Odczarowujemy hasło katolewica

Odczarowujemy hasło katolewica

Język społecznego chrześcijaństwa i język społecznej lewicy to dwa różne kody. Staramy się wykonywać pracę tłumaczy

Jezus był pierwszym socjalistą. Czy środowisko „Kontaktu”, definiujące się jako katolewica społeczna, podpisałoby się pod tym zdaniem?
– Raczej nie. Nazaret dzieli od Trewiru kilka tysięcy kilometrów, a Jezusa od Marksa – kilkanaście stuleci. Stwierdzenie, że Jezus był socjalistą, jest do tego stopnia ahistoryczne, że więcej chyba zaciemnia, niż rozjaśnia. Nie sądzę też, by niosło ze sobą jakiś szczególny potencjał polityczny w społeczeństwie, w którym słowa „socjalizm” – zresztą nie bez przyczyny – używa się w sposób nacechowany negatywnie. Gra toczy się o zbyt wysoką stawkę, żeby sprowadzać ją do poziomu facebookowych memów.

Zarazem jednak za tym stwierdzeniem kryje się kilka trafnych przeczuć. Po pierwsze, działalność Jezusa miała charakter polityczny. Podążali za nim przede wszystkim wyzyskiwani chłopi i miejska biedota, a on sam nieustannie konfrontował się z przedstawicielami politycznych i religijnych elit, co ostatecznie zaprowadziło go na krzyż. Po drugie, uwagę zwraca uniwersalizm jego nauczania, który w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie rozszerza zakres pojęcia bliźni na wszystkich ludzi, bez względu na ich tożsamość kulturową, polityczną i religijną. Szczególne znaczenie ma fakt uznania przez niego podmiotowości kobiet, co było wyzwaniem rzuconym zwyczajom panującym w patriarchalnym społeczeństwie. Wreszcie po trzecie, Jezus ponad wszelką wątpliwość kierował się tzw. opcją na rzecz ubogich, która ma bardzo długą tradycję biblijną. Kiedy na początku działalności publicznej definiował swój program, mówiąc, że został posłany, aby „głosił więźniom uwolnienie i niewidomym przejrzenie”, aby „uciśnionych wypuścił na wolność i ogłosił rok miłosierdzia Pana”, nie były to tylko metafory.

Konsekwentny chrześcijanin powinien mieć zatem lewicowe poglądy społeczno-gospodarcze?
– Myślę, że tak, choć pytanie, co i dla kogo to znaczy. Język społecznego chrześcijaństwa i język społecznej lewicy to dwa różne kody. Mimo że nie brakuje w nich wzajemnych zapożyczeń, ich użytkownicy stracili do tego słuch, bo w ostatnich dekadach dość rzadko mieli okazję ze sobą rozmawiać. W tych warunkach nasza redakcja stara się wykonywać pracę tłumaczy.

Choćby opcja na rzecz ubogich. Jeśli kojarzy ci się ona z działalnością charytatywną, to tylko dlatego, że polski katolicyzm zagubił społeczny i ekonomiczny wymiar chrześcijaństwa. Teologowie wyzwolenia, którym w Kościele jedną ręką grożono, a drugą od nich przepisywano, stawiali sprawę jasno: nie można uwolnić człowieka od grzechu, jeśli nie uwolni się go także od nędzy, wykluczenia i podporządkowania. Zresztą zostawmy teologów wyzwolenia i sięgnijmy do Pisma Świętego. Pięcioksiąg projektuje wiele instytucji, które miały stać na straży interesów osób najuboższych: zniesienie prywatnej własności ziemskiej, ograniczenie niewoli za długi, opodatkowanie na cele socjalne w postaci dziesięciny i pokłosia. To wszystko ma znacznie więcej wspólnego ze społeczną sprawiedliwością niż z miłosierdziem.

Jakie kwestie społeczne powinny być przedmiotem szczególnej wspólnej troski katolików – również tych, którzy identyfikują się z prawicą – oraz lewicy, także radykalnie świeckiej?
– Jeżeli mówiąc o prawicowych katolikach, masz na myśli konserwatystów, to najważniejszym obszarem współpracy byłaby chyba polityka ekologiczna. Myślę, że wywiad z eksministrem Janem Szyszką pod tytułem „To ja jestem ekologiem”, który ukazał się w wysokonakładowym „Gościu Niedzielnym” mniej więcej wtedy, gdy harwestery rozjeżdżały Puszczę Białowieską, nie jest ostatnim słowem polskiego katolicyzmu na ten temat. Ostatecznie wszyscy, a w największym stopniu ubodzy, ponosimy konsekwencje zmian klimatycznych i zanieczyszczenia środowiska naturalnego. Przekonuje o tym w encyklice Laudato si’ papież Franciszek i wydaje się, że polski Kościół daje się do tego przekonać.

Już trzy lata temu biskupi czterech śląskich diecezji napisali wartościowy list dotyczący jakości powietrza. O ile więc nie spodziewałbym się, że konserwatywni katolicy zaczną utrudniać polowania i przykuwać się do drzew ramię w ramię z lewicowymi ekologami, o tyle nie zdziwiłbym się, gdyby spotkali się z nimi na gruncie tzw. sprawiedliwej transformacji energetycznej. Ani jedni, ani drudzy nie byliby pewnie tym spotkaniem zachwyceni, ale przecież nie o to chodzi.

Porozmawiajmy o tym, jakie zadania dla państwa, Kościoła instytucjonalnego oraz ludzi wierzących wypływają z katolewicowej wizji dobrego społeczeństwa.
– Zygmunt Bauman, który na swój sposób wyrażał treści bliskie społecznie zaangażowanemu chrześcijaństwu, napisał w jednej z książek, że tak jak „udźwig mostu mierzy się siłą udźwigu najsłabszego przęsła”, tak też „ludzką jakość społeczeństwa należałoby mierzyć jakością życia jego najsłabszych członków”. Myślę, że to niezły przekład opcji na rzecz ubogich na język politycznej lewicy, choć oczywiście nie wyraża on teologicznej głębi tego pojęcia.

Co z tego wynika? Dla państwa – obowiązek dbania o spójność społeczną, o ograniczanie skali nierówności ekonomicznych, o powszechną dostępność wysokiej jakości usług publicznych, o przestrzeganie praw najsłabszych członków społeczeństwa. Dla Kościoła – zadanie przypomnienia sobie o nierozerwalnym związku między sprawami społecznymi a sprawami wiary, zadanie utwierdzania ludzi wierzących w przekonaniu, że każdy wybór ekonomiczny ma również wymiar moralny, zadanie reprezentowania osób pozbawionych politycznej reprezentacji: uchodźców, imigrantów, bezdomnych. Dla chrześcijanina – wezwanie do podjęcia osobistego zaangażowania na rzecz ubogich i wykluczonych, których „zawsze mieć będziemy”, nawet jeśli państwo i Kościół będą wywiązywać się ze swoich zobowiązań.

PiS odwołuje się do wartości chrześcijańskich, jak i do aktywnej roli państwa w zmniejszaniu nierówności, do solidaryzmu społecznego itd. Bliżej wam do tego ugrupowania niż do pozostałych liczących się partii?
– Nie. Figurami najsłabszych członków społeczeństwa byli w Starym Testamencie wdowa, sierota i przybysz. Polityka rządu PiS w stosunku do współczesnych przybyszów woła o pomstę do nieba. Nie chodzi jedynie o nieprzyjęcie uchodźców, nawet za pośrednictwem korytarzy humanitarnych, lecz także o towarzyszącą temu narrację, która nakręciła i de facto zalegalizowała spiralę przemocy motywowanej ksenofobią. Przysłuchując się wypowiedziom Jarosława Kaczyńskiego („Są już przecież objawy pojawienia się chorób bardzo niebezpiecznych i dawno niewidzianych w Europie”), Jarosława Gowina („Mamy prawo, każdy naród, każda cywilizacja, w tym przypadku cywilizacja europejska, bronić się przed zagładą”) czy Mariusza Błaszczaka („Przyjmowanie uchodźców zaprowadzi Polskę do katastrofy społecznej”), nie sposób pomyśleć o politykach rządzącej prawicy inaczej niż jako o „handlarzach strachu”. Ewangelia jest w tej sprawie jednoznaczna: „Byłem tułaczem, a przyjęliście mnie”. Jak w tym kontekście mogłoby nam być blisko do PiS?

Część lewicy chwali politykę społeczną tej formacji.
– Problem w tym, że jest ona adresowana wyłącznie do obywateli sytuujących się w granicach arbitralnie przyjętej „normy”. Nie mieści się w niej np. samotna matka, której rzeczniczka PiS radziła, by „ustabilizowała swoją sytuację rodzinną i miała więcej dzieci, tak aby móc na świadczenie się załapać”. W tym sensie prawicowa polityka społeczna może mieć wymiar raczej dyscyplinujący niż emancypacyjny. Orbánowskie Węgry, które jedną ręką stygmatyzują odchylenia od normy (np. kryminalizując bezdomność), drugą zaś je stymulują za pomocą bardzo selektywnej polityki społecznej, mogą służyć za niewyczerpane źródło inspiracji.

Wreszcie socjalnym programom prawicy towarzyszy język konfliktu raczej tożsamościowego niż ekonomicznego. To opowieść, w której „polski kapitał” ściera się w nierównym boju z „obcym kapitałem”, pomijając rozbieżności między interesami polskich pracodawców i polskich pracowników.

Spróbujmy zatem wyobrazić sobie lewicowo-chrześcijańską alternatywę dla PiS. Glebą, na której w Ameryce Południowej wyrosła teologia wyzwolenia, były skrajnie niesprawiedliwe stosunki społeczne oraz żarliwa religijność. Kolejnym jej fundamentem stali się męczennicy, zwłaszcza duchowni zamordowani przez prawicowe reżimy. Na jakich społecznych i symbolicznych podstawach mogłaby się opierać polska lewica chrześcijańska o zasięgu szerszym niż katolickie elity intelektualne?
– To bardzo ciekawe zagadnienie. Jeśli chodzi o kontekst społeczny, to obszarem wymagającym uwagi są stosunki pracy. Refleksja księży robotników z Jakiem Loewem na czele, następnie dominikanów Lebreta i Chenu i wreszcie papieża Jana Pawła II w dialogującej z młodym Marksem encyklice Laborem exercens należy już do innej epoki. Mierzymy się dziś z nowymi problemami: prekaryzacją pracy, migracjami zarobkowymi, zjawiskiem tzw. pracujących ubogich. Kościół, który nie sięgnie po narzędzia nauk społecznych, ani tych problemów nie zrozumie, ani nie przyłoży ręki do ich rozwiązania, ani nawet nie będzie faktycznie towarzyszył ludziom w nie uwikłanym, nawet jeśli tak będzie mu się wydawało.

Innym takim obszarem jest sytuacja kobiet. Jest on zresztą pośrednio związany z poprzednim, bo nie sposób ignorować nierówności płacowych oraz ukrytej pracy wykonywanej przez kobiety w domach. Chodzi jednak o coś więcej: o kulturę męskiej dominacji, która nie musi wcale przyjmować jawnie przemocowej formy, którą obnażyła akcja #MeToo, żeby pozostawać strukturą przemocy. Nie daje się ona pogodzić z emancypacyjnym przesłaniem Ewangelii, z czego polski Kościół, bardzo niechętny teologii feministycznej, prędzej czy później będzie musiał zdać sobie sprawę.

A kontekst symboliczny?
– Jeden tylko przykład. Religijność maryjna, która w katolickich elitach intelektualnych budzi zazwyczaj mieszaninę wyrozumiałości i zażenowania, pełniła ważną funkcję w nieistniejącej już kulturze ludowej. Ta sama Matka Boska, którą wyobrażano sobie jako dobrą panienkę z dworu, wstawiającą się za skrzywdzonymi chłopami, dziś z powodzeniem może być figurą sprawczej feministki. „Strącił władców z tronów, a pokornych wywyższył, głodujących nakarmił do syta, a bogatych pozbawił wszystkiego” – to wyznanie wiary Marii spisane przez Łukasza Ewangelistę. Pismo dostarcza zresztą wielu innych przykładów kobiet, które nie tylko się wyemancypowały, lecz także odegrały pierwszoplanowe role w historii zbawienia: Debora, Rut, Estera…

„Kontakt” to więcej niż drukowane czasopismo.
– Gazeta ma dwa wydania, papierowe i internetowe (www.magazynkontakt.pl), nad którymi pracuje łącznie kilkadziesiąt osób. Przede wszystkim jednak jesteśmy zaangażowanym środowiskiem, które nie tylko wydaje pismo, lecz także organizuje wydarzenia intelektualne i kulturalne. Największym takim wydarzeniem, towarzyszącym zeszłorocznym obchodom naszego dziesięciolecia, był pokój zagadek (escape room) pod hasłem „Ucieczka z biedy”, który stworzyliśmy w jednym z tzw. domków fińskich na warszawskim Jazdowie. Była to oczywiście prowokacja, bo po rozwiązaniu przygotowanych zadań uczestnicy trafiali z powrotem do pomieszczenia, w którym rozpoczynali grę. Okazywało się, że uciec z biedy jest bardzo trudno.

Za pomocą zagadek opracowanych z grupą ekspertów staraliśmy się wskazać największe trudności, które napotykają ludzie doświadczający ubóstwa: niestabilne i niskopłatne zatrudnienie, wykluczenie mieszkaniowe, zwijający się transport publiczny. Zależało nam, by nie strywializować tych problemów, dlatego ciąg pomieszczeń kończył się wystawą edukacyjną. „Ucieczka z biedy” spotkała się z bardzo pozytywnym przyjęciem. Najbardziej zapadł mi jednak w pamięć poseł Kukiz’15, który odwiedził nasz escape room wraz z ekipą TVN. Uczestnictwo w grze skłoniło go do jednej tylko refleksji: trzeba obniżyć akcyzę na paliwo…

Zastanawiam się, jak wasze wysiłki mogą się przełożyć na zmianę społeczną. Katolicka inteligencja nie ma zbyt wielkiego wpływu na hierarchów, podejmowane przez nią tematy nie stają się przedmiotem dyskusji osób wierzących itd. Bycie kuźnią kadr dla przyszłych rządów, co udało się niektórym pismom konserwatywnym, też wam raczej nie grozi.
– Nie da się ukryć. Krok po kroku staramy się jednak zmieniać atmosferę panującą w polskim Kościele. Podejmujemy tematy, które za naszym pośrednictwem trafiają później na łamy większych mediów katolickich. Wraz z nimi staramy się przekazywac także pewną społeczną wrażliwość, z którą o opowiadamy o tych problemach. Jakąś miarą naszej skuteczności może być to, że konsekwentnie odczarowujemy hasło katolewica, z którym zaczyna się identyfikować rosnąca, choć wciąż oczywiście niewielka, grupa polskich chrześcijan.

Staramy się również być łącznikami Kościoła z lewą stroną światopoglądowej barykady. Prędzej czy później zapłaci on bardzo wysoką cenę za polityczny deal z rządzącą prawicą, która religię traktuje instrumentalnie. Bardzo byśmy chcieli, żeby chrześcijaństwo – nie mylić z plemienną tożsamością, która nie przeszkadza polskiemu katolikowi wyzyskiwać swojego pracownika, wyrzucać z autobusu bezdomnego i życzyć śmierci uchodźcy – przetrwało tę nadchodzącą katastrofę.

Czy obecny pontyfikat przekłada się na wzrost nastrojów prospołecznych w łonie polskiego katolicyzmu?
– Tematy społeczne i ekonomiczne, które jeszcze kilka lat temu były na marginesie zainteresowania mediów katolickich, nie wspominając nawet o listach pasterskich Episkopatu, podejmowane są dziś znacznie częściej. Nauczania papieża nie można zignorować; można je przyjąć albo odrzucić. Zresztą to ostatnie również coraz częściej się dzieje. Lektura komentarzy pod popularnymi omówieniami wystąpień Franciszka jeży włosy na głowie. Wielu polskich katolików jest w szoku, bo przez lata nikt im nie przypominał, co powinno z ich katolicyzmu wynikać oprócz uczestnictwa w niedzielnej mszy, jasnego stanowiska w sprawie aborcji i dumy z papieża Polaka.

Wielu księży stara się przeczekać pontyfikat Franciszka, licząc na to, że później wszystko wróci do „normy”. Nie wróci. Papież nominuje kolejnych kardynałów pochodzących z miejsc, w których kwestie społeczna i ekologiczna nie są tematem publicystycznych czy akademickich debat, lecz częścią świata przeżywanego przez żyjących tam chrześcijan. To właśnie ci kardynałowie wybiorą następnego papieża.

Wydanie: 36/2018

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Politolog 59
    Politolog 59 3 września, 2018, 23:05

    Tylko efektów tych działań nie za wiele.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Robert Kmicic
    Robert Kmicic 9 września, 2018, 12:38

    Mamy do czynienia z dwiema ideologiami: komunizm, chrześcijaństwo. Pierwsza ideologia upadła, a druga broni się „rękami i nogami”, ale upadek jest pewny. Nadejdzie coś nowego – dostosowanego do nowych czasów i aktualnego stanu rozwoju cywilizacji.
    Taka jest natura ideologii i religii. Stare upadają, a powstają nowe.
    Prawdziwy Bóg nie przejmuje się tym, że ludzie wymyślają kolejne religie i tworzą Pisma Święte opisując Boga w połowie, jako zbrodniarza, a w drugiej połowie, jako dobrego.

    ____
    To ważne, że próbuje się opisywać religię z trochę innego punktu widzenia.
    Jednak, aby było obiektywniej, to trzeba wyjść całkiem z kręgu wpływu religii i tradycji na racjonalne postrzeganie

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Chilon Chilonides
      Chilon Chilonides 9 września, 2018, 22:20

      Panie Kmicic „upadek chrzescijanstwa” jest gloszony od okolo 2000 lat a w miedzy czasie upadly wielkie imperia i rozne ideologie ktorych celem byla walka z nim – a chrzescijanstwo trwa i mam nadzieje ze bedzie trwalo do konca.

      Odpowiedz na ten komentarz
      • Paweł
        Paweł 19 września, 2018, 15:56

        No trwa bo sprzymierzyło się przez wieki z tronem i razem z nim brało udział w podbojach (który papież potępił podboje w Ameryce?),mordach(przymusowe nawracanie itd) tylko czy to ma cokolwiek wspólnego z chrześcijaństwem?

        Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „Robert KmicicAnuluj pisanie odpowiedzi