„Niesioł” z niespalonego muzeum

W Sejmie RP oprócz regulaminu i „uzusów”, jak mówi pan marszałek, Marek Jerzy, bo nie dla wszystkich jest familiarnie „Jurek”, są jeszcze zwyczaje. Dobre i złe. Takie poselsko-posłańskie zasady dobrego wychowania.
Do podstawowych zasad dobrego wychowania należy „dzień dobry”. „Dzień dobry” powinien mówić każdy pan poseł czy pani posłanka każdemu napotkanemu posłowi czy posłance. Od razu. To nie wojsko, że trzeba baczyć, kto jest starszy stopniem, czy dom starców, gdzie też obowiązuje zasada młodszeństwa. Młodszy mówi pierwszy, chociaż starszy zareagowania na owo „dzień dobry” może już nie dożyć. W Sejmie RP i w Senacie RP też, „dzień dobry” mówi ten, kto pierwszy kolegę czy koleżankę z pracy dostrzega. Dostrzeżony i pozdrowiony powinien na „dzień dobry” od razu tak samo odpowiedzieć. Chyba że jest Janem Marią Rokitą, który pomimo krakowskiego wychowania nie odpowiada. Bo poza sobą nikogo już nie dostrzega. Albo Jarosławem Kaczyńskim, który na moje „dzień dobry” nadyma się jeszcze bardziej albo mruczy coś, coś na pewno nie dzieńdobrego. Oprócz nich nie dzieńdobrują politycy uważający się za liderujących. Biegający po korytarzach w otoczeniu dziennikarskiej sfory. To aktualnie przede wszystkim Przemysław Edgar Gosiewski, Marek Suski, Marek Kuchciński, a czasem, o zgrozo, tak sympatyczny człowiek jak Tadeusz Cymański. Oni teraz wyżej są parlamentarnego plebsu.
Poseł Marek Suski odmówił ostatnio udziału w telewizyjnej debacie ze Stefanem Niesiołowskim. Bo od kiedy „Niesioł” zapisał się do Platformy Obywatelskiej i zaczął miotać obelgi na braci Kaczyńskich, przyrównując nawet Jarosława do Władysława Gomułki, stał się on pierwszym wrogiem PiSowców. W partii braci Kaczyńskich ogłoszono bojkot Niesiołowskiego, czyli niewystępowanie z nim przed kamerami. W odwecie PO ogłosiła bojkot posła Jacka Kurskiego. Kiedy ten występował w „Linii specjalnej”, wszyscy z opozycyjnej Platformy udziału odmówili. Nie odmówiłem za to ja, bo z ochotą chciałem podrwić z bufonowatego bulteriera braci Kaczyńskich. Ale tym razem bulterier podkulił ogonek i zagroził red. Czajkowskiej, że do programu ze mną nie pójdzie. Tym samym zaczął się zachowywać jak kiedyś, gryziony obecnie przez niego, Stefan Niesiołowski.
Niesiołowski, kiedy był w rządzącej AWS, nie tylko odmawiał udziału w programie z nielubianymi posłami „komuchami”. Na sejmowych korytarzach zachowywał się jak teraz Jarosław Kaczyński. Na „dzień dobry” nie odpowiadał. Raz kiedyś usłyszałem od niego w Sejmie RP gromkie „przepraszam”. Kiedy wybiegał z toalety i przypadkowo trzasnął mnie drzwiami. Przeprosił, bo nie widział, kogo trzaska. Drugi raz publicznie Niesiołowski przepraszał mnie po procesie sądowym. Nazwał mnie „komunistyczną szmatą”, przegrał i stosowne przepraszające ogłoszenia zamieścił.
Teraz szkoda mi popularnego „Niesioła”, kiedy widzę, że szarpią go usłużni wobec państwa Kaczyńskich publicyści. W wazeliniarskiej „Gazecie Polskiej” zdemaskowano niedawno Niesiołowskiego jako antykomunistycznego barona Münchausena.
Antoni Zambrowski, antykomunistyczne dziecko Komunistycznej Partii Polski, ujawnił, że „Niesioł” łże, przypisując sobie w mediach honor wysadzenia „pięty Lenina” z pomnika Wodza Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Października w Nowej Hucie. Senator PO ani paluszka Lenina nie wysadził, tylko podpina się pod heroiczny czyn Andrzeja Szewczuwiańca, który rzeczywiście ten pomnik okaleczył.
A naprawdę jedyną akcją antyleninowską było spalenie muzeum Lenina w Poroninie. Tyle że wszystko skończyło się na gadaniu i planowaniu. Chociaż ten budynek wciąż jeszcze można spalić.

Wydanie: 27/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy