O tym samym

Aż dziw bierze, że oprócz połajanek, zakulisowych kombinacji i przymiarek do nadchodzących wyborów odbywają się jeszcze czasami w naszym Sejmie rozmowy mniej więcej normalne, a więc dotyczące ustaw, które mają regulować dziedziny życia nieprzynoszące – jak służba zdrowia na przykład – natychmiastowych skutków politycznych w opinii publicznej.
Taką sprawą jest wniesiony wspólnie przez rząd i posłów projekt nowej ustawy o kinematografii. Rozpatrywała go niedawno sejmowa Komisja Kultury, której obradom miałem okazję się przysłuchiwać.
Spędziłem ładnych parę lat życia, kręcąc się koło kinematografii polskiej jako autor, krytyk, urzędnik Zespołów Filmowych, wreszcie działacz Stowarzyszenia Filmowców Polskich, dlatego też powiało ku mnie falą wspomnień z rozmaitych batalii o film polski, w których, z jednej strony, stawało solidarne i zjednoczone środowisko filmowe, powiewające sztandarem kultury narodowej i szczytnych osiągnięć filmu polskiego, z drugiej zaś, mniej lub bardziej stroskany i przestraszony rząd. Finalnym jednak etapem tych zmagań było stworzenie przez środowisko filmowe – bo oszczędzę tu wstydu nazwiskom – w roku 1980 Komitetu Obrony Kinematografii (KOK), którego głównym hasłem było uwolnienie filmu polskiego od finansów państwowych, za którymi, zdaniem wodzów owego KOK-u, szedł ucisk i dyktat polityczny.
Ten idiotyczny pomysł ziścił się oto po latach. Mamy film polski uwolniony od państwa. Pytanie zaś, na które ma odpowiedzieć dyskutowana ustawa, brzmi: czy będziemy mieć nadal film polski?
Obecnie bowiem naprzeciwko jak zwykle zjednoczonego środowiska filmowego, powiewającego tym samym, chociaż mocno już spłowiałym i podziurawionym sztandarem, stanęło nie państwo, lecz przedstawiciele biznesu medialnego – telewizji komercyjnych i kablowych, właściciele kin, prywatni dystrybutorzy, którzy, w myśl projektu ustawy, mieliby za obecny rozwój polskiej kinematografii zapłacić.
Otóż nieszczęście polega na tym, że ludzie ci, w przeciwieństwie do dawnego państwa, nie są w stanie podsypać filmowi polskiemu pieniędzy, przestawiając coś tam w budżecie, ale muszą zapłacić z własnych pieniędzy. I umieją liczyć. A więc potrafią na przykład podstępnie zapytać, dlaczego nowe obciążenia telewizji na rzecz rodzimej twórczości filmowej mają wynosić akurat 2% ich dochodów, a nie np. 1,5% albo 2,75%? Pytają, kto to obliczył i na jakiej podstawie, wiedząc oczywiście, że wielkość ta wzięta jest z sufitu. Potrafią też skalkulować, ile pieniędzy wynika w sumie z tego obciążenia i w jakim stopniu polska twórczość filmowa zdolna jest je wykorzystać, nie mówiąc już o tym, ilu widzów musiałoby pójść do kina na filmy polskie, aby sumy wydatkowane na produkcję filmową mogły się zwrócić. Ostatnio bowiem najdroższy film polski 2004 r. kosztował coś ok. 7 mln, a obejrzało go 13 tys. widzów.
Nie piszę tego wszystkiego, aby szydzić ze środowiska filmowego, które stoi murem za ustawą i twierdzi słusznie, że bez wsparcia finansowego rodzima twórczość filmowa ani w Polsce, ani gdzie indziej rozwijać się nie może. Piszę jednak dlatego, że jeśli mimo wszystko dyskutowana ustawa o kinematografii zostanie uchwalona, jest więcej niż pewne, że cenę za nią zapłacą wcale nie prywatne media i dystrybutorzy, lecz widzowie kinowi i użytkownicy telewizyjnych platform cyfrowych, na których biznes medialny przerzuci koszt nowych nałożonych nań obciążeń. I zapłacą za to nie tylko ci widzowie, którzy pójdą na filmy polskie, ale którzy w ogóle pójdą do kina, także na arcydzieła produkcji światowej, ponieważ zdrożeją wszystkie bilety, czego kiniarze i dystrybutorzy nie zamierzają ukrywać.
W nowej ustawie osobliwe jawi się rola państwa. Jest ono wyniośle nieobecne. Naiwnością bowiem byłoby sądzić, że państwo nasze kłopocze się o widzów, a więc o swoich obywateli, których miażdżącej większości średnia cena biletu 16-20 zł (to znaczy 36-40 zł za seans kinowy dla zakochanej pary, a 72-80 zł dla przykładnej rodziny z dwojgiem dzieci) zamyka drzwi do przybytków X Muzy. To prawda, że mamy najtańsze bilety kinowe w porównaniu do starych krajów Unii, ale przecież nasze dochody też wynoszą około 40% zarobków starounijnych, czego rezultatem są zatrważające statystyki dotyczące nie tylko polskiego czytelnictwa książek, lecz także polskiej frekwencji kinowej.
Owocem ustawy określającym rolę państwa ma być Polski Instytut Sztuki Filmowej, do którego mają spływać wszelkie środki materialne przeznaczane na kinematografię – zarówno z budżetu, jak i te uzyskane właśnie od medialnego biznesu, wreszcie pochodzące z resztek niesprzedanego jeszcze majątku kinematografii PRL. Ale wśród siedmiu punktów ustawy mówiących o obowiązkach owego instytutu względem polskiej sztuki filmowej, sześć razy występują takie zwroty jak „tworzenie warunków”, „inspirowanie”, „wspieranie działań”, „wspieranie debiutów”, „promocja”, „świadczenie usług” i raz tylko pojawia się słowo „dofinansowanie”. Nie powtórzę tu zarzutu, wysuwanego przez biznes medialny, że nawet gdyby zgodził się on na płacenie nowych obciążeń, to chciałby przynajmniej wiedzieć, że jego pieniądze idą na produkcję filmów, nie zaś na samo utrzymanie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.
Ale powtórzę tu jeszcze raz to samo, o czym mówię przy każdej podobnej okazji. Najważniejszym obiektem polityki kulturalnej państwa nie mogą być najszlachetniejsze nawet instytucje kulturalne, takie jak Polski Instytut Sztuki Filmowej, ani też zdobne najświetniejszymi nawet dawnymi zasługami środowiska twórcze, do których środowisko filmowe z czasów PRL niewątpliwie należy. Tym obiektem natomiast jest społeczeństwo polskie.
To społeczeństwo, które dziczeje obecnie we wtórnym analfabetyzmie, ponieważ co drugi Polak nie czyta ani jednej książki rocznie (jeszcze niedawno dodałbym, że „poza książką do nabożeństwa”, ale odkąd biskup płocki stwierdził, że nikt z jego wiernych nie potrafił powiedzieć, ilu właściwie było apostołów, nie mogę już tego napisać). To społeczeństwo, które wydaje spośród siebie młodych blokersów, zbyt ubogich, aby pójść do kina, i skazanych na dożywotnie pewnie siedzenie przy trzepaku. To społeczeństwo, w którym nawet codzienne gazety rozchodzą się wyraźnie lepiej tylko raz w tygodniu, kiedy zamieszczają tygodniowy program telewizyjny.
W dyskusji o projekcie ustawy o kinematografii padały cyfry pokazujące, że cywilizowane państwa europejskie wydają ze swoich środków kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy więcej na rozwój własnej twórczości filmowej niż Polska, chociaż są one tak samo kapitalistyczne i rynkowe jak my.
Ale tam nigdy nie było żadnego KOK-u, który nie tylko zwalniał państwo od obowiązków względem kultury filmowej, lecz wręcz zakazywał mu zajmowania się filmem. A rządy prowadzą tam nadal społeczną politykę kulturalną.

Wydanie: 9/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy