Niezatapialni

Niezatapialni

I dla Abbasa, i dla Netanjahu priorytetem jest utrzymanie stanowisk i skonsolidowanie władzy

Kiedy w styczniu Mahmud Abbas, prezydent Autonomii Palestyńskiej, ogłosił, że po raz pierwszy od dawna Palestyńczycy będą mogli wybrać swoje władze, pojawiła się iskierka nadziei na zmiany. Co więcej, w tym roku wybory miały się odbyć trzykrotnie, głosujący mieliby szansę na wybór swoich przedstawicieli do Rady Legislacyjnej, być może na zmianę prezydenta, a później na zdecydowanie o składzie Palestyńskiej Rady Narodowej, czyli najważniejszego ciała Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Media w regionie i te zajmujące się obserwacją wydarzeń na Bliskim Wschodzie prześcigały się w relacjonowaniu przygotowań do wyborów i tworzeniu scenariuszy ich przebiegu. Pojawiały się rozmaite opinie, kto zwycięży i jak wpłynie to na losy konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Od samego początku jednak nie brakowało głosów sceptycznych. Jedni uważali, że wybory nie będą uczciwe, umocnią jedynie pozycję palestyńskiej klasy politycznej. Drudzy mówili, że wcale się nie odbędą, tak jak nie odbyły się od zwycięstwa Hamasu w 2006 r. Po niecałych czterech miesiącach okazało się, że rację mieli ci drudzy – prezydent Abbas oznajmił, że wybory odbędą się dopiero wtedy, gdy Izrael zgodzi się, by były także w Jerozolimie Wschodniej, zamieszkanej przez ponad 300 tys. Palestyńczyków.

Odporny na gniew narodu

Decyzja Abbasa nie spotkała się z przychylnością innych ugrupowań czy w ogóle obywateli. Hamas, ugrupowanie terrorystyczne niepodzielnie rządzące Strefą Gazy, uznał ruch prezydenta za zamach stanu. Marksistowski Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny wezwał pozostałe ugrupowania, by przeprowadzić wybory niezależnie od woli Fatahu (macierzystej partii Abbasa). A zwykli ludzie wyszli na ulice Ramallah i Gazy w proteście przeciw Abbasowi, którego obarczają odpowiedzialnością za to, że całe pokolenie młodych Palestyńczyków nie ma pojęcia, czym są wybory i demokracja.

Mahmud Abbas jest jednak odporny na gniew swojego narodu. Urodził się w 1935 r. w położonym w górzystej Galilei Safedzie. Jego rodzina zbiegła do Syrii podczas wojny z Żydami w Mandacie Palestyny w 1948 r. Podobny los spotkał 700 tys. Palestyńczyków. Te wydarzenia stały się centralnym punktem Nakby – Katastrofy, będącej w palestyńskim micie narodowym tym, czym Zagłada jest dla Żydów.

Rodzina Abbasa w Syrii osiadła na dłużej i Mahmud ukończył prawo na Uniwersytecie Damasceńskim, po czym wyjechał do Egiptu. Pod koniec lat 50. był już urzędnikiem Służby Cywilnej w Katarze, gdzie dołączył do założonego przez Jasira Arafata Fatahu. Tak zaczęła się jego kariera jako jednej z czołowych postaci palestyńskiej polityki.

Przez dekady Abbas zdobywał środki na działalność OWP (według niektórych doniesień wykorzystane zostały także do przeprowadzenia zamachu podczas igrzysk w Monachium w 1972 r.), był współpracownikiem radzieckiego wywiadu, napisał w Moskwie doktorat o związkach syjonizmu z nazizmem i stał się jednym z dyplomatów biorących udział w procesie, który doprowadził do podpisania porozumień z Oslo, jednego z kluczowych dokumentów regulujących relacje izraelsko-palestyńskie.

W 2003 r., choć nie jest postacią charyzmatyczną, został mianowany przez Arafata premierem Autonomii Palestyńskiej. Być może jego losy potoczyłyby się inaczej, gdyby główni konkurenci, tacy jak przywódca odpowiedzialnego za całą listę zamachów terrorystycznych Tanzimu Marwan Barguti, nie zostali skazani za terroryzm i zamknięci w izraelskich więzieniach.

Naturalny następca

Kiedy zmarł Arafat, Abbas był jego naturalnym następcą i wygrał wybory w 2005 r. Zwycięstwo było pewne, jeszcze zanim Palestyńczycy poszli do urn. Hamas nie wystawił własnego kandydata, palestyńskie media całą uwagę poświęcały właśnie Abbasowi, a izraelskie służby bezpieczeństwa różnymi sposobami utrudniały kontrkandydatom prowadzenie działalności politycznej (czym w kręgach radykalnych nacjonalistów Abbas zasłużył sobie na miano kolaboranta). Tak rozpoczęła się jego czteroletnia kadencja, która trwa już ponad 15 lat i pewnie nie skończy się w najbliższym czasie.

Rywale Abbasa są wściekli, ale mogą jedynie załamywać ręce. Konkurenci z Fatahu nie mają wystarczającej siły, by zorganizować masowe protesty na Zachodnim Brzegu, a Hamas działa w Gazie, która choć geograficznie bliska, to politycznie jest dość odległym bytem, na który można nałożyć sankcje finansowe, jak to zrobił Abbas w 2018 r., by podważyć pozycję organizacji.

Zadowoleni z rozwoju sytuacji nie są nawet zagraniczni partnerzy. Josep Borrell, szef dyplomacji Unii Europejskiej, zaznaczył, że decyzja jest „rozczarowująca”, a wybory powinny się odbyć bez zbędnych opóźnień, także w Jerozolimie Wschodniej. Nie wygląda jednak na to, by Unia miała podjąć jakiekolwiek zdecydowane kroki poza retoryką. Nie znaczy to, że wszyscy przejdą nad tym wydarzeniem do porządku dziennego. Abbas będzie podgrzewał atmosferę, wzywając Izrael do zezwolenia jerozolimskim Palestyńczykom na oddanie głosów i podkreślając, że jest gotowy do przeprowadzenia wyborów „w ciągu tygodnia”. A zarówno izraelski, jak i palestyński majowy kalendarz jest pełen rocznic wydarzeń, które stanowią punkty sporu obu narodów – łącznie z rocznicą Nakby, obchodzoną 15 maja. Zwykle w tych dniach dochodzi do starć Palestyńczyków z izraelską policją i ogromnych demonstracji, takich jak Wielki Marsz Powrotu, który zaczął się w marcu 2018 r. i w ciągu 18 miesięcy kosztował życie 183 Arabów (oprócz tego ponad 6 tys. zostało poważnie ranionych przez izraelskich snajperów).

Przyklejeni do stołków

Ale po drugiej stronie muru też nie jest kolorowo, choć wybory 23 marca odbyły się zgodnie z zasadami. Mimo że prowadzony przez Beniamina Netanjahu Likud zwyciężył, premier nie zbudował stabilnej koalicji rządowej. Duże rozdrobnienie sceny politycznej sprawiło, że choć z Netanjahu sprzymierzyło się wiele żydowskich religijnych i prawicowych ugrupowań, zabrakło mu kilku głosów, które pozwoliłyby na stworzenie rządu do wyznaczonego na północ 4 maja terminu. Jedyną nadzieję stanowiło islamistyczne ugrupowanie Raam, które mogłoby stać się pierwszą w historii arabską partią w składzie koalicji rządzącej Izraelem. Taka perspektywa była nie do przyjęcia dla sojuszników obecnego premiera, np. prowadzonych przez Becalela Smotricza Religijnych Syjonistów, którzy nie zgodzili się nawet na to, by Raam pozostało poza koalicją, ale poparło rząd Netanjahu.

Na dokładkę Naftali Bennett, lider prawicowej partii Jamina i tradycyjnie koalicjant Bibiego, oznajmił, że jest gotów sprzymierzyć się z opozycją. Wystarczy, by kończący w tym roku kadencję prezydent Riwlin przekazał misję tworzenia rządu Jairowi Lapidowi, dzisiaj czołowemu politykowi opozycji, reprezentującemu centrową partię Jesz Atid (Lapid istotnie ją otrzymał 5 maja – przyp. red.). Tym samym zamiast najbardziej prawicowego gabinetu w historii Izraela mógłby powstać rząd reprezentujący interesy lewicy, prawicy i centrum. Jeśli opozycji ta sztuka się nie uda, kraj czekają piąte z kolei wybory, co z pewnością ucieszyłoby Netanjahu. Nawet jeśli powstanie rząd opozycyjny, niewykluczone, że Bibi będzie sterował krajową polityką z tylnego fotela, bo jego partia pozostanie największym ugrupowaniem w Knesecie, mającym niemal dwukrotnie więcej posłów niż partia Lapida.

Ani Netanjahu, ani Abbas nie cieszą się jednak dzisiaj powszechnym poparciem obywateli. Priorytetem dla obu zdaje się więc utrzymanie stanowisk i skonsolidowanie władzy. Przeprowadzenie wyborów w Palestynie jest dla Abbasa ryzykowne, bo może grozić utratą pozycji całego Fatahu na rzecz Hamasu. Ale nie tylko Abbas może tutaj przegrać – dla Netanjahu taka perspektywa to koszmar, którego wolałby uniknąć nawet za cenę oskarżeń o to, że destabilizuje region i odmawia ponad 5 mln ludzi prawa do decydowania o sobie. Hamas, jeśli zdetronizuje ugrupowanie Abbasa (co jest więcej niż prawdopodobne), nie będzie kontynuował polityki wyboistej współpracy i może się zdecydować na pełną konfrontację z izraelskim wojskiem. Tym razem nie tylko za pomocą rakiet wystrzeliwanych ze Strefy Gazy, ale także bezpośrednio zagrażając żydowskim osiedlom na Zachodnim Brzegu i skutecznie utrudniając życie izraelskim służbom.

Netanjahu z kolei jest oskarżony w kilku sprawach o korupcję i nadużycie władzy, a jego proces sądowy dopiero się rozpoczął. Jeśli potoczy się nie po jego myśli, Bibi może podzielić los poprzednika, Ehuda Olmerta, który skazany za korupcję spędził 16 miesięcy w więzieniu, po czym został warunkowo zwolniony w 2017 r. Netanjahu z pewnością wolałby tego uniknąć i wykorzystać na swoją korzyść możliwości, które daje mu fotel premiera.

Obaj starzy politycy kurczowo trzymają się swoich stołków i wygląda na to, że nie będą chcieli ich puścić. Zamiast zarządzać krajem, zarządzają jedynie kryzysem i robią wszystko, by utrzymać status quo. Ta krótkowzroczna strategia może nie tylko obrócić się przeciw nim samym, ale i pogłębić polaryzację wewnątrz obu narodów. A w tak trudnym regionie ani Izraelczycy, ani Palestyńczycy nie mogą sobie na to pozwolić.

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 20/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy