Na łasce partii

Na łasce partii

Joe Biden miał ambicję przełamania  politycznej polaryzacji. Już widać, że to mu nie wyjdzie

W normalnych warunkach takie deklaracje zostałyby uznane za polityczną fikcję już na etapie kampanii wyborczej. Niejeden polityk, bez względu na przynależność partyjną, mamił elektorat obietnicami reprezentowania wszystkich, a nie tylko tych, którzy na niego głosowali. Z reguły też zjednoczeniowe narracje nie robią już na nikim wrażenia, bo nawet wyborcy zdają sobie sprawę z głębi podziałów społecznych i z tego, że niektórych nie da się zasypać. Jednak jesienią 2020 r. Stany Zjednoczone były w sytuacji nawet jak na współczesne uwarunkowania polityczne radykalnej. Cztery lata rządów Donalda Trumpa, zwieńczone festiwalem niekompetencji w zarządzaniu kryzysem pandemicznym, przełamały społeczeństwo praktycznie równo na pół, choć linie podziału nie były ani proste, ani łatwe do odnalezienia, a przede wszystkim było ich co najmniej kilka.

Amerykanie podzielili się na progresywistów, chcących rewizji historii narodowej i walki z instytucjonalnym rasizmem, oraz konserwatystów obyczajowych, doszukujących się w tych ruchach niszczenia amerykańskiej tożsamości. Na bogatsze przedmieścia i biedniejsze centra. Ludzi ze stałym dochodem i tych, którzy wiążą koniec z końcem, zbierając drobne wypłaty z kilku miejsc. Tych, którzy w katastrofie klimatycznej widzą największe zagrożenie dla przyszłości (własnej i swoich dzieci), oraz tych, którzy albo naukowy konsensus wokół klimatu odrzucają, albo po prostu nie chcą stracić pracy, często jedynej dla nich dostępnej – w kopalni w Michigan albo w hucie w Pensylwanii.

Na wyżynach podziałów

Tę wyliczankę można by ciągnąć w nieskończoność. Faktem jest jednak, że polaryzacja polityczna, widoczna już za czasów George’a Busha, wzbierająca w czasie drugiej kadencji Baracka Obamy, pod rządami Donalda Trumpa osiągnęła historyczne natężenie. Tak zwany bipartisanship, termin dla amerykańskiej polityki kluczowy, oznaczający współpracę obu głównych partii, republikanów i demokratów, w rządzeniu krajem niezależnie od wyniku wyborów, przydaje się bardziej jako pojęcie historyczne niż narzędzie opisywania bieżącej rzeczywistości politycznej. Partie przypominają wrogie plemiona, a nawet wewnątrz nich toczy się walka na śmierć i życie – głównie o nominacje do właściwych wyborów. Kompromis w kwestiach społecznych, ekonomicznych i światopoglądowych jest coraz trudniejszy do wyobrażenia. Dość powiedzieć, że jedyną kwestią, co do której od lat utrzymuje się jeszcze ponadpartyjny konsensus, jak zauważa Prince Williams z „Harvard Political Review”, jest sukcesywne podnoszenie budżetu Pentagonu i wydatków na zbrojenia. Prezydenckie inicjatywy w tym zakresie poparli członkowie Kongresu za czasów Busha juniora (98-0 w Senacie), Trumpa (82-8), nawet Joe Biden zdążył się załapać na ten trend (89-10 w grudniu 2021 r.).

Polaryzację widać również w liczbach bezwzględnych. Analiza przeprowadzona przez centrum badawcze Pew Research wskazała, że w ciągu pół wieku Kongres stał się minimalnie bardziej konserwatywny (o 0,01 pkt na skali od 0 do 0,10), ale zdecydowanie bardziej zradykalizowany. W 1972 r. na Kapitolu można było się doliczyć 160 parlamentarzystów, którzy uznawali się za „umiarkowanych” bądź wprost należeli do tych kół w Senacie i Izbie Reprezentantów. Dzisiaj jest ich 24, a więc 15% tego, co dało się zaobserwować pięć dekad wcześniej. W wojenne bębny biją zwłaszcza republikanie. O ile Partia Demokratyczna ideologicznie pozostaje w Kongresie mniej więcej w tym samym miejscu (fluktuacje na poziomie 0,03 pkt), o tyle Grand Old Party przesuwa się coraz bardziej na prawo (+0,28 w Senacie i +0,25 w Izbie Reprezentantów).

W takich warunkach głoszenie przez obecnego prezydenta potrzeby zjednoczenia, działania bez względu na partyjne kolory i wspólnego wysiłku na rzecz postawienia na nogi zdewastowanej przez koronawirusa gospodarki oraz niszczejącej infrastruktury wydawało się trafionym pomysłem. Biden uczynił z tego motyw przewodni swojej kampanii, chciał łączyć, a nie dzielić. W przemówieniu inauguracyjnym mówił nawet, że Stany Zjednoczone „muszą obniżyć sobie temperaturę”, a sami ich mieszkańcy – „widzieć siebie nawzajem jako sąsiadów, nie wrogów”. Momentami brzmiał bardziej jak Nelson Mandela lub przywódca kraju wychodzącego właśnie z dyktatury niż jak demokratycznie wybrany kolejny prezydent.

Ideały a rzeczywistość

Wydawało się, że warunki będą mu sprzyjać. Walka z koronawirusem wymagała zjednoczenia, bo niewidzialny wróg atakował wszystkich. Biden, doskonale znający historię polityki swojego kraju, celowo nawiązywał do Roosevelta i jego Nowego Ładu, który podniósł Stany z kolan po ostatniej wielkiej ogólnonarodowej recesji. Proponując pakiet ustaw dla klimatu i gigantyczną przebudowę infrastruktury, błyskawicznie chciał też zgasić pożar we własnej partii, wzniecany przez skrzydło młodych socjalistów, z Alexandrią Ocasio-Cortez na czele. W dodatku Partia Republikańska, której odcięto głowę w postaci stłamszonego, wyrzuconego z Twittera i potencjalnie zagrożonego więzieniem Trumpa, zdawała się sypać od środka. Biden mógł zatem mieć nadzieję, że naprawdę mu się uda. I rzeczywiście ją miał.

Wybitny amerykański reporter Bob Woodward opisał ostatnie dni kampanii w książce „Peril”, doskonale udokumentowanym zbiorze rozmów z urzędnikami najwyższego szczebla w Białym Domu i liderami obu partii. Wynika z niej, że Biden, choć zaprawiony w kongresowych bojach po niemal półwiecznym pobycie na Kapitolu, szedł po prezydenturę naprawdę niesiony ideałem naprawy kraju, a nie politycznym pragmatyzmem.

Po niemal 500 dniach od jego zaprzysiężenia marzenia Bidena o rządzeniu ponad podziałami mogą być co najwyżej wiecową anegdotą, z której dziś on i jego sztab starają się śmiać, żeby gorzko nie płakać. Joe Biden jest politykiem niesamowicie niepopularnym. Według kalkulacji Nate’a Silvera z portalu FiveThirtyEight, lidera analiz statystycznych na amerykańskim rynku, dobrze o jego rządach wypowiada się zaledwie 41% Amerykanów. Aż 53% ocenia go negatywnie. Dużo to czy mało? Zależy, w historii zdarzały się i gorsze wyniki. Jednak co najmniej alarmujący jest fakt, że na tym etapie prezydentury mniej popularni od Bidena byli po II wojnie światowej jedynie Jimmy Carter (i to zaledwie o 0,3 pkt proc.) i Gerald Ford (o niecały 1 pkt proc.). Lepsze zdanie Amerykanie mieli o Trumpie, Obamie, nawet niepopularnym na początku Reaganie i Trumanie. O poparciu, którym cieszył się John F. Kennedy (74% pozytywnych ocen), George Bush Jr. (66,8%), a nawet Bill Clinton (50,8%) Biden może na razie pomarzyć. Jego słaba pozycja bezpośrednio wpływa na sytuację całej Partii Demokratycznej.

W tej chwili niemal pewne jest, że demokraci stracą kontrolę nad Senatem w listopadowych wyborach połówkowych, poparcie Bidena dla poszczególnych kandydatów często bardziej im przeszkadza, niż pomaga, nawet w walce o partyjną nominację. Na dobre na scenę polityczną wrócił Trump, któremu tylko kolejny kataklizm i biologia własnego organizmu mogą przeszkodzić w zdobyciu republikańskiej kandydatury na wybory w 2024 r.

Co poszło nie tak

Skoro miało być tak dobrze, to co poszło nie tak? Po pierwsze, możliwość całkowitego przełamania polaryzacji od początku była iluzoryczna, bo Biden nigdy nie było szalenie popularnym politykiem. Najlepiej oceniany był latem zeszłego roku, kiedy jego pomysły postrzegało dobrze 53% elektoratu. Zaraz potem nastąpił jednak pierwszy gwałtowny spadek, po którym prezydent właściwie już się nie odbił. Ogromnym ciosem był chaotyczny odwrót amerykańskich wojsk z Afganistanu, katastrofalny w skutkach dla Afgańczyków i upokarzający dla samych Amerykanów, nie tylko tych, którzy tam służyli. Nawet dyplomatyczna ofensywa wokół Ukrainy, która, wyjęta z kontekstu innych wydarzeń, jest ogromnym sukcesem propagandowym, nie poprawiła notowań prezydenta.

Biden od początku miał rację co do intencji Władimira Putina, ostrzegając ustami swoich urzędników, że inwazja jest tylko kwestią czasu. Tłumaczył później, że woli zostać uznany za alarmistę, który Rosję demonizuje, niż kogoś, kto ją lekceważy. Potem udało mu się przywrócić Stany Zjednoczone do roli „lidera wolnego świata”, organizując globalną koalicję na rzecz sankcji, ścigając rosyjskich oligarchów, a nawet obiecując Europie bezpieczeństwo energetyczne w celu przyśpieszenia blokady importu rosyjskiego gazu i ropy. Co z tego, że aż 62% Amerykanów popiera obecnie jego politykę zagraniczną na odcinku ukraińskim (według sondażu zleconego w maju przez „Washington Post”)? Na pozycję w kraju przekłada się to w niewielkim stopniu.

Przede wszystkim dlatego, że Amerykanie coraz mniej ufają swoim przywódcom, bez względu na to, kim oni są. Zaufanie do rządu federalnego systematycznie maleje od czasów wojny w Wietnamie i afery Watergate. Biden miał nadzieję na odwrócenie tego trendu, ale sam podciął gałąź, na której siedział. Doskonałym przykładem potwierdzającym tę tezę jest jego podejście do pandemii. Owszem, jego poparcie skokowo obniżyło się w sierpniu, po wyjściu wojsk z Afganistanu, ale tendencja spadkowa zaczęła się dużo wcześniej. Jej pierwsze oznaki widać było na początku lipca, kiedy wariant delta koronawirusa zaczynał być dominującą mutacją w Stanach. Liczba zakażeń rosła, choć miała maleć, wierzył w to sam Biden. Jeszcze w czerwcu obiecywał Amerykanom, że 4 lipca będą mogli świętować „Dzień Niepodległości, również od wirusa”. Nie do końca wiadomo, na jakiej podstawie wygłaszał takie tezy, ale przestrzelił. Niedawno przekroczona przez Amerykanów psychologiczna granica miliona obywateli, którzy zmarli z powodu zakażenia koronawirusem, świadczy o tym najdobitniej.

Skutek był opłakany nie tylko dla zdrowia populacji, ale i dla zaufania do instytucji federalnych. Jak pokazują wyniki kwietniowego sondażu dla telewizji ABC, informacjom publikowanym przez CDC (amerykański odpowiednik sanepidu) w kwietniu 2020 r. ufało 69% Amerykanów, a w styczniu 2022 r. odsetek ten spadł do 44%. German Lopez z „New York Timesa” zauważa, że spadek zaufania do instytucji publicznych może się okazać początkiem spirali negatywnych konsekwencji dla administracji Bidena. Rząd, przypomina Lopez, potrzebuje poparcia społeczeństwa do realizacji swoich projektów, np. ogólnonarodowej kampanii szczepień przeciw koronawirusowi. Ci, którzy w słowa rządzących nie wierzą, nie zaszczepią się, narażając siebie i innych, a zarazem utrudniając wyjście z pandemicznej recesji. Nie pomoże to w walce z najwyższą od dekad inflacją i pogorszy sytuację materialną wyborców. A kogo za to obwinią? Właśnie rząd. Ten sam, któremu na początku tego cyklu zdecydowali się nie ufać.

Nieskuteczny jak Biden

Do listy grzechów Bidena dopisać należy nieskuteczność. Nie udało mu się przepchnąć przez Kongres sztandarowej ustawy Build Back Better (ang. Lepsza Odbudowa), mającej utorować drogę do reform infrastrukturalnych, zmian w ordynacji podatkowej i polityce socjalnej, de facto osi jego własnej wersji Nowego Ładu. Nie pomogła mu szalejąca inflacja ani decyzja Rezerwy Federalnej o podniesieniu stóp procentowych, co zapewne uderzy w portfele amerykańskiej klasy średniej, w której Biden ma relatywnie największe poparcie. Przegrywa także (na razie) walkę o prawa kobiet. Po niedawnym przecieku z Sądu Najwyższego, gdy portal Politico opublikował zarys werdyktu unieważniającego powszechne prawo do aborcji na terenie całych Stanów Zjednoczonych, demokraci próbowali wpisać je do legislacji federalnej, ale też im się to nie udało. Głosowanie w Kongresie przegrali również we własnych szeregach. Przeciwko zagłosował słynny indywidualista z Wirginii Zachodniej, senator Joe Manchin.

Nie da się zarzucić prezydentowi braku chęci odmienienia amerykańskiej rzeczywistości politycznej. Podejmuje się on spraw teoretycznie nie do ruszenia. Do takich należy chociażby ostatni apel o reformę prawa do posiadania broni, wygłoszony w dużych emocjach po „masakrze dekady” w szkole podstawowej w teksańskim Uvalde.

Biden, który dobrze zna ból po stracie dzieci (w wypadku samochodowym w 1972 r. zginęła jego córka, w 2015 r. syn przegrał walkę z rakiem mózgu), retorycznie pytał, ile jeszcze potrwa to cierpienie, zanim politycy zmienią nastawienie do broni palnej. On zmiany chciałby pewnie natychmiast, ale jego słowa przykryła deklaracja przewodniczącej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, która praktycznie przyznała, że jakakolwiek reforma prawna jest w tym zakresie nierealistyczna. Przy okazji prezydent znowu stracił, zwłaszcza na południu kraju, gdzie prawo do noszenia broni, często nawet bez pozwolenia, jest integralnym elementem wolności obywatelskiej.

Przede wszystkim jednak Biden stał się ofiarą systemu, który przez tyle lat współtworzył. Jak zauważa Ezra Klein, publicysta „New York Timesa” i autor bestsellerowej książki „Why We’re Polarized” (Czemu jesteśmy spolaryzowani), amerykańskie instytucje demokratyczne są zaprojektowane w sposób, który wymaga do rządzenia ponadpartyjnej współpracy. Ojcowie założyciele republiki tak bardzo się bali tyranii i zmonopolizowanych rządów, że zbudowali ramy prawne blokujące taki scenariusz. Dziś jednak polaryzacja powoduje, że obie strony, zamiast współpracować, siedzą w okopach, a kraj jest sparaliżowany. Robert Talisse, politolog z Vanderbilt University, powiedział kiedyś, że polaryzacja „nie jest problemem do wyeliminowania, tylko do kontrolowania”. Być może te słowa Joe Biden powinien był sobie przyswoić, jeszcze zanim został prezydentem.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Shutterstock

Wydanie: 23/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy