Naród z Kościołem, Kościół z narodem

Naród z Kościołem, Kościół z narodem

Nie ma dnia bez spotkań kandydatów PiS w parafiach. Albo agitacji księży za PiS

Idą ręka w rękę. I na górze, i na dole. Na górze Jarosław Kaczyński idzie razem z arcybiskupem Jędraszewskim, ojcem dyrektorem Rydzykiem i z arcybiskupem Głodziem.

Na dole proboszczowie wspierają posłów, polityków PiS. Zapraszają ich przed ołtarze. Marek Suski czyta w kościele list premiera Morawieckiego, z ambony przemawia Ryszard Czarnecki, w kościelnych ławach rozdawane są partyjne ulotki.

Sojusz tronu i ołtarza kwitnie.

O co tu chodzi? Na czym ten sojusz się opiera? Kto komu świadczy usługi? Jaką walutą tu się płaci?

Zacznijmy od góry

Na samej górze mamy wspólne msze i wspólne śpiewanie. Podczas uroczystości Radia Maryja Mateusz Morawiecki trzymał za rękę o. Rydzyka i pląsał z nim w jednym rytmie. Podobnie pół jego rządu. Ministrowie tańczyli, jak im kościelny chór śpiewał.

Ale wspólnota nie polega tylko na pląsaniu. To także wspólna walka.

„Czerwona zaraza już po naszej ziemi całe szczęście nie chodzi, co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły. Nie marksistowska, bolszewicka, ale zrodzona z tego samego ducha, neomarksistowska. Nie czerwona, ale tęczowa” – to słowa abp. Marka Jędraszewskiego wypowiedziane podczas mszy w rocznicę powstania warszawskiego. Wynika z tego, że Kościół ma wroga, z którym walczy. Zawsze zresztą wroga sobie szukał. Byli innowiercy, masoni, komuniści, ateiści, w najnowszych czasach – homo sovieticus, potem gender, a teraz LGBT. Gender nie chwycił, ludzie nie za bardzo wiedzieli, o co chodzi, ale gdy słyszą o całujących się na ulicach facetach – to ich rusza. Dlatego nimi biskupi straszą, z nimi chcą prowadzić wojnę. Bo wojna zwalnia z innych problemów, z niczego nie trzeba się tłumaczyć.

Tym samym tonem mówi Jarosław Kaczyński. Oto jego słowa: „Ruch LGBT i gender zagrażają naszej tożsamości, zagrażają naszemu narodowi, zagrażają polskiemu państwu. Niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący, czy nie, musi akceptować chrześcijaństwo, bo polska kultura wyrosła z chrześcijaństwa, nie ma innego powszechnie znanego systemu wartości niż ten, który wyrasta z chrześcijaństwa. Jego głosicielem i dzierżycielem jest Kościół katolicki. Kwestionowanie pozycji Kościoła katolickiego w Polsce ma charakter niepatriotyczny. Niezależnie od osobistej wiary”.

Oto więc krótki wykład, niczym „czerwona książeczka”. Naród z Kościołem, Kościół z narodem, kto myśli inaczej, jest gorszym sortem, poza wspólnotą, której zagrażają obcy, teraz także LGBT i inne zachodnie nowinki. Kaczyński to mówi, a biskupom w to graj. We Włocławku tamtejszy biskup, Wiesław Mering, tak się do niego zwracał: „Bardzo bym chciał, panie premierze, żeby czuł się pan tu, między nami, człowiekiem nie tylko akceptowanym, ale podziwianym. Jesteśmy wdzięczni za wszystko, co pan robi i robił dla Polski – razem ze swoim bratem prof. Lechem Kaczyńskim. Pańskie sukcesy są naszymi sukcesami”.

I dodał, że „jest czymś zupełnie naturalnym wspieranie Jarosława Kaczyńskiego w wysiłkach, które mają na celu zrealizowanie wizji państwa i ojczyzny tak bliskiej obu braciom. Niech Bóg pozwoli nam zrealizować te wizje, te zamiary, które uważamy za najważniejsze dla naszej ojczyzny”.

Na dole jest jeszcze serdeczniej

Co prawda prymas Polski Wojciech Polak zdążył powiedzieć, że „plakaty wyborcze na kościołach nie powinny być wieszane”, a rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Paweł Rytel-Andrianik przypomniał, że „zgodnie z prawem kościelnym ambona jest miejscem głoszenia Ewangelii i przekazywania nauczania Kościoła katolickiego. Wykorzystywanie jej do innych celów jest nadużyciem”, ale rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Nie ma dnia, by media nie opisywały spotkań kandydatów PiS w parafiach. Albo agitujących za PiS księży. Spotkania odbywają się w budynkach parafialnych, przed kościołami, wśród banerów kandydatów PiS. W miastach i miasteczkach.

„Tęczowe LGBT jest tak naprawdę nowym wcieleniem czerwonej flagi rewolucyjnej” – takie rzeczy opowiadał podczas spotkania w przyparafialnej sali na warszawskich Jelonkach minister Piotr Naimski.

Duchowni nierzadko otwarcie wspierają swoich faworytów. „Gazeta Wyborcza” cytowała niedawno jednego z nich, ks. Eugeniusza Szymańskiego z Lublina. „Jedyną realną siłą, która w swoim programie w dużej mierze uwzględnia katolicką naukę społeczną i historię naszego narodu, jest Prawo i Sprawiedliwość”, mówił ksiądz. Podobnie mówią inni.

Czy to zaskakuje?

Nie do końca, bo Kościół jest obecny w polskiej polityce od lat. Początkowo, jeszcze w latach 80., miał być siłą pośredniczącą, sprzyjającą rozmowom, porozumieniu władzy i opozycji. Później, w III RP, poczuł swoją siłę i krok po kroku powiększał zakres wpływów.

Tę siłę doskonale widzieli politycy. I w rozmaity sposób próbowali wkraść się w łaski hierarchów. Nieprzypadkowo to Platforma Obywatelska była pierwszą partią, której liderzy jeździli na partyjne rekolekcje. I z dumą mówili, że są „Kościołem łagiewnickim”. Na niewiele im się to zdało. Dziś hierarchowie traktują PO jak powietrze. Dziś polski Kościół jest z PiS.

Dlaczego tak łatwo do tego doszło?

Jeden naród, jeden Kościół, jedna partia, jedna kasa

Tak wygląda model państwa, który zaproponował Jarosław Kaczyński. I ten model i biskupi, i proboszczowie przyjęli za swój. Deal został zawarty.

Dlaczego tak sprawnie? Bo ten układ pasuje i jednym, i drugim. Choć wcześniej bywało różnie. Jarosław Kaczyński, gdy zaczynał polityczną działalność, zachowywał wobec Kościoła sceptycyzm. O ZChN mówił, że to najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski. Ojca Rydzyka podejrzewał o związki z Rosją. Cóż więc się stało, że dziś jest pierwszym sojusznikiem Radia Maryja, a w podkreślaniu roli Kościoła w życiu Polski dawno przebił ZChN?

Na pewno o tej przemianie zadecydowała polityczna kalkulacja. Racją stanu PiS jest niedopuszczenie do tego, by na prawo od tego ugrupowania powstała jakaś polityczna siła. Bo byłaby realną konkurencją. Dlatego Kaczyński musiał zablokować wszelkie tego typu ruchy.

Co ważne, związki z Kościołem dają mu siłę. Dają mu żelazny elektorat. Sieć parafii jest w zasadzie jedyną siecią w Polsce, dzięki której może docierać z przekazem do milionów. I regularnie z nimi pracować. Kościół ma także swoje media, niezależne od mediów establishmentowych. A w czasach kampanii wyborczej jest to znakomite miejsce do politycznej agitacji.

Pytanie tylko, dlaczego Kościół tak łatwo się zgodził na sojusz z Kaczyńskim. Jakkolwiek by liczyć, PiS jest w społeczeństwie mniejszością, więc tak jawne poparcie jednej partii oznacza, że zwolennicy innych ugrupowań zaczną traktować duchownych jako agitatorów. Lub wręcz jako ludzi sobie wrogich. Czy jest więc w interesie Kościoła wiązanie się tylko z jedną partią? Zamykanie się na większość?

Okazuje się, że tak. Po pierwsze, Kościół słabnie. Liczba dominicantes, czyli Polaków uczęszczających na niedzielną mszę, regularnie maleje. Kościół potrzebuje więc pomocy państwa, by ten proces zatrzymać. Jest tajemnicą poliszynela, że wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę odbyło się z inspiracji hierarchów, zaniepokojonych tym, że niedzielnym mszom wyrosła konkurencja – galerie handlowe. PiS stosowną ustawę więc przeprowadziło. Czy zatrzymało to proces wyludniania się kościołów? Tego jeszcze nie wiemy.

Walka hierarchów z galeriami handlowymi to symbol ich walki z Zachodem, z przemianami ostatnich kilkunastu, kilkudziesięciu lat. Patrząc na pustoszejące kościoły, biskupi wyciągnęli najprostszy wniosek – szukają pomocy państwa, by zatrzymać tę falę. Falę, która – tak oceniają – jest efektem zmniejszania się różnic między Wschodem a Zachodem. Symbolem Zachodu, tego, co może nastąpić i u nas, są Irlandia, jeszcze kilkanaście lat temu katolicka, dziś laicka, czy Holandia, gdzie kościoły zamieniono w mieszkania, sklepy, galerie. Dla polskiego kleru wrogiem jest więc liberalny, zlaicyzowany Zachód. To, że przynosi do Polski cywilizacyjne zmiany, pomyślność dla milionów, dla kleru jest sprawą drugorzędną. Bo co im po pomyślności narodu, skoro oni odsuwani są na trzeci plan, skoro do kościołów przychodzi coraz mniej wiernych?

Swego czasu ZChN-owski wicepremier Henryk Goryszewski powiedział: „Nie jest ważne, czy w Polsce będzie kapitalizm, wolność słowa, czy w Polsce będzie dobrobyt – najważniejsze, aby Polska była katolicka”. I to jest ten program na dziś. On determinuje zachowania i biskupów, i proboszczów. Bo oni kierują się w pierwszej kolejności swoim interesem, pożytkiem swojej instytucji.

Po drugie, wiedząc to wszystko, Kaczyński ograł biskupów. Do tej pory Kościół brał, ale nie kwitował. Miał swoje sympatie, ale starał się utrzymywać do polityków równy dystans. Żeby na każdego mieć wpływ i z każdym robić interesy. Ten model stosunków państwo-Kościół Kaczyński obalił. Zbudował model państwa, w którym Kościół jest instytucją uprzywilejowaną jako nosiciel wartości moralnych i narodowych. Dał więc Kościołowi, ile mógł, i ogłosił się jego obrońcą.

Postąpił więc podobnie jak z milionami ludzi niezamożnych. Dał im 500+ i zaczął straszyć, że przyjdzie Platforma i te pieniądze zabierze.

W III RP biskupi mieli pozycję samodzielną, nadrzędną. Negocjowali z państwem różne rzeczy, zyskując kolejne przywileje w zamian za poparcie lub neutralność. Ale jak można negocjować, gdy druga strona daje wszystko? Tylko że w tym modelu jest pułapka. Bo biskupi nie traktują już Kaczyńskiego jako człowieka, z którym robi się interesy. Uważają go za swojego obrońcę. Nie negocjują z nim, tylko go wspomagają.

A niektórzy się go boją. Bo pamiętają historię abp. Stanisława Wielgusa, który po parunastu godzinach musiał zrezygnować z metropolii warszawskiej. Bo na stół rzucono jego teczki z okresu współpracy z SB. Potem, po odejściu Wielgusa, prezydent Lech Kaczyński dzwonił z gratulacjami
do redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”, która te teczki ujawniła. To pokazuje metodę kija i marchewki, jaką szef PiS zastosował wobec hierarchów.

A przyszło mu to łatwo, gdyż ta marchewka okazała się całkiem okazała. Za rządów PiS transfery państwo-Kościół osiągnęły rekordowe rozmiary.

Ile rocznie Kościół dostaje?

Odpowiedź na to pytanie może się opierać tylko na danych szacunkowych. A i tak są to wielkości olbrzymie. Niektórzy oceniają wręcz, że rocznie Kościół otrzymuje od państwa 16 mld zł. Na tę sumę składają się transfery pieniężne, pensje, ale i podatkowe umorzenia.

Najłatwiej w tym rachunku wskazać na pensje, które państwo wypłaca katechetom. Jest to ok. 1,2 mld zł rocznie. Za te pieniądze uczniowie w szkołach mają dwie lekcje religii tygodniowo, a np. chemii – jedną.

Państwo łoży też na działalność edukacyjną Kościoła katolickiego. To ok. 0,5 mld zł rocznie dotacji na prowadzone przez Kościół szkoły wyższe i inne placówki oświatowe.

Jest też Fundusz Kościelny, który pochłania 159 mln zł. Teoretycznie to jedna z mniejszych pozycji. Ale na pewno jedna z najbardziej kontrowersyjnych. Fundusz został utworzony w latach 50. ubiegłego wieku jako rekompensata za nieruchomości, które państwo odebrało Kościołowi. Z funduszu regulowane były składki emerytalne księży.

Po roku 1989 nastąpiła akcja zwrotu Kościołowi nieruchomości, która niespodziewanie przybrała potężne rozmiary. W ramach zadośćuczynienia przekazano organizacjom religijnym nieruchomości o powierzchni ponad 150 tys. ha. Wśród nich ponad 700 nieruchomości zabudowanych. Zwracano nawet budynki czy inne dobra, które Kościół utracił przed I wojną światową!

W sumie przez ok. 20 lat działalności komisja majątkowa przekazała Kościołowi katolickiemu majątek wartości ok. 5 mld zł oraz rekompensatę i odszkodowania w wysokości 143,5 mln zł. A Fundusz Kościelny istnieje nadal. I wciąż się zwiększa. Jeśli w czasach PO-PSL pochłaniał on ok. 100 mln zł rocznie, to dziś o 50% więcej. Dlaczego? Oficjalnie dlatego, że PiS wkłada do niego środki przeznaczone na remonty świątyń.

Kolejnym przychodem Kościoła, nad którym państwo nie ma kontroli, są pieniądze z tacy i za posługi religijne. Te środki są nieopodatkowane, duchowni, w przeciwieństwie choćby do lekarzy, są uprzywilejowaną grupą społeczną.

Dochody te są oczywiście trudne do oszacowania. Biorąc pod uwagę liczbę proboszczów i wikariuszy, portal Money.pl przyjął, że ich roczne dochody „z tacy i co łaska” to prawie 1,23 mld zł rocznie. Oczywiście są one zróżnicowane w zależności od parafii. W tych małych, wiejskich, sięgają kilkudziesięciu tysięcy, w największych, miejskich, przekraczają 400 tys. zł.

Księża nie rozliczają się z tych pieniędzy z państwem, za to płacą kwartalny podatek zryczałtowany. Jego wysokość zależy od liczby osób mieszkających na terenie parafii. I wynosi on, zależnie od wielkości miejscowości, od 384 do 1374 zł dla proboszczów, średnio – 879 zł. Wikariusze płacą od 242 do 446 zł, czyli średnio 344 zł. Wszyscy księża wnoszą więc 63 mln zryczałtowanego podatku rocznie. Gdyby zaś duchownych objęto powszechnie obowiązującym podatkiem PIT, od swoich dochodów musieliby zapłacić 233 mln zł. Tak więc państwo rozliczając ich w preferencyjny sposób, de facto funduje Kościołowi swoistą ulgę podatkową w wysokości 170 mln zł rocznie.

Kościoły są też zwolnione z podatków lokalnych i od nieruchomości. Ponadto duchowni nie płacą podatków od czynności cywilnoprawnych, od spadków i darowizn, są też zwolnieni z opłat celnych.

Państwo za to finansuje pensje kapelanów i duchownych w wojsku, policji, straży granicznej, więzieniach, straży pożarnej, a nawet w urzędach skarbowych. To wszystko kosztuje rocznie 21-25 mln zł.

Kościół jest też największym po skarbie państwa posiadaczem ziemskim w Polsce, dysponuje nieruchomościami o powierzchni 138 211 ha (dane z roku 2014 r.), czyli ok. 0,44% całej powierzchni Polski.

Mając taki majątek, można go pomnażać, korzystając z pomocy tak poniewieranej z ambon Brukseli. Unijne pieniądze Kościół dostaje na remonty, renowacje, przebudowy i modernizacje obiektów sakralnych, a także na dopłaty do uprawianej ziemi. Kościoły realizują teraz inwestycje, których wartość przekracza 1 mld zł, z czego ok. 700 mln zł wyłożyła Bruksela w ramach programu „Kapitał ludzki” i unijnych programów regionalnych.

Rekordzistą w takim pozyskiwaniu pieniędzy jest prawdopodobnie Instytut Teologiczno-Pastoralny im. św. Józefa Sebastiana Pelczara w Rzeszowie. Dostał ponad 44 mln zł na budowę swojej siedziby. Z kolei ojcowie paulini z Jasnej Góry otrzymali ponad 25 mln zł na remont bazyliki w swoim klasztorze.

Mamy więc system, w którym państwo oferuje Kościołowi wszelkie ulgi, a z drugiej strony dopłaca do jego działalności. Ale to nie koniec, bo pieniądze płyną strumieniem także w inny sposób.

Bezpośrednio do zakonów i do parafii

Spójrzmy na dochody imperium o. Rydzyka, głównego sojusznika PiS. Od kiedy PiS doszło do władzy, z budżetu państwa przez fundacje redemptorysty – według wyliczeń portalu OKO.press – przeszło już ponad 214 mln zł. Płacą ministerstwa, państwowe instytucje i spółki skarbu państwa. Na geotermię, na szkołę wyższą, na muzeum…

Na liście darczyńców znajduje się choćby państwowy Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Instytucja przeznaczyła 19,5 mln zł z unijnych funduszy na geotermię o. Rydzyka. To jedna ze sztandarowych inwestycji ojca dyrektora i jedna z najbardziej podejrzanych. Bo wiadomo, że solanka, którą zamierza tłoczyć na ogrzanie Torunia, ma zbyt niską temperaturę.

Drugą wielką inwestycją jest muzeum Pamięć i Tożsamość. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przeznaczyło na tę placówkę 117 mln zł. Hojne też okazały się władze Torunia, które za 120 tys. zł. ofiarowały muzeum dwie działki o łącznej wartości 2,4 mln zł.

Na liście darowizn (w sumie 40 pozycji), którą ujawniają media, jako darczyńcy widnieją także: Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Ministerstwo Sprawiedliwości (szkoła Rydzyka wygrała wart 3 mln zł konkurs na szkolenie medialne dla pracowników wymiaru sprawiedliwości), Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, a nawet Ministerstwo Zdrowia.

Hojni są także samorządowcy. I to niezależnie od barw partyjnych. We Wrocławiu każda z parafii otrzymała po 15 ha ziemi (na czym skorzystał Mateusz Morawiecki, kupując za bezcen ziemię wartą dziś miliony). W Szczecinie radni ofiarowali parafii działkę wartą 1,5 mln zł za 3,5 tys. zł. W Toruniu radni zgodzili się na to, aby miasto przekazało nowo powstałej parafii św. Andrzeja Apostoła niemal hektarową działkę pod budowę kościoła, stosując 99-procentową bonifikatę.

Kościół jest więc największym wygranym III RP. Bo otrzymał wielkie pieniądze i szczególną pozycję w państwie.

Wie także, że nigdy nie dostanie więcej i że będzie musiał oddać przynajmniej część tego, co wziął. Dlatego się broni, przedstawiając się jako ofiara prześladowań, szukając wrogów, bo w ten sposób można mobilizować wiernych, i zawierając sojusze, żeby mieć wpływ na państwo i jego instytucje.

To jest ta gra.

Fot. Roman Bosiacki/Agencja Gazeta

Wydanie: 40/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy