Niezależność

A więc będziemy mieli Polskę świętą, patriotyczną aż do przesady, niepodległą do granic szaleństwa, dumną do śmieszności i sprawiedliwą historycznie aż do bólu, ponieważ każda sprawiedliwość historyczna zamienia się w niesprawiedliwość, tyle że wobec kogoś innego.
Niejednemu narodowi zdarzały się już jednak takie przypadki i niejednemu udawało się je przetrwać, pod jednym wszakże warunkiem. Tym mianowicie, że na antypodach świętości pojawia się sceptycyzm, na antypodach patriotyzmu zjawia się rozsądny kosmopolityzm, na antypodach niepodległości rodzi się poczucie ludzkiej więzi, bardziej uniwersalnej niż kraj lub naród, a na antypodach sprawiedliwości historycznej dojrzewa sprawiedliwość normalna, w której liczy się poszczególny człowiek z jego niezależnością i własnym sposobem myślenia.
Za naszą obecną świętością, patriotyzmem, niepodległością, dumą i sprawiedliwością historyczną wypowiedziała się większość polskich wyborców i nie należę do naiwnych, którym się zdaje, że jest to moda przejściowa, która wkrótce stopnieje, jak przelotny tej zimy śnieg. Potrwa to jakiś czas, ponieważ jest proste, nie wymaga żadnej refleksji, rozładowuje nagromadzone frustracje i pada na grunt nieźle przygotowany przez tradycję religijną i narodową.
Na antypodach jednak owego masowego gustu musi powstawać i powstaje gust i sposób myślenia mniejszości, który objawia się pod różnymi postaciami – w formach politycznych, obyczajowych, towarzyskich, środowiskowych i kulturalnych. Tak przecież było już w Polsce przedwojennej, gdzie pomajowym, tromtadrackim rządom pułkowników przeciwstawiał się szyderczy kabaret, władzy „naszych okupantów” – jak określał Boy władzę kleru – przeciwstawiała się kultura laicka i libertyńska, a stadnym emocjom przeciwstawiały się elity naukowe i intelektualne.
W ubiegłym, 2005 r., nasze zainteresowanie pochłaniały głównie kwestie polityczne. A więc, że lewica zdycha, że prawica nadciąga, że Europa się nam dziwuje, Rosja się sroży, a w Iraku siedzimy nie wiadomo po co.
Ale w tym samym czasie na Pradze, na Szmulowiźnie, istniała i działała Fabryka Trzciny na przykład, osobliwe miejsce, które w prawdziwej, nieczynnej już fabryce urządził Wojciech Trzciński, nazywając tę fabrykę od swego nazwiska i tworząc w niej, jak mówi, miejsce dla ludzi „o podobnej grupie krwi”. A więc takich, którzy chcą obejrzeć teatralnego „Gargantuę” przyrządzonego przez Bikonta, przyjść na koncerty jazzowe Urszuli Dudziak i Leszka Możdżera, wysłuchać kwartetów smyczkowych Szostakowicza, uczestniczyć w dyskusjach architektonicznych, promocjach książek, wystawach plastycznych, jak na przykład wystawa Sopotu ze zdjęciami Andrzeja Dudzińskiego, i we wszystkim innym, co proponuje Trzciński.
Bo Fabryka Trzciny nie jest to po prostu miejscem do wynajęcia, chociaż można je wynająć i fabryka prosperuje raczej nieźle. Lecz gdy jakaś firma na czas swojej imprezy zamierzała powiesić na ścianach fabryki swoje komercyjne plakaty, spotkała się z odmową. „Nie po to jest tu wszystko tak właśnie urządzone, aby każdy wieszał na ścianie swoje śmieci”, tłumaczy Trzciński i na tym właśnie polega niezależność tego miejsca.
Fabryka Trzciny jest oczywiście małym azylem wobec agresji kultury telewizyjnej i zalewu tandety, natomiast Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka jest potężnym ruchem społecznym. Ale jedno i drugie działa na tej samej zasadzie.
Otóż Owsiak, dziś już niewielbiony, lecz atakowany brutalnie przez Telewizję Trwam, wydał ostatnio, razem z Bartłomiejem Dobroczyńskim, książkę „Orkiestra Klubu Pomocnych Serc”, która jest manifestem jego niezależności i każdy, kto chce naprawdę zrozumieć Owsiaka, powinien ją przeczytać. Owsiak źle się uczył, dekował się przed wojskiem, tak skutecznie udając świra, że aż został terapeutą prawdziwych świrusów, produkował witraże, żeby mieć pieniądze na kręcenie filmów, których nie chciała wyświetlać telewizja, a z tego wszystkiego stworzył ruch społeczny młodych ludzi, o których mówi: „Więc ja się nie oszukuję i dlatego nie próbuję nawet przez pięć minut prowadzić z nimi dialogu pod tytułem: ja was czegoś nauczę. Niech raczej oni się sami uczą. I to szybko. Bo ja patrzę na to tak: no dobra, na razie bawicie się w tym pokoju, ale idźcie do drugiego pokoju, to wtedy zobaczycie, co was czeka”.
Coraz dokładniej wiemy, co czeka w „drugim pokoju”. Na jego ścianach wiszą podniosłe emblematy, o których była mowa na początku, a pośrodku stoją dobrze już znane instrumenty gospodarki kapitalistycznej, zdolne możliwie bezboleśnie pogrubić grubych i odchudzić chudych, dając im odpowiednią dawkę znieczulenia pod postacią masowej kultury komercyjnej.
Do kultury tej należy z całą pewnością także osobliwa piosenka, o której pisze w książce „Paw królowej” Dorota Masłowska, że „piosenka ta powstała z funduszy Unii Europejskiej, Kultury i Sztuki Ministerstwa i fundacji „Bez barier porozumienie” Jolanty Kwaśniewskiej. Nie należy się zniechęcać niezrozumieniem piosenki. Przez jej oczywisty poziom literacko mierny powodowane jest to. Była naszym zamierzeniem taka słabość tekstu, aby niemożliwość przeczytania go nie powodowała kompleksów, wynikając nie z umysłowych braków i inteligencji uszczerbków, lecz właśnie z oczywistej mierności i nieczytelności treści. Piosenka powstała z funduszy Unii Europejskiej. Ma na celu zwiększenie liczby głupców w społeczeństwie”.
„Paw królowej” przekonał mnie, że chociaż, jak pisze autorka, „koniec, Kuczok Wojciech na odczycie w Kiełbasie Śląskiej, a ona w domu, w domu”, to jednak właśnie Dorota Masłowska weszła do literatury polskiej jako osoba, która widzi i rozumie. Rozumie, co jest w „drugim pokoju” i jak to działa. Istnienie takich książek jest także elementem niezależności i wolności wobec tego, co nas oblepia coraz ciaśniej, nawet jeśli jest to „z funduszy Unii Europejskiej”.
Na koniec zaś dostałem list od Julii Kubisy, o której pisałem niedawno, że wspaniale prowadziła warszawską manifę 27 listopada. Autorka listu pisze skromnie, że przecież nie ona sama zorganizowała tę demonstrację, ale „to wszystko stworzyło Porozumienie Kobiet 8 Marca, tworzące podwaliny pod nowy ruch obywatelski”.
Wierzę w rodzące się ruchy obywatelskie, podziwiam też dziewczyny, które idą naprzeciw wygolonym na łyso wszechpolskim bysiom, niegardzącym wobec nich publicznym słowem, a także obcasem. A wierzę i podziwiam tym mocniej, im bardziej niosą one w sobie nie tylko ładunek polityczny, ale także niezależną filozofię kulturalną, obyczaj, etos, to znaczy to wszystko, czego brakowało u nas dotychczas, a bez czego świętość, patriotyzm, niepodległość, duma i sprawiedliwość historyczna gotowe są nam naprawdę odebrać nie tylko niezależność, ale i rozum.

 

Wydanie: 1/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy