Po nitce do kłębka problemów

Po nitce do kłębka problemów

BEZ UPRZEDZEŃ

W dniu, w którym Radio Zet nadało jak zwykle pokracznie sformułowany zarzut Mariana Krzaklewskiego, że prezydent Kwaśniewski zalecił rządowi zgodę na przeprowadzenie przez Polskę gazociągu z pominięciem Ukrainy, czego on nie zrobił, niestety, prasa przyniosła wiadomość, że Unia Europejska planuje zwiększenie zakupu rosyjskiego gazu i budowę gazociągu, który będzie omijał Ukrainę i być może także Polskę. Do uwag na ten temat może nie należałoby mieszać Mariana Krzaklewskiego, jako że sprawa jest poważna i wyraźnie przechodzi jego zdolność pojmowania. Ważne natomiast jest przypomnienie, że rząd solidarnościowy uznał za dogmat, iż gaz z Rosji musi przepływać przez Ukrainę, a polityków lewicy z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele należy kontrolować, czy nie wypowiedzą jakichś słów, które z tym dogmatem mogłyby nie być całkiem zgodne.
Pojawienie się w polskiej polityce koncepcji “strategicznego partnerstwa” z Ukrainą nie zostało społeczeństwu wyjaśnione. Jeszcze ciemniejsza niż koncepcja jest jej realizacja. Strategiczne partnerstwo wymaga od Polski rezygnacji ze wszystkich możliwych korzyści z tranzytu rosyjskiego gazu, jeżeli takich samych korzyści nie mogłaby odnieść Ukraina. Dla takiego idiotyzmu trudno byłoby znaleźć analogię w stosunkach międzynarodowych. “Solidarność” i wywodzące się z niej partie ujmują problemy w kategoriach symbolicznych, rzeczywistość opisują za pomocą metafor i, oczywiście, gubią się w tym wszystkim. Nie myślą o realnej Ukrainie, widzą w niej jedynie kraj, który dokonał secesji od Rosji i teraz nic innego nie robi, tylko cały czas symbolizuje antyrosyjskość, dzięki czemu nominujemy go naszym strategicznym sojusznikiem. Według takich strategów jak Marian Krzaklewski oraz ministrowie w jego rządzie, Ukraina będzie nam pomagać szkodzić Rosji, a my za to solennie obiecujemy nie zarobić niczego na Rosji, jeżeli, metafizycznie biorąc, zarobek ten na mocy predestynacji należałby się Ukrainie. Chociaż wyrażam się tu nieco abstrakcyjnie, nie ma w tym, jak Boga kocham, żadnej przesady. Solidarnościowi ludzie może nie byliby w tej sprawie tacy zagorzali, gdyby nie to, że jakaś podsekcja w Wydziale do spraw Europy Wschodniej Departamentu Stanu ma za zadanie zajmowanie się niepodległością Ukrainy.
Tę niemądrą politykę przyozdabia się, na razie z powodzeniem, nazwiskami Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. To, co się uważa za ich koncepcję polityki wschodniej, miało początkowo za adresata polską emigrację w Londynie, która żyła iluzją odzyskania Wilna i Lwowa, nie troszcząc się wcale, jak by takie odzyskanie było widziane przez Litwinów i Ukraińców. Autorzy “Kultury” mieli fantazję i mieli zdrowy rozsądek. Ich koncepcji (jeśli zdroworozsądkowy pogląd można nazwać koncepcją) przypisuje się jednak moc sprawczą, której nie miała i mieć nie mogła, ale do sytuacji powstałej po pierestrojce doskonale pasowała. Giedroyc nie mówił, że Ukrainę trzeba sobie mianować strategicznym sojusznikiem w drażnieniu Rosjan (prócz drażnienia niczego im nie możemy zrobić). Przeciwnie, jego rozsądnym zdaniem, z Rosją trzeba żyć tak samo przyjaźnie jak z Ukrainą, bo może się zdarzyć, iż ona właśnie będzie nam potrzebna jako sojusznik w relacjach z Ukrainą. Nie ma w tym wielkiej głębi, ponieważ głębia nie jest tu potrzebna, natomiast słuszności tego stanowiska nie można podważyć. (Giedroyc poza tym wypowiadał się w wielu kwestiach szczegółowych bieżącej polityki, o których nie miał informacji).
Aleksander Kwaśniewski nie potrzebował brać lekcji u Giedroycia, ponieważ sam z siebie kieruje się poczuciem rzeczywistości, dążeniem do zgody z sąsiadami i gdyby mu groźnie nie zabraniano, mielibyśmy już cywilizowane stosunki z Rosją i Białorusią (ta ostatnia jest nam pod wieloma względami najbliższa, jako jedyna część dawnej Rzeczypospolitej przyznaje się do wspólnej z nami historii). Gdyby Kwaśniewski ośmielił się przedłożyć opinii publicznej pod rozwagę jakiś nieortodoksyjny przebieg nitki gazowej, biskup lubelski zażądałby postawienia go przed sądem za zdradę stanu. Dobrze więc zrobił, że się nie ośmielił. Niedługo trzeba było czekać na okazję pozwalającą nieco swobodniej porozmawiać o tej nitce. Rządowi Krzaklewskiego i mediom, które go w tej sprawie jednomyślnie i bezmyślnie popierały, wydawało się, że stojąc na straży ukraińskiego monopolu na tranzyt rosyjskiego gazu, Polska pełni misję obrony Zachodu, rolę przedmurza gazowego. Nauczka, jaka z planów Unii Europejskiej wypływa dla rządu w Warszawie, nikogo jednak prawdopodobnie w tej Warszawie niczego nie nauczy.

Wydanie: 41/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy