Olimpijskie ufoludki

Olimpijskie ufoludki

Na zimowych igrzyskach olimpijskich Rosjanie startowali w jakichś dziwnych koszulkach, nie mieli prawa ani do flagi nad podium, ani do hymnu państwowego. Poniekąd byli zresztą nie Rosjanami, a przedstawicielami komitetu olimpijskiego, czy jak kto sobie przetłumaczy ten urzędowy potworek. Obiecano im, że przynajmniej na uroczystości zakończenia igrzysk będą mogli wyjść pod własną flagą, ale w ostatniej chwili do sprawy wmieszał się jakiś ultras i obiecanki spaliły na panewce. Rzecz jasna sprawozdawcy (nawet polscy!) nie łamali sobie języka jakimiś „przedstawicielami”, dzięki czemu np. w finale hokeja na lodzie w eterze grali normalni Rosjanie z normalnymi Niemcami, a dopiero w hali, gdzie wręczano medale, Rosjan znowu nie było. Chodziło ponoć o napiętnowanie zorganizowanego dopingu, ale ci Rosjanie, którzy przezornie w ostatniej chwili zmienili obywatelstwo na słowackie, koreańskie itp., nie mieli już żadnych problemów, jakby z księżyca spadli. Dotyczy to także całych reprezentacji, np. Kazachstanu, Uzbekistanu, Ukrainy, których szkoleniowcy i opiekunowie medyczni też nigdy nie mieli nic wspólnego z Rosją, Federacją Rosyjską ani ZSRR.

Podczas gdy jednych karzą, innym niczego się nie zarzuca. I tak na wszelakich mistrzostwach, w tym światowych, startują słusznie pod własnym sztandarem młodzi Rosjanie, którym konkretnie nic nie udowodniono – siatkarze, piłkarze obojga kończyn, gimnastycy, bokserzy itd. W lekkoatletyce zależy to od imprezy. Na jednych pojawiają się Rosjanie, na drugich „przedstawiciele”, czyli ufoludki. Żeby hipokryzja była jeszcze większa, dopingowa odpowiedzialność zbiorowa dotyczy wybiórczo tylko Rosjan. Najsłynniejsze w ostatnich latach przypadki zdemaskowanego, zorganizowanego szprycowania się niedozwolonymi środkami dotyczą amerykańskich kolarzy z zawodowej amerykańskiej drużyny. Nie przeszkadza to w niczym, by chłopcy ze Stanów Zjednoczonych występowali na mistrzostwach świata cyklistów w narodowych koszulkach, a gdyby im się udało, staliby pod gwiaździstym sztandarem, wysłuchując tego, co zawsze. Nie inaczej jest np. z etiopskimi, erytrejskimi czy też kenijskimi biegaczami, tyle że tutaj dochodzi rodzaj wielkopańskiego współczucia. Lepiej nie wnikać zbyt szczegółowo w ich metody treningowo-medyczne, gdyż wobec tragedii, jaka jest udziałem tych narodów, nie należy odbierać im tej jedynej sportowej satysfakcji. Rozwiązujemy ewentualnie problem inaczej i kupujemy biedaków, ale już ukształtowanych i przygotowanych wyczynowo, by stali się Saudyjczykami, Brytyjczykami, Katarczykami, Szwedami. Naturalizowani Afrykanie walczą z byłymi rodakami jak równi z równymi, dzięki czemu na tablicy wyników mamy nie: 1. Etiopczyk, 2. Etiopczyk, 3. Etiopczyk, ale: 1. Anglik, 2. Etiopczyk, 3. Saudyjczyk, co jest znacznie mniej rażące dla naszych wrażliwych duszyczek i wiary w czystość i szlachetność sportu.

Uważny obserwator zda sobie przy tym szybko sprawę, że dziwnym trafem poza pojedynczymi szczególnie skandalicznymi przypadkami fale uwrażliwienia na doping w sporcie nie są jakoś dziwnie związane ze zwiększeniem się liczby odkrytych wykroczeń czy pojawieniem się nowych niedozwolonych środków, ale nieporównanie więcej z polityką i globalną ekonomią. Nie będę wspominał czasów króla Ćwieczka, kiedy sportowcy z NRD równych sobie nie mieli, a Czeszka Kratochvílová śrubowała w biegach rekordy do dzisiaj niepobite. Wiadomo, inny był świat z murami i żelaznymi kurtynami, choć kontrole antydopingowe już w nim istniały. Jednak jeszcze niewiele lat temu, przed igrzyskami w Pekinie, mówiło się o tym, że warto by precyzyjnie kontrolować sportowców Państwa Środka. Dzisiaj już takie głupstwa nikomu do głowy nie przychodzą. „Chińczyki mają rozum, choć daleko siedzą”, to było i wtedy wiadomo, ale gdy się okazało, że i konta w bankach mają, gadanie przycichło. Podobnie z roponośnymi krajami, które w upale i bez publiczności (od kiedy tu o zwykłych ludzi chodzi?!) zorganizują nam mistrzostwa świata w piłce nożnej.

W sprawie kontroli dopingowych rosyjskich sportowców Putin zgodził się na daleko idące ustępstwa. Za Gorbaczowa panowało w tym względzie przyzwolenie dla wszelkich szarlatanów medyczno-sportowych i doping kwitł. Ale Gorbaczowa lubiliśmy, bo dzielnie rozbijał Rosję, więc nieładnie byłoby się mu uprzykrzać. Norweska biegaczka narciarska zbierała łopatą medale, pożytkując się zakazanym dla innych sportowców lekarstwem na astmę (ponoć naprawdę ją miała, ale ścigać się nie musiała). Nikt złego słowa nie powiedział, bo komu szkodzi Norwegia z takimi pięknymi fiordami, organizująca przy tym tysiące imprez, z których Międzynarodowa Federacja Narciarska ściąga swój haracz. Ale dosyć – Rosji to ostatecznie w niczym nie zaszkodzi. Podnosi się tylko dookoła poziom zakłamania, hipokryzji i politycznego karłowatego cwaniactwa. Cóż w tym jednak nowego? Wystarczy rozejrzeć się dookoła.

Wydanie: 12/2018

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma
Tagi: doping, Rosja, sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy