tysiące kilometrów. Ci, którzy mają odpowiednią gotówkę, mogą podróżować jako turyści, ale pozostali wbrew swojej woli pozostają ludzkimi odpadami, których nikt nie chce przyjąć.
Dla jednych znosi się wizy wjazdowe, dla drugich zaostrza przepisy imigracyjne. Jedni zdobywają w globalnym kapitalizmie przywilej podróżowania, dla drugich, z tych „gorszych” miejsc pochodzenia, wprowadza się ograniczenia. Jedni mogą wyjeżdżać i wracać jako turyści, kiedy chcą, drudzy przemieszczają się nie z własnej woli, ale pod wpływem przymusu – politycznego, ekonomicznego, militarnego. Jedni latają samolotami, drudzy pływają na pontonach czy skleconych tratwach. Wiele ryzykują, ale często jest to ich jedyna szansa na przeżycie.
Richard Rorty, amerykański filozof, dostrzegając nierówności, jakie dzielą różne części świata, pisał: „Powinniśmy wychowywać nasze dzieci, aby nie tolerowały tego, że my, którzy siedzimy za biurkami i bębnimy w klawiatury, otrzymujemy wynagrodzenie dziesięciokrotnie wyższe niż ludzie, którzy brudzą sobie dłonie, czyszcząc nasze toalety, i sto razy wyższe niż ci, którzy produkują nasze klawiatury w Trzecim Świecie. Powinniśmy dopilnować, by martwił je fakt, że kraje, które uprzemysłowiły się pierwsze, mają sto razy większy majątek od tych, które jeszcze się nie uprzemysłowiły”. Dziś mało kto pamięta o tych refleksjach Rorty’ego i dostrzega, że jedni nie mogą istnieć bez drugich. Te same procesy polityczne i ekonomiczne tworzą biedne i bogate kraje. Ten sam system, który zapewnia bogactwo mniejszościom, produkuje też ludzkie odpady.
A jeszcze mniej zauważa, że kraje, z których dziś na pontonach i starych łodziach próbują wydostać się uciekinierzy z północnej Afryki czy z Bliskiego Wschodu, całkiem niedawno były bombardowane przez samoloty i armie najbogatszych państw świata. Amerykańskie bombowce, zabiegając o tanią ropę i wpływy na Bliskim Wschodzie, nie tylko stworzyły kompletny chaos w tamtym regionie, ale też wyprodukowały Państwo Islamskie, a także miliony ludzi bez dachu nad głową. Irak, Syria, Egipt, Libia – ich obecna sytuacja to wielkie dzieło tych, którzy dziś łaskawie ustanawiają limity możliwych imigrantów w Europie. Jeśli spytamy, kto wysyła broń do zniszczonych wojnami krajów, nagle okaże się, że są to te same państwa i siły, które dziś biadolą, ile kosztuje je pomoc dla niechcianych imigrantów. Hipokryzja globalnych bogaczy jest trudna do opisania. Podobnie jak skala rasizmu pod postacią humanitarnych akcji na pokaz.
Równie żenująco wyglądały niepokoje polskiej prawicy o przyjmowanie „obcych” kulturowo: jeśli już mamy pod przymusem UE przyjmować nieproszonych gości, to – jak twierdzą „prawdziwi Polacy” – niech przynajmniej będą biali i niech klękają przed takim samym chrześcijańskim bogiem.
Jeżeli istnieje coś takiego jak postęp moralny, to można go mierzyć skalą i zasięgiem solidarności oraz empatii, jaką okazujemy różnym istotom. W przeszłości solidaryzm ograniczał się do mieszkańców jednej jaskini. Dziś polska prawica chce ograniczyć solidaryzm do osób z tego samego kręgu etnicznego – dla niej liczą się tylko Polacy (choć, jak wiadomo, nie wszyscy – z tej listy trzeba wyeliminować komuchów, gejów, innowierców i wszystkich „innych”). Lepszym rozwiązaniem jest rozszerzanie granic solidaryzmu jak najdalej – nie tylko na wszystkich ludzi, ale także na inne istoty czujące (tutaj niektórzy fundamentaliści religijni znów mają problem, bo, jak twierdzą, zwierzęta nie mają duszy, o roślinach nawet nie warto wspominać). Aby zaistniał taki postęp, najpierw trzeba jednak porzucić ograniczenia nacjonalizmu i wybrać odpowiedzialność kosmopolityczną.
Warto również pamiętać, że problem emigracji to dziś wyzwanie globalne we wszystkich częściach świata, które odbiegają od wąskiej i nielicznej krainy bogactwa. Jak zauważa Zygmunt Bauman, „Masowa produkcja uchodźców to dotychczas jedyny szybko rozwijający się i kwitnący przemysł w krajach spóźnialskich, zwanych »krajami rozwijającymi się«”.
Nie zapominajmy w tym kontekście, że Polska, podobnie jak duża część Europy Wschodniej, także wciąż produkuje dużą liczbę emigrantów zarobkowych. I nic nie wskazuje, żeby miało się to zmienić w najbliższym czasie. Oczekując dobrego traktowania w innych regionach świata, może najpierw przećwiczmy to w Polsce na tych, którzy uciekają przed biedą i wojną.

Wydanie: 36/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy