O „żołnierzach wyklętych” inaczej

O „żołnierzach wyklętych” inaczej

Barbarzyńca to człowiek wierzący w barbarzyństwo.
Claude Lévi-Strauss

Debaty o tzw. żołnierzach wyklętych stały się w naszym kraju tematem politycznym. Jest to chore i świadczy o głębokiej schizofrenii trawiącej polskie elity: polityczne, medialne, kulturowe itd. Historia, ponad 50 lat po tych wydarzeniach, winna być przedmiotem refleksji i badań naukowców. Ewentualnie powodować chwile zadumy nad różnymi kolejami losów ludzi i ich wyborami. Jednak my, Polacy, politykę nadal chcemy deklamować z tomikami Mickiewicza i Słowackiego w ręku (jak mówił Stanisław Cat Mackiewicz – żaden idol dla człowieka lewicy). I to jest jeden z klasycznych przykładów, jakże licznych z naszej historii nowej, starszej i tej dawnej, kiedy romantyzm, mesjanizm i misjonizm (to dwie różne kategorie i przeznaczone dla różnych odbiorców), wybujałe emocje oraz wańkowiczowskie „chciejstwo” porządkują polską debatę publiczną, kształtując politykę zewnętrzną i wewnętrzną. Modelują je kastrując z racjonalności, pragmatyzmu oraz realizmu. A wszystko pod flagami patriotyzmu, biało-czerwonej tromtadracji, napuszonych min, bo Bóg, Honor, Ojczyzna zawsze nam muszą przyświecać, a Jezus był Polakiem i na dodatek – królem państwa polskiego.

Historia, ta nauczycielka życia, mądrego, refleksyjnego, krytycznego i racjonalnego człowieka utwierdza w przekonaniu, iż życie materializuje się w barwach szarych, w kolażach i rozmazanych pastelach (niczym na obrazach impresjonistów). I dotyczy to również ludzi oraz ich życiowych wyborów, uzależnionych od sytuacji, w jakiej mają one miejsce, oraz opinii na temat owych wyborów, na co niewątpliwy wpływ ma heglowski „duch czasów” (Zeitgeist). W sekwencji biało-czarno widzą rzeczywistość fanatycy, ortodoksi, dogmatycy i sekciarze różnych maści.

Zwłaszcza dotyczy to lat wojny i czasów po niej. Wojna uwalnia to, co najgorsze w człowieku, anuluje dotychczasowe zahamowania moralne, unieważnia formalne i nieformalne relacje międzyludzkie. Purytanin, ortodoksa, fundamentalista tego nie widzi, nie rozumie, gdyż w swoim zaperzeniu, nienawiści do wszystkiego co inne, egoizmie nie potrafi przekroczyć tego, co najistotniejsze w człowieku – humanistycznie pojmowanego człowieczeństwa.

Tzw. żołnierze wyklęci, którzy w wielu wypadkach byli pospolitymi rzezimieszkami, rabującymi i zabijającymi z przyzwyczajenia (innej formy bytowania nie znali, a poza tym cień przeszłość i echo tej „zbójeckiej profesji” tak zaciążyły na ich osobowości, iż już inaczej nie potrafili żyć, nie mogli się z racji zbrodni, które na nich ciążyły, z niej wycofać), to w wielu wypadkach postacie tragiczne. Jak z Szekspira. Tamten czas – lata wojny i tuż po niej – to niezwykle skomplikowany okres w naszej historii. Dokonywał się wówczas – jak to przedstawia plastycznie i przystępnie Andrzej Leder w swym bestsellerze pt. „Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej” – niezwykły proces polityczny, społeczny, kulturowy, ekonomiczny, demograficzny i własnościowy na terenach między Odrą i Nysą Łużycką a Dniestrem, Zbruczem i Niemnem. To musiało boleć. Jak przy okazji każdej rewolucji, które mają zawsze swoją dynamikę, prawidłowości, strukturę i ducha. Proste, ujęte bezproblemowo, religijne niemal, biało-czarne klisze absolutnie do opisu i kategoryzacji wyborów z owych czasów nie pasują. Świadczyć mogą wyłącznie o prostactwie, bezrefleksyjności, ignorancji czy złej woli. I politycznej – w tych wypadkach – manipulacji, tym bardziej obrzydliwej, że dotyczy to ofiar, czynów niegodnych człowieka, świadczących nader często o zbydlęceniu i pospolitej dehumanizacji.

Polscy, bezkrytyczni, impregnowani na argumenty racjonalne i odporni na źródłowe dowody czciciele owych „wyklętych” nie dopuszczają do siebie jakiejkolwiek innej narracji na temat swoich idoli. Musi to być czołobitność, hagiografia, bałwochwalstwo, nieskazitelna utopia. Święci, wzięci żywcem do raju. Ich intencje zawsze były czyste, stale nawiedzał ich Duch Święty, a z nim miłość do Ojczyzny, Narodu i szacunek do prawowiernych Polaków. To klasyczny, modelowy wizerunek sekty.

Gdy widzimy i słuchamy np. posła o ksywie Pan Jenot, który z sejmowej trybuny wychwala wyczyny swego dziadka, „żołnierza wyklętego”, przy okazji lżąc przodków innych parlamentarzystów, mówiąc coś o wolności, prawie do wypowiedzi i swobodzie wyborów, rodzi się dylemat: czy taliban, religijno-polityczny fundamentalizm, fanatyzm i nienawiść są już istotą polskiego życia publicznego? Nie może być więc zdziwienia, że publicznie się w Polsce „heiluje”, rekordy popularności biją tatuaże z symboliką faszystowsko-nazistowską, hasła rasistowskie i ksenofobiczne są normą podczas publicznych manifestacji, a szowiniści i skrajni nacjonaliści zasiadają w polskim parlamencie.

Tę garść refleksji o jakości naszego życia publicznego chciałbym podsumować – choć nie mam złudzeń, iż wzbudzi ona jakąkolwiek zadumę wśród czcicieli tzw. żołnierzy wyklętych – tezą zasadniczej wagi. Do tej pory nie formułował jej nikt (o ile mnie pamięć nie myli) w ten sposób: jeśli „wyklęci” strzelali i zabijali (często w okrutny i bestialski sposób) żołnierzy Armii Czerwonej i Wojska Polskiego (o ludności cywilnej, kobietach, starcach, dzieciach, Żydach i innych mniejszościach narodowych oraz politycznie zakwalifikowanych przeciwnikach już nawet nie wspominam), idących we wspólnym froncie przeciwko III Rzeszy w ramach koalicji antyhitlerowskiej, to czyimi sprzymierzeńcami de facto byli? Stawiając to pytanie po prostu idę tropem czcicieli i admiratorów takich działań „leśnych ludzi” zwanych „wyklętymi”, którzy zarówno historię, jak i ludzkie wybory widzą wyłącznie w konwencji TAK – NIE. Mamy więc taką oto alternatywę: po jednej stronie stoją sojusznicy walczący z niemieckim nazizmem, po drugiej stronie – wojska III Rzeszy i…

Odpowiedzcie sobie sami, czciciele i admiratorzy „żołnierzy wyklętych”, ale bez żadnych upiększeń i intelektualnych wygibasów, moralizatorstwa i tłumaczeń. Wedle schematu, jaki narzucacie swoim interlokutorom. TAK – NIE, BIEL – CZERŃ.

Wydanie:

Kategorie: Od czytelników

Komentarze

  1. jea895751
    jea895751 28 lutego, 2018, 12:29

    Panie Radosławie głowa do góry!!- jest wielu TAK myślących,przeczekajmy pożogę pisowców ,odsuńmy ich od niszczenia Ojczyzny , przyjdzie czas oczyszczenia z żarynów- płożańskich,zyberdowiczow i innych darmozjadów kraju nadwiślańskiego, przywrócimy pamięć i godność naszym ojcom , dziadkom i pradziadkom — a „wyklęci żołdacy naczelnika” pójdą pod Wawel prosto w jego mroczne lochy!!

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radoslaw
      Radoslaw 4 marca, 2018, 15:53

      Mimo ogarniającego mnie poczucia bezsilności, mam nadzieję, że przynajmniej na starość będę mógł przyjechać do kraju, gdzie ludzie będą się spierać i dyskutować, używając liczb i twardych faktów. Gdzie, wytykając sobie błędy przeszłości, wezmą też pod uwagę okoliczności łagodzące, realia czasów, kiedy do tych błędów dochodziło. Obecni „politycy historyczni” z zaciętymi gębami (bo twarzami tego nazwać się nie da) szermują określeniami typu: zdrajcy, kolaboranci systemu sowieckiego, całkowicie ignorując fakt, w jakich czasach przyszło żyć owym „kolaborantom” i jakich ogromnych zasług dokonali dla państwa i narodu – a nie „systemu”. Kiedy IPN „zdekomunizował” pierwszego powojennego rektora Uniwersytetu Wrocławskiego, to już przelało czarę mojej goryczy. Jak trzeba być podłym, żeby degradować człowieka, który w obliczu kolosalnych strat intelektualnych, jakie Polska poniosła w wyniku II w.św., podjął wysiłek odbudowy tak kluczowej dziedziny życia narodu, jak nauka i edukacja? Ale należał do „niesłusznej” partii…
      Zgodnie z tą „logiką”, ja mając całkowicie „niesłuszne” (a wkrótce zapewne karalne w Polsce) poglądy, też nie jestem godzien, aby służyć Polsce wieloletniem doświadczenim zawodowym naukowca i inżyniera. Zresztą, od jakiegoś czasu przestałem służyć. Pracując w ośrodku badawczym na tzw. Zachodzie przyjmowałem kiedyś pod opiekę polskich studentów, dzięki czemu uzyskiwali dobre, rozpoznawalne na świecie dyplomy inżniera. A zaprzestalem tego ponieważ, widząc jak tresuje się młodych Polaków w nienawiści do „komuny”, nie chcę trafić na kogoś, kto zacznie lżyć pamięć i dokonania pokolenia moich dziadków i rodziców. Po prostu, jako człowiek, nie byłbym w stanie uczciwie i bezstronnie oceniać takiej osoby, a to byłoby nie do pogodzenia z moją etyką zawodową. Nie chcąc stanąć w obliczu konfliktu sumienia i profesjonalizmu, zakończyłem więc tę działalność.

      Kłaniam się.

      Odpowiedz na ten komentarz
      • sojnowski
        sojnowski 28 marca, 2018, 01:56

        Nie tylko Pana ogarnia bezsilność. Myślę podobnie jak wielu innych, że historycznego narodu Polskiego już nie ma na tym globie. Mnóstwo za to folksdojczy i kosmopolitów korporacyjnych, świadomych lub nie.

        Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy