Pielgrzymów w tym roku nie będzie

Pielgrzymów w tym roku nie będzie

W Jerozolimie pustki, krążą pogłoski o zamknięciu na czas świąt bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem

Mieszkańcy Jerozolimy, którzy często w grudniu narzekają na tłumy przeciskające się ciasnymi uliczkami Starego Miasta czy krzyki sprzedawców na straganach z pamiątkami, w tym roku tęsknią za gwarem, uciszonym przez ograniczenia wprowadzone na czas pandemii. – W tym roku na pasterkę zamiast nawet 300 osób do kościoła przyjdzie może 20 – przewiduje mieszkający w Jerozolimie dominikanin ks. Paweł Trzopek.

Normalnie dyplomaci i inni cudzoziemcy, którzy zwykle uczestniczą w mszach u jerozolimskich dominikanów, wracaliby na święta do swoich krajów, a ich miejsce zajmowaliby pielgrzymi. – Na pasterkę przychodziły do nas głównie francuskojęzyczne grupy z Afryki. Jednak teraz cały ruch pielgrzymkowy jest zamrożony i nikt nie może wjechać – martwi się ks. Trzopek.

List biskupów bez odpowiedzi

Co roku do świętego miasta chrześcijan, żydów i muzułmanów przyjeżdża ok. 3,5 mln turystów i pielgrzymów. Muzułmanie odwiedzają miasto w różnym czasie, przede wszystkim, by udać się do meczetu Al-Aksa i Kopuły na Skale – miejsc dla islamu szczególnych. Teraz, w okresie świątecznym, żydzi z całego świata ściągają, by wspólnie zapalić chanukowe świece, chrześcijanie przybywają na Boże Narodzenie – do Jerozolimy, Betlejem i Nazaretu.

– W tym roku pandemia skutecznie blokuje nam wszelkie duże celebracje – mówi ks. Trzopek. Dominikanin mieszka w klasztorze za murami Starego Miasta, niedaleko Bramy Damasceńskiej. Na jego msze w języku francuskim przychodzą głównie dyplomaci, ale także kilka rodzin palestyńskich katolików. Dzisiaj w modlitwach w zamkniętym pomieszczeniu uczestniczyć może jedynie 10 osób, a 20, jeśli uroczystości odbywają się na świeżym powietrzu.

– Niedzielną mszę odprawiamy w krużgankach przed klasztorem, z jednej strony, żeby przestrzegać obostrzeń sanitarnych, ale z drugiej, żeby dać ludziom możliwość uczestnictwa w liturgii. Sami chodzimy w maseczkach w czasie mszy świętej – opowiada. Przyznaje, że jego społeczność, złożona w dużej mierze z przyjezdnych, odczuwa zmęczenie choćby tym, że nie mogą wyjechać i spotkać się z rodzinami. – Dla nich to duży ciężar, a często są to rodziny z małymi dziećmi. One nie potrafią zrozumieć, dlaczego muszą nosić maseczki albo nie mogą odwiedzić babci w święta.

Ograniczenia martwią też ks. Rafika Nahrę. – Mamy bardzo duże kościoły. W małych świątyniach takie ograniczenia mogą się sprawdzić, ale wyobrażasz sobie choćby bazylikę Zwiastowania w Nazarecie? – mówi. Ma na myśli jeden z większych kościołów na całym Bliskim Wschodzie, który mieści kilkaset osób.

Rafik Nahra od trzech lat jest wikariuszem apostolskim wspólnoty katolików języka hebrajskiego w Izraelu. To niewielka społeczność złożona głównie z osób, które zdecydowały się na konwersję na katolicyzm, zachowując przy tym część żydowskich obrządków religijnych. – W Jerozolimie, gdzie zwykle jestem podczas Bożego Narodzenia, społeczność hebrajskojęzyczna jest niewielka. A podczas świąt tylko połowa uczestniczących w mszach to chrześcijanie. Druga połowa to żydzi, którzy przychodzą, żeby zobaczyć, czym jest Boże Narodzenie. Łącznie w ubiegłym roku było nas ok. 150 osób.

W tym roku takie wizyty nie będą możliwe. Katoliccy biskupi napisali list do prezydenta Reuvena Rivlina, prosząc, by wpłynął na rząd w kwestii zmiany obostrzeń, aby liczba uczestników nabożeństwa zależała od wielkości świątyni. – Odpowiedź nadal nie przyszła, zobaczymy, co się stanie. Nie znaczy to jednak, że Izrael jest krajem antyreligijnym – zastrzega Rafik Nahra. – Wydaje się, że dla rządu ważniejsza jest w tym momencie walka z epidemią. A niektóre społeczności żydowskie czy Kościoły nie przestrzegały wcześniej obostrzeń, co przyczyniło się do wzrostu zachorowań.

Z nieprzestrzegania zaleceń Ministerstwa Zdrowia zasłynęły najbardziej żydowskie społeczności ultraortodoksyjne. Niedawno rabin Chaim Kaniewski wezwał dyrektorów szkół religijnych, by przyjmowały uczniów pomimo zakazów. A ostatnim głośnym przypadkiem rażącego łamania obostrzeń były uroczystości pogrzebowe rabina Aharona Hadasza, które odbyły się w Jerozolimie

3 grudnia. Choć w pogrzebach uczestniczyć może jedynie 20 osób, świat obiegły zdjęcia tysięcy chasydów idących w pochodzie, a nawet starć z policją.

Upadające sklepy

Rafik Nahra zauważa, że sytuacja w Izraelu jest szczególnie trudna dla migrantów i azylantów, dla których msze także prowadzi. – Wielu żyje wspólnie w małych mieszkaniach i w tym roku zwracali się do nas o pomoc. Muszą płacić wysokie czynsze, a obostrzenia utrudniają im pracę. Jeśli nie pracujesz i nie otrzymujesz pieniędzy, to jak możesz zapłacić?

Również Izraelczycy potracili źródła utrzymania. W niedawnym raporcie pozarządowej organizacji Latet (hebr. dawać) wyliczono, że w tym roku nawet 268 tys. nowych gospodarstw domowych spadło poniżej granicy ubóstwa. Aż trzech na dziesięciu obywateli Izraela nie ma dość pieniędzy. Wiele biznesów się likwiduje, zwraca uwagę mieszkający w Jerozolimie żydowski historyk Jonatan Zisook. – Dużo sklepów zostało zamkniętych na zawsze. W witrynach wiszą tabliczki informujące, że lokale są do wynajęcia. Niektóre sklepy zdecydowały się na obniżki cen nawet do 80%, bo są zmuszone zamknąć się w najbliższym czasie. Czynsz w Jerozolimie jest bardzo drogi.

Mimo to Jonatan podkreśla, że w mieście panuje pewien rodzaj podszytego frustracją optymizmu. Kawiarnie i restauracje nadal są zamknięte, ale na targi powoli wraca życie. Sprzedawcy oferują owoce i warzywa, mieszkańcy kupują jedzenie na wynos i istnieje przynajmniej minimalna turystyka krajowa. – Widzę wiele grup Izraelczyków przyjeżdżających do Jerozolimy. W kwietniu wszystko było bez życia, teraz sytuacja jest inna.

Jonatan przyznaje jednak, że brak chrześcijańskich pielgrzymów jest poważnym ciosem dla wszystkich, nie tylko w Jerozolimie. – Miejsca takie jak Betlejem właściwie zostaną zniszczone. Nie wiem, jak oni sobie w tym czasie radzą. Palestyński sektor turystyki, sklepy, restauracje w normalnym roku większość zarobków uzyskują właśnie w okresie świątecznym. W poprzednich latach trudno było w tym czasie poruszać się po ulicach, tyle się działo.

Katastrofa dla Palestyńczyków

Choć izraelskie hotele odnotowują ruch miejscowych turystów, dla Palestyńczyków w Jerozolimie ten rok jest katastrofą. Raed Saadeh, właściciel hotelu w Jerozolimie Wschodniej, mówi, że w marcu musiał całkowicie zamknąć swój biznes i nie wyobraża sobie, by coś się zmieniło do następnego lata, a nawet jesieni. – To jedna z najtrudniejszych sytuacji, w jakich się znaleźliśmy, biorąc pod uwagę, że przeżyliśmy dwie wojny w Zatoce i wizytę Ariela Szarona na Wzgórzu Świątynnym, która rozpoczęła drugą intifadę – pisze w mejlu. Nie udało nam się porozmawiać, bo po infekcji koronawirusem stracił głos i nadal w pełni go nie odzyskał.

Prowadzony przez jego rodzinę Jerusalem Hotel stracił płynność finansową, bo znaczna większość jego gości to pojedynczy chrześcijanie, rodziny lub niewielkie grupy. To zmusiło Saadeha do ubiegania się o pomoc finansową od rządu Izraela. – Otrzymaliśmy wsparcie na podstawie naszych zeznań podatkowych z ubiegłego roku. Nie pomogło nam to w spłaceniu wszystkich wydatków i zobowiązań, więc złożyliśmy też wniosek o rządową pożyczkę. Ona też właściwie jest już wydana. Mam nadzieję, że rząd będzie kontynuował to wsparcie, bo w przeciwnym razie znajdziemy się w bardzo skomplikowanej sytuacji.

Do arabskich hoteli w Jerozolimie nie przyjeżdżają też Palestyńczycy. Władze Autonomii Palestyńskiej co jakiś czas wprowadzają ograniczenia poruszania się, zwłaszcza w weekendy i dni wolne od pracy, w nadziei, że wyhamuje to rosnącą z każdym dniem liczbę zakażeń.

Z tego biorą się również pogłoski o możliwym zamknięciu na czas świąt bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem, a nawet całkowitej kwarantannie w mieście, o których wspomina mi ks. Paweł Trzopek. Msze byłyby odprawiane całkowicie bez wiernych, podobnie jak to było podczas Wielkanocy w jerozolimskiej bazylice Grobu Pańskiego.

Ks. Trzopek podkreśla, że i palestyńskie rodziny przychodzące do dominikanów zostały dotknięte kryzysem ekonomicznym. – Najbardziej odczuwają go ci, którzy prowadzą agencje turystyczne. A to zazwyczaj jest interes rodzinny, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Trudno im więc pogodzić się z myślą, że nieprędko wrócą do normalności i ich dotychczasowego sposobu na życie.

Nawet w tak trudnych czasach świąteczną atmosferę społeczności podtrzymuje dobry humor. – Mamy szczęście, że nasz 18-letni sąsiad jest entuzjastą choinek – mówi Raed Saadeh. – Mieszkamy w budynku, w którym wszyscy mieszkańcy są chrześcijanami. Nasz sąsiad udekorował cztery drzewka na klatce schodowej i po jednym w każdym mieszkaniu. Gdyby nie było go z nami, to nie wiem, czy w ogóle poczułbym Boże Narodzenie.

Fot. East News/AFP

Wydanie: 52/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy