O winie narodowej

O winie narodowej

BEZ UPRZEDZEŃ

Prezes Instytutu Pamięci Narodowej, Leon Kieres, powiedział parę miesięcy temu w telewizji Puls że nie czuje się odpowiedzialny za morderstwa popełnione na Żydach w Jedwabnem, ponieważ urodził się po 10 lipca 1941 roku i jego rodzina tam nie mieszkała. Nie będąc odpowiedzialnym, prof. Kieres stwierdził, że czuje się jednak winnym czynów haniebnych, tak jak czuje się dumnym z osiągnięć naszych noblistów i innych wielkich Polaków.
Dążenia do słusznych celów (jak również do niesłusznych) prawie zawsze powodują efekty niezamierzone. Dokonywana właśnie lustracja polskiej historii okresu powojennego rozszerzona została na okres wojenny. Moim zdaniem, powinna objąć również czasy przedwojenne, po których pozostały dwa fałszywe obrazy: wyidealizowany autoportret, pozostawiony przez „sanację” i karykaturalny wizerunek, stworzony przez komunistów. Skoro zbrodnie policyjne kwalifikowane są obecnie jako zbrodnie przeciw ludzkości, a te są nieprzedawnialne, to należałoby wszcząć śledztwa w sprawie zabójstw i tortur popełnianych podczas tłumienia strajków chłopskich przed 1939 rokiem. Niektórzy świadkowie jeszcze żyją. W tym szaleństwie byłaby metoda.
Przeprowadzana lustracja historii otwiera ludziom oczy na wiele faktów przedtem nieznanych i skłania przynajmniej do przemyślenia, jeśli nie odrzucenia, uporczywych stereotypów narodowych i narodowej autogloryfikacji. Domyślam się, choć nikt tego wyraźnie nie głosi, że odsłanianiu rozmyślnie popełnianych zbrodni oraz aktów spontanicznego okrucieństwa przyświeca idea podniesienia ludzi na wyższy poziom moralny. Towarzyszy też może nadzieja, że na tym wyższym poziomie utrzymają się podczas przyszłych wojen i rzezi. Gdyby tego moralnego zamysłu nie było, to nic by nie stało na przeszkodzie, aby odsłaniane zbrodnie zostały objęte przez medialną estatyzację zła i przekazywane publiczności na tych samych prawach, co telewizyjne filmy grozy i inne „kryminały”. Nie mam wyrobionego poglądu, czy rozliczanie przeszłości czyni ludzi wrażliwszymi moralnie. Może czyni, a może nie czyni. Widzę natomiast, że pod względem intelektualnym cofa nas do stanu, który uważaliśmy za szczęśliwie przezwyciężony. Ożyło archaiczne pojęcie winy zbiorowej i narzuca się ono z taką siłą, że Bogu ducha dotychczas winny profesor Kieres przyznaje się do moralnej winy za morderstwa popełnione przez niektórych mieszkańców Jedwabnego w czasach, gdy jego jeszcze na świecie nie było. Co więcej, czuje się winny, mimo iż nie uważa się za odpowiedzialnego.
W polskich dyskusjach przywoływana jest niekiedy filozoficzna rozprawa Karla Jaspersa „O winie niemieckiej”. Albo mało kto ją czytał, albo mało kto ją zrozumiał. Myślenie Jaspersa wyłania się z mglistej atmosfery niemieckiej mistyki wspólnotowej jako jej zaprzeczenie. Jego słusznym zdaniem, jednostka ponosi winę moralną za swoje własne czyny, a czuć się winna może również za tych, których kocha i z którymi czuje się głęboko solidarna. Brać na siebie winę za to, co zrobił motłoch, jest postawą niemoralną, nie dającą się pogodzić z rzeczywistym etycznym obowiązkiem potępienia zbrodniczego motłochu. Ze zbrodniarzami nie trzeba mieć nic wspólnego, a już broń Boże wspólnej winy moralnej. Wina moralna czy jakakolwiek inna wina należy do rzeczywistości i nie ma ona wspólnego mianownika z tym subiektywnym stanem umysłu, który nazywany jest „dumą z osiągnięć naszych noblistów czy innych wybitnych Polaków”. (Ktoś mówił o Koperniku i Tischnerze, ktoś o „odsieczy wiedeńskiej”…). Z winy nie można sobie stroić żartów, a z owej dumy można. Jeśli ktoś stawia jedno i drugie na tej samej płaszczyźnie, jako rzeczy porównywalne, to odbiera winie powagę i gotów się z nią afiszować, chwalić się nią, co też wielu robi. I jeśli dodamy, co jest faktem, że afiszowanie się z poczuciem winy bywa nagradzane, to już wiemy, z czym mamy do czynienia: z przeciwieństwem winy. Za rzeczywistą winę, moralną czy inną, nikt nikogo nie chwali i nie nagradza, i nikt się z nią nie obnosi.
Chciałbym uzyskać wyjaśnienie, na jakiej podstawie opiera się obwinianie całego narodu za zbrodnie popełnione przez dających się zidentyfikować osobników, przez ten naród nie szanowanych lub przez organizacje, które narodu nie reprezentowały? Czesław Miłosz pisał w „Rodzinnej Europie”: „Odpowiedzialność zbiorowa to zbrodnia”. W tych słowach autor zawarł istotę mądrości, jaką Europejczycy zdobyli olbrzymim kosztem rewolucji klasowej i wojen między narodami. Ocenił XX-wieczne ideologie (nacjonalizm, rasizm, komunizm), usiłujące scalić jednostki w kolektywną jaźń.
W czasie moich studiów uniwersyteckich (przełom lat 50. i 60.) najbardziej słuchani profesorowie – oboje Ossowscy, Baczko, Kołakowski – byli oświeceniowcami. Przeciwstawiali się oni poglądowi, który w dzisiejszych dyskusjach teoretycznych nazywa się „esencjalistyczną koncepcją narodu”, a popularnie w Polsce koncepcją endecką. Nacjonalistycznej ideologii przeciwstawiali ideę narodu obywatelskiego, republikańskiego, uznającego autonomię jednostki i jej moralny prymat. Odmawiano narodowi podmiotowości moralnej, w której ginęłaby jednostka ze swoim sumieniem i swymi „prawami człowieka”. W literaturze to stanowisko najradykalniej wyrażał Witold Gombrowicz. W następnych latach prawie niepostrzeżenie zachodząca ewolucja zepchnęła idee oświeceniowe na margines, do roli „ideologii dominującej” wyniosła romantyczny irracjonalizm, polityczny katolicyzm i tak zwaną endecką, ale znacznie trywialniejszą niż u pierwszego pokolenia „endeków” koncepcję narodu.
Jakie założenie, jaką koncepcję narodu trzeba przyjąć, aby dać podstawę lub przynajmniej uczynić zrozumiałym pojęcie narodowej winy, odziedziczonej przez ludzi porządnych po jedwabińskim motłochu? „Jestem Polakiem – to znaczy, że należę do narodu polskiego na całym jego obszarze i przez cały czas jego istnienia zarówno dziś, jak w wiekach ubiegłych, (…) czuję swą ścisłą łączność z całą Polską (…), która bądź cierpi prześladowanie, bądź cieszy się strzępami swobód narodowych (…), bądź gnuśnieje w bezczynności, bądź w ciemności swej nie ma nawet poczucia narodowego istnienia; z przeszłą – z tą, która przed tysiącleciem dźwigała się dopiero, skupiając koło siebie pierwotne, pozbawione indywidualności politycznej szczepy, i z tą, która (…) grzęzła w cywilizacyjnym zastoju, gotując sobie rozkład sił narodowych i zagładę państwa. Wszystko, co polskie, jest moje: niczego się wyrzec nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to, co jest w nim marne”. Co mnie nie przestaje dziwić: kto dziś domaga się kolektywnego, narodowego dziedziczenia win, nie odwołuje się do zacytowanego właśnie Romana Dmowskiego, rozciągającego odpowiedzialność narodową aż na „pozbawione indywidualności politycznej szczepy”. Przeciwnie – będzie raczej twierdził, że naród jest niedawnym wytworem nacjonalizmu, a może nawet niemieckiej literatury romantycznej. I ta fikcja ideologiczna posiada moc wikłania nas w zbiorową winę? Narodowy kolektywizm został niebywale spotęgowany, ale nie chce nazywać się nacjonalizmem.

Wydanie: 27/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy