Naszych sterników dotknęła mgła umysłowa

Naszych sterników dotknęła mgła umysłowa

Strategia lidera PiS kosztuje nas gigantyczną polaryzację i rosnącą demoralizację 


Prof. Andrzej Zybała – politolog, kierownik Katedry Polityki Publicznej SGH


 

Czy pandemia jest sprawą polityczną? Jaka jest polityczna lekcja z pandemii? I jak Polska sobie poradziła?
– Kiedy pandemia okazała się potężnym problemem, samo cisnęło się na usta pytanie, czy przeciwdziałanie jej może być skuteczne przy tak skrajnej polaryzacji w polityce i w samym społeczeństwie. A może wobec takiej groźby staniemy jednak razem, a podziały osłabną, zostaną zatarte? Czy klasa polityczna wypracuje jakiś model wspólnych działań, odwołujący się do idei dobra publicznego, większego niż interes własnej formacji? Okazało się, że politycy są niezdolni do takiej reakcji. Działaniom antyepidemicznym towarzyszyło zbijanie kapitału politycznego. Nawet ogłaszaniu różnych antycovidowych zaleceń i decyzji administracyjnych towarzyszył jazgot polityczny, bo chciano sobie nabijać punkty wyborcze.

Czy była realna szansa, żeby ten rów zasypać?
– Miałem taką nadzieję – niestety, złudną. Po prostu polskiej klasie politycznej brakuje głębszego etosu, wartości, które wyprowadzałyby ją poza doraźne interesy, bieżączkowatość. Okazuje się to niesamowicie głębokie. Można już chyba mówić o otumanieniu, pogrążeniu w tradycyjnych polskich swarach, które zawsze były nośnikiem olbrzymiej destrukcji i w końcu upadku państwa. Jasne, że podziały mają charakter kulturowy, a więc są głębokie, ale musi szwankować coś jeszcze.

Obecnie już nawet trudno sobie wyobrazić, co takiego musiałoby się stać, aby wśród zwaśnionych polityków, ale również ich elektoratów, wyłonił się jakiś wspólny mianownik. Wyszło na jaw, jak bardzo prowincjonalne są zarówno klasa polityczna, aparat państwa, jak i społeczeństwo. Nie umieliśmy wspólnie zareagować w sposób cywilizowany, polegając na wiedzy i nauce.

W Danii, od kiedy wybuchł covid, wszystkie partie parlamentarne uzgadniają decyzje. Zasadą jest oparcie ich na wiedzy naukowej i eksperckiej. U nas nie udało się na tym polu zbyt dużo osiągnąć. Rządowy zespół ekspertów powstał dopiero jesienią. Nie są znane jego ustalenia. Nie wiadomo, na jakiej podstawie zapadały decyzje o skali lockdownu czy o wycofywaniu się z niego. Nie wykonano wielu badań, które wykonywane były w innych państwach, by precyzyjniej odczytać dynamikę zakażeń. Polegano tylko na najprostszych informacjach o liczbie zakażonych z punktów testowania.

Słynna wypowiedź premiera Morawieckiego, że już nie musimy tego wirusa się bać, idźmy głosować?
– Tak, to kolejny przykład, kiedy interes partii stanął ponad bezpieczeństwem milionów Polaków. Byle przez pandemię nie utracić władzy. To obrazuje kryzys, w jakim jesteśmy od kilku lat. Głęboki kryzys moralny.

To jest zaskakujące? Że nie umieliśmy racjonalnie korzystać z doświadczeń innych i nie jesteśmy zdolni do konsensusu?
– Właściwie nie. Od lat tym, co napędza klasę polityczną, są złe emocje wobec innych, a także fantazje. Uznaje ona siebie za wcielenie doskonałości i kompetencji. A de facto pozostaje w swoistym autyzmie, boi się konfrontacji z wiedzą o realnych efektach swoich działań. Zablokowała ewaluację, czyli mechanizm profesjonalnej oceny rezultatów działań i wydanych na taki czy inny problem publicznych pieniędzy. Żyje chorymi wyobrażeniami o potędze. Pasjonuje się swoimi wielkimi, romantycznymi zamierzeniami. Koszty, straty, krzywdy – są bez znaczenia, bo wyjściowa idea była wielka i słuszna. Chcieli dobrze. Lider mocą swoich intencji jest ponad realiami. Aby nie zderzać się z rzeczywistością, politycy rozpętują emocje. Ma to tę zaletę, że nie muszą się silić na wyrafinowane programy, aby zdobywać punkty wyborcze. Wystarczy sprawne podsycanie nienawiści wobec strony przeciwnej. Sprawili, że polski konflikt nabrał wymiaru niemal egzystencjalnego, absolutnego. Zło naprzeciw dobra. Zniszczenie drugiej strony staje się racją stanu.

Czy ten obraz jest tak skrajny?
– Wydaje się dość skrajny. Obecna ekipa rządząca ma bardzo sprawną machinę marketingu politycznego. Niby rzecz normalna w polityce. Ale niemal wszystkie kluczowe działania muszą przechodzić przez sito krótkoterminowej przydatności politycznej. Rozwiązanie realnych problemów społecznych i ekonomicznych zostało zinstrumentalizowane. Owszem, wezmą się do czegoś, jeśli przyniesie to kapitał polityczny. Nieomal zniknęło poczucie interesu publicznego, długofalowych strategii narodowych. Wprawdzie znacznie zwiększono wydatki społeczne, ale w sposób sprzyjający interesom wyborczym. Wybrana została droga na skróty – dać pieniądze do kieszeni. Tu nie ma miejsca na polepszanie usług publicznych, w tym edukacji i opieki zdrowotnej.

Ale te pieniądze do kieszeni przynoszą szybką realną poprawę życia, czyli odczuwalną zmianę, wcześniej było o to trudno.
– Rzeczywiście, wielu ludzi odczuło poprawę, co jest cenne, ale bardzo płytką. Znacznie wcześniej należało zwiększyć wsparcie, w tym w formie wyższych świadczeń rodzinnych. Jednak kluczowe są również wydatki systemowe i strukturalne – wsparcie edukacyjne dla dzieci ze środowisk defaworyzowanych, więcej świetlic środowiskowych, mieszkania dla opuszczających domy dziecka, więcej świadczeń dla osób niepełnosprawnych, lepsza opieka dla niesamodzielnych seniorów. Długa jest lista środowisk, które wymagają wsparcia.

To kaczcynizm? Kiedy Kaczyński potrzebuje instrumentu politycznego, który na konkretnym etapie uzna za skuteczny, to po niego sięgnie.
– Lider PiS jest bardzo sprawny i osiąga cele, ale ta strategia kosztuje nas gigantyczną polaryzację, a także rosnącą demoralizację. Widać z daleka, że w tle jest postrzeganie władzy jako dobra samego w sobie, pozwalającego cieszyć się przywilejami i realizować swoje fantazje ideologiczne, plus odreagowywanie uraz wobec różnych dawnych towarzyszy politycznych. To już nie jest instrument „rozwiązywania problemów”, tworzenie lepszych szans rozwojowych.

Czy przestaliśmy oczekiwać od władzy lepiej rządzonego państwa?
– To zeszło na dalszy plan. Politykom udało się przeformatować oczekiwania obywateli. Przynajmniej część domaga się krucjat ideologicznych wobec różnego typu mniejszości, aby nie zdominowały „zdrowej” większości. Górę wzięła polityka lęków i kompleksów zamiast naprawiania państwa i wzbogacania jego usług. Dlatego pomysłem na rządzenie stało się antagonizowanie, wskazywanie wroga. Części Polaków to się podoba, ponieważ wzmacnia pewną próżnię w ich tożsamości. Politycy, zwłaszcza prawicy, dostrzegli to jako szansę dla swoich kampanii wyborczych. Podsuwają Polakom negatywne odniesienia do różnych nacji i rozmaitych urojonych złych sił. To pozwala części z nas na głębsze odczucie siebie. Staje się to przyjemne. Wielu traci krytycyzm wobec ulubionego obozu politycznego, bo dostarcza on zadowolenia w sferze ich przekonań. Z tego powodu PiS nie traci poparcia mimo różnych skandali.

Ponadto politycy prawicy mają skłonność do odwoływania się do metafizyki zła. Przedstawiają świat jako pełen mrocznych sił, wrogich ich dobrym usiłowaniom. Człowiek pozbawiony boskiej protekcji skazany jest na zło i samodestrukcję, na uleganie szatanowi i różnym upiorom. To stara tendencja, zakorzeniona po przyjściu do Polski w XVI w. jezuitów, którzy tworzyli zręby edukacji dla młodzieży szlacheckiej. Dlatego w polskiej tożsamości zakorzeniły się różne negatywności, spodziewanie się raczej czegoś złego niż dobrego. Jednocześnie nie sprzyjało to pokładaniu nadziei w ludzkim rozumie, krytycznej analizie jako reakcji na problem.

Nie uczymy się tego.
– Uczymy się, ale ze sporymi przeszkodami. Problem w tym, że wyrastamy bardziej z tradycji społeczników, entuzjastów, a nie specjalistów i fachowców. Nowoczesny rozum powstaje w wyrafinowanych profesjach zawodowych. A my nie dopracowaliśmy się nowoczesnych dziedzin w przemyśle, w naukach, w sektorze publicznym itp.

Przez wieki szkołom nie udawało się przezwyciężyć hierarchicznego, sztywnego podejścia opartego na przymusie podporządkowania i wkuwania. Gdzie indziej modernizowano je, stymulując ciekawość uczniów i racjonalizując proces absorbowania wiedzy i umiejętności. Było to skorelowane z laicyzacją edukacji i ukierunkowaniem jej na uobywatelnienie.

W efekcie po 1990 r. nie wytworzyliśmy nowoczesnego charakteru. Takiego, który pozwalałby nam stanąć naprzeciw wyzwaniom czasów i dzięki racjonalnej analizie odnajdywać i wdrażać rozwiązania. Nie udało się na czas wyjść z cech umacnianych w przeszłości przez niektóre negatywne elementy widoczne w tradycji chłopskiej i szlacheckiej. Nie zbudowaliśmy w miejsce ludowej, obrzędowej religijności nowoczesnej duchowości medytacyjnej. Na razie widać, jak silnie reprodukują się tradycyjne wady Polaków.

Czy nie jest też tak, że pandemiczne reakcje władzy, pozory sprawczości, pozwoliły odsunąć na bok konieczność zmierzenia się z problemami natury potężniejszej, globalnej – transformacją energetyczną, zmianami klimatycznymi, kryzysem pracy i zatrudnienia?
– Pandemia ukazała groźne dla naszego zbiorowego bezpieczeństwa słabości państwa jako instytucji. Co gorsza, wciąż nie powstała narodowa agenda, a więc lista spraw i problemów o najwyższym priorytecie. Naszych sterników jakby dotknęła mgła umysłowa. Na Zachodzie przyjęto zasadę: albo się transformujemy, albo umieramy. A u nas cisza. Bo mamy absolutny priorytet bieżącej polityki i chęci utrzymania władzy. Energetyka jest tylko jednym z przykładów… Musimy importować coraz więcej energii. Odchodzenie od węgla to niekończąca się historia. Przykład zawirowania wokół elektrowni w Turowie jest zatrważający.

A czy to nie tak, że dzisiaj wygrywa nie tyle polityka faktów, działań i dobrych zmian, ile opowieść o tym, czego to nie zrobimy i jak skutecznie? Narracja legendarna.
– Tak, jest narracja potęgi i megalomanii. A de facto tracimy potencjał do rozwiązywania problemów, które w różnych sferach się kumulują. Patrząc na projekty sanacji systemu zdrowia, można mieć wątpliwości, czy będziemy mogli poczuć się bezpieczniej, gdy dojdzie do kolejnych epidemii. Pomysłem władzy jest scentralizowanie decyzji, odbieranie samorządom szpitali i przekazywanie państwowej agencji. Pokazuje to etatystyczną mentalność, która sprowadza wszystko do prymitywnych dylematów, kto zarządza. Tymczasem służba zdrowia to system złożony. Może działać skutecznie, gdy zyska potencjał pochodzący z kooperacji między różnymi poziomami władzy, ale także podmiotami społecznymi i zawodowymi. Musi się opierać na wysokim standardzie i etosach zawodowych profesji medycznych. A u nas jest: zdobyć władzę i jakoś to będzie, czyli nowa wersja zawołania z „Pana Tadeusza”: „Ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie”. Tymczasem potrzebujemy wypracowania nowych modeli rządzenia, metod analizy problemów i wyzwań publicznych. Inaczej będziemy nie tyle państwem, ile przestrzenią do zagospodarowania przez różne komercyjne lobbies.

A może młodzież, która nie widzi tu przyszłości, dość dobrze to zdiagnozowała i reaguje chęcią opuszczenia Polski? Tu się nie da, tu się nie uda. 60% ludzi przed trzydziestką chce wyjechać.
– Historycznie mnóstwo Polaków zawsze emigrowało. Decydujące były zacofanie, brak perspektyw rozwojowych i przewidywalności. Nie wiem, czy obecnie młodych odstręcza od Polski bieżąca sytuacja polityczna, brutalność walki politycznej, polaryzacja, o której tyle mówiliśmy, czy może bardziej takie przypadki jak znęcanie się znane ze szkół artystycznych, mobbowanie w pracy, mało ogólnej życzliwości. Ale też prawdą jest, że przez wieki idealizowaliśmy Zachód, w jakiejś mierze tak jest nadal. Wprawdzie sporo wiadomo o cieniach współczesnej emigracji, ale wciąż jest to magnes.

Czy zatem Polska przetrwa?
– To kwestia okoliczności i rozkładu sił międzynarodowych. Polskie państwo będzie istniało, gdy nie będzie chętnych na polską ziemię. Na razie jest optymistycznie, bo obecnie większy apetyt budzą rynki biznesowe w określonych sektorach niż ziemia.

Czyli wyjeżdżamy?
– Ja nie zamierzam. Spoglądam na życie przodków i widzę zalety mojego losu. Wiele magnesów jednak pozostaje. Ponadto w końcu wytworzymy wspólny mianownik i zdolność do minimalnego wzajemnego zaufania.

Procesy społeczne nie są liniowe. Zawsze może dojść do niespodziewanych przełomów i poprawy w kluczowych sferach. Wiele zależy od szybkości urbanizacji, tworzenia dużych społeczności miejskich. Tam ludzie widzą współzależność, potrzebę tolerancji, zaufania. Spektakularne zwycięstwo opozycji w Rzeszowie, w morzu tradycjonalnej społeczności, nie jest przypadkowe. Ale na razie mamy dobre podglebie dla mieszania w narodowym kotle, wyłaniania się jednostek silnych, autorytarnych i zdecydowanych na wielkie manipulacje i zawieszanie instytucji, aby odnosić partykularne korzyści.

Liczę, że odnowa przyjdzie poprzez wzmocnienie etosów zawodowych. To one mają moc tworzenia lepszych charakterów. Bardzo mnie irytuje Jarosław Gowin, kiedy mówi: „Nie damy zrobić krzywdy przedsiębiorcom”. A dlaczego nie profesjonalistom w takich czy innych zawodach?

Pracownikom?
– No właśnie. Profesjonalistą może być każdy, kogo stać na wysiłki. Dzisiaj postawy społeczne buduje się w obrębie profesji, niegdyś w kościołach. Nie ma dobrego obywatela, jeśli nie jest w jakiejś dziedzinie profesjonalistą.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 28/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy