Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jeszcze przed tym miniszczytem w Krakowie, ale już wtedy, kiedy było wiadomo, że będzie to klapa, paru ludzi w MSZ zastanawiało się: co też w naszej obecnej polityce zagranicznej tkwi, że ostatnio przegrywamy tak dotkliwie sprawy wschodnie?
Wymieniono parę powodów, m.in. te najczęściej powtarzane – że nie znamy Wschodu i wobec tego, po pierwsze, przyjęliśmy fałszywą koncepcję działania, nierealną, zbudowaną z marzeń, a nie z oceny rzeczywistości, a po drugie, nawet taką koślawą koncepcję realizujemy topornie, bez wdzięku. Ustawiając się wobec Rosji jako państwo frontowe, i to z przytupem, co więcej pożytku przynosi Rosji niż nam.
Przykłady wschodnich porażek można mnożyć. Weźmy chociażby klęskę koncepcji dotyczącej Kazachstanu. Był tam prezydent Kaczyński, nic nie osiągnął, pełna klapa. A zabiegał m.in. o kontrakty naftowe. I pewnie by je dostał, ale jak zaczął mówić, że chce je po to, żeby Rosji zagrać na nosie, i że buduje antyrosyjski front, to wystraszył tym gospodarzy tak skutecznie, że odmówili mu we wszystkim.
Inny przykład to Białoruś. Był niedawno w Warszawie Aleksander Milinkiewicz, kandydat demokratycznej opozycji na prezydenta w ostatnich wyborach prezydenckich. Spotkał się m.in. z prezydentem Kaczyńskim. I mówił mu, a można to przeczytać na stronach internetowych białoruskiej opozycji, że bardzo mu zależy, żeby Polska wysłała wreszcie do Mińska swojego ambasadora. Bo wzmocniłoby to pozycję Polski na Białorusi, no i samej opozycji, która mogłaby liczyć na jego moralne wsparcie.
I co? Nic z tych rzeczy. Ambasadora jak od 2005 r. na Białorusi nie mamy, tak nie mamy. A mają wszyscy – Niemcy, Amerykanie, a Polacy nie. Jesteśmy obrażeni, nie odzywamy się.
A szkoda, bo można byłoby parę rzeczy ugrać – wzmacniając nie tylko opozycję, ale i pozycję naszego biznesu (przypomnijmy, że Białoruś embarga na polskie produkty nie wprowadziła, polskie mięso i owoce można w Mińsku kupić bez kłopotów), wreszcie łatwiej byłoby sytuację na miejscu obserwować i analizować. Bo to my powinniśmy mówić Unii, co się dzieje u Łukaszenki, a nie Niemcy czy Francuzi.
Obok tych słusznych stwierdzeń – tu rozmówcy pokiwali głowami – jest jeszcze szara rzeczywistość: w MSZ nie przelewa się od ludzi znających Wschód. A jeszcze mniej jest tych, którzy chcieliby tam jeździć i poświęcić tamtejszym sprawom swoją karierę. A do tego jeszcze mamy fobie obecnej władzy.
I tak to jest. Dyrektorem Departamentu Europy Wschodniej jest Marek Zajączkowski, postać sympatyczna, sęk w tym, że mająca zakaz wjazdu do Rosji (gdy ładnych kilka lat temu Polska wyrzuciła z Warszawy rosyjskich dyplomatów, mówiąc, że to szpiedzy, Rosjanie wyrzucili z Moskwy dyplomatów polskich, m.in. Zajączkowskiego). Do Moskwy na zastępcę ambasadora ds. politycznych pani Fotyga posłała szefa ośrodka POT (placówki informacji turystycznej) w Rzymie. Jak to wytłumaczyć? A gdy kolejny rocznik Akademii Dyplomatycznej kończy naukę, jego absolwenci najpierw biorą świadectwo ukończenia, a potem urządzają konkurs ofert – między MSZ a prywatnym biznesem. I gdy w tej grze MSZ zaproponuje absolwentowi sprawy wschodnie, niemal zawsze przegrywa.

Wydanie: 20/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy