Plereza pod naleśnikiem

Plereza pod naleśnikiem

Nie sposób opisać mody pierwszej połowy lat 50. bez fenomenu „bikiniarzy”. Wokół nich narosło wiele legend. Uważa się, że Leopold Tyrmand był ich przedstawicielem, że to on rozsławił ten styl ubierania się. Pisał o nich z sympatią:

Polski bikiniarz był śmieszny i biedniutki, szył sobie marynarki u rodzimych krawców, których zamęczał swoimi pomysłami, i obcinał rogi kołnierzyków tandetnych koszul kupowanych w domach towarowych. Był zabawny, ale bez groteskowej mocy swych francuskich czy skandynawskich kolegów, budził raczej współczucie i lekką odrazę, ale i pewien szacunek. Albowiem na tle szarego, zapuszczonego, niechlujnego, nędznego tłumu polskich miast stanowił protest i wyzwanie rzucone w twarz urzędowej szarości i brzydocie. Nieudolny protest i wrzaskliwe wyzwanie, ale zawsze…
(„Dziennik 1954”)

Sam jednak nie ubierał się w ten sposób. W rzeczywistości był to styl miejskiej biedoty. Charakteryzował się przede wszystkim wąskimi spodniami kończącymi się nad kostką i fantastycznie kolorowymi krawatami, najczęściej z palmą lub dziewczyną w stroju kąpielowym.
Stanisław Manturzewski w słynnym tekście „Idzie figus Targową ulicą” tak ich opisywał:

Obowiązywał szyk amerykański – plereza, naleśnik, zamszaki, sing-singi, krawat „bikini”. Po kilku zmianach mody poprzez „skoki potrójnie szyte”, oprychówkę, golfy, fanfana, nastąpił zasadniczy zwrot, powstał styl mniej szokujący, bardziej stonowany.
(„Po Prostu”)

Spróbujmy rozszyfrować niektóre nazwy: plereza to uczesanie, długie włosy zaczesane do tyłu, niekiedy z charakterystycznym „dziobem” z przodu, przez co plerezę nazywano też uczesaniem na „kaczy kuper” lub mandolinę. Naleśnik to odpowiednio wymodelowany kapelusz.
Marynarka najczęściej była samodziałowa, rzadziej, ale bardziej stylowa, ze sztruksu, koniecznie wywatowana i długa. Do tego koszula, która powinna być w kolorową kratę.

Krawatem bikini nazywano krawat bardzo szeroki z odpowiednim malunkiem. „Prawdziwy amerykański” powinien przedstawiać wyspę z palmą i nagą dziewczyną, choć dopuszczalne były także inne wzory.

Spodnie wąskie, ponad kostkę, odsłaniały sing-singi, zwane niekiedy piratkami, czyli skarpetki, które także powinny być kolorowe, najlepiej prążkowane.

Całość uzupełniały „zamszaki” – zamszowe mokasyny na „słoninie”, czyli grubej gumowej podeszwie.

Dziewczyna ubierająca się w stylu bikiniarskim miała łatwiej – w stroju dominowała wąska spódnica z długim rozporkiem, do pół uda, obcisła bluzka i kolorowa apaszka. Do tego stylonowe pończochy. Jedna z dziewczyn tak opisywała swój wygląd:

Włosy mam króciutko ostrzyżone, moje spódniczki są mocno rozcięte, sukienki mam bardzo kolorowe; lubię się bawić, lubię jazz, boogie-woogie również nie pogardzam.
(„Sztandar Młodych”)

Fryzura – koński ogon, wówczas nazywany „amerykanką”, był stylizacją na Ritę Hayworth. Choć to się może wydać dziwne, w pewnym momencie wśród bikiniarzy zapanowała moda na czapki budowniczych Pałacu Kultury.

Roman Polański zwracał uwagę przede wszystkim na charakterystyczne obuwie:

Za najcenniejsze uchodziły buty bez naszywanych nosków. Najpopularniejszym materiałem była czarna skóra, ale wyżej stawiano niebieski zamsz. Noszono wąskie spodnie, a długie wełniane marynarki z surówki lub sztruksu musiały mieć watowane ramiona. Kołnierzyk koszuli miał być niewielki, jak najszerzej rozwarty. Większość z nas zaginała rogi do środka, niektórzy prosili matkę lub dziewczynę, żeby zaszyła je na stałe. Obowiązywał jeszcze jaskrawy krawat, zawiązany w wielki węzeł à la Windsor. Sam byłem szczególnie dumny z żółto-wiśniowego amerykańskiego krawata w kształcie karpia – super szerokiego, ze stylizowaną różą w środku.
Włosy zaczesywało się do góry, z falą nad czołem, a z tyłu układało się coś à la „kaczy kuper”. Prawdziwie sumienny „bażant” wkładał jeszcze na bakier tweedowy kaszkiet, wypchany z tyłu gazetą.
(„Roman”)

Fenomen bikiniarzy był zjawiskiem nie tylko warszawskim. Pojawili się także w innych dużych miastach, m.in. w Trójmieście. Tygodnik „Morze” opisywał ich pod znamiennym tytułem „Tępimy naśladowców głupoty”:

Również na terenie Wybrzeża, a szczególnie w okolicach Grand Hotelu w Sopocie, pojawili się ostatnio osobnicy płci męskiej wieku lat 18-25, występujący w charakterze „pseudo-amerykanów”. Typowego „bażanta” (taką nazwą ochrzciło Wybrzeże rodzimych kosmopolitów) poznać można łatwo z odległości nawet kilkudziesięciu metrów. Okrywa on swoje zazwyczaj chuderlawe ciało szeroką, luźną marynarką, ponad którą umieszcza głowę i nieodłączny rekwizyt – spłaszczony kapelusz o szerokim rondzie. Łączność z ziemią utrzymuje „bażant” przy pomocy wąskich i krótkich spodni, prążkowanych skarpetek i zamszowych butów na słoninie lub korku. „Bażant” pracuje niechętnie. To typowy przedstawiciel „złotej młodzieży”, nierób, cham i leń. Pojawienie się „bażanta” w miejscach publicznych wywołuje zazwyczaj ogólną wesołość. Przechodzi ona jednak w litość, gdy „bażant” zaczyna tańczyć. Ciałem jego wstrząsają wtedy epileptyczne drgawki i podrygi, które stanowią specjalność „bażantów” i przedmiot ich szczególnej dumy. Oto „bażant” kosmopolita. Przyjrzyjcie mu się uważnie. Zwróćcie uwagę na każdy szczegół jego garderoby. Gdy spotkacie go kiedyś na ulicy, nie podawajcie mu ręki. Nie jest tego godzien.
(W. Fułek, R. Stinzing-Wojnarowski, „Kurort w cieniu PRL-u. Sopot 1945-1989”)

Władze, zwalczające każdy przejaw „amerykanizacji”, nie mogły oczywiście zaakceptować bikiniarzy.

W listopadzie 1951 r. odbył się głośny „proces bikiniarzy” – grupy Zbigniewa Burmajstra – w którym zapadły dwa wyroki śmierci.
Proces dotyczył czterech młodych chłopców z Falenicy pod Warszawą, którzy trudnili się kradzieżami i rozbojami. Błahy proces, z woli władz, zamienił się w pokazowy, odpowiednio wykorzystany w propagandzie. Pod zarzutem „zamiaru szpiegostwa i gotowości do dywersji” dwóch skazano na karę śmierci (zamienioną następnie na dożywocie), a pozostałym orzeczono wysokie kary więzienia. Prokurator skupił się na wpływie amerykańskiej kultury na oskarżonych, którzy, jak donosiła prasa, przyznali się, że inspiracje do działania czerpali z audycji Głosu Ameryki, BBC i Ośrodka Informacji działającego przy ambasadzie amerykańskiej. Marek Nowakowski w swoich warszawskich wspomnieniach przytacza list jednego z czytelników:

Znałem Burmajstra. Ale znałem również jego nieodłącznego przyjaciela, Wysockiego. Burmajster i Wysocki, niestety zapomniałem imion, byli uczniami Liceum Telekomunikacyjnego przy ul. Jedwabniczej, mieszczącego się w budynku dawnej fabryki żarówek. […] Z Burmajstrem i Wysockim chodziłem do jednej klasy. Wyróżniali się oni spośród nas swym sposobem ubierania zwanym wtedy „bikiniarskim”. Chociaż byli tylko bikiniarzami we fragmentach ubioru. Trzymali się zawsze razem. Ale nie stronili od reszty kolegów. Byli koleżeńscy, dowcipni – złośliwi, zawsze uśmiechnięci. Komentowali rzeczywistość kpiarskim akcentem. W szkole byli zdyscyplinowani. Nie pozwalali sobie na żadne wyskoki. Jednak chodzili własnymi drogami. Ta droga to Biblioteka Ambasady Amerykańskiej, gdzie wyświetlano filmy, gdzie korzystali z periodyków, nawet niektóre przynosząc do szkoły.
(„Moja Warszawa. Powidoki”)

Proces stał się pretekstem do wielkiej kampanii propagandowej skierowanej przeciwko bikiniarzom. Związek Młodzieży Polskiej organizował masówki i wiece, na których przyjmowano rezolucje protestacyjne przeciwko „amerykańskiemu stylowi życia” i bikiniarzom. W jednej z nich czytamy:

ZMP-owcy powinni przeciwstawiać się małpowaniu amerykańskiego stylu życia. Nie wystarczy wyśmiewać pretensjonalnej i wstrętnej amerykańskiej mody. Jak uczy doświadczenie, z „amerykańskim stylem” połączony jest zwykle rozkład moralny młodzieży. Prowadzi on często do przestępstw, a nieraz nawet do zbrodni, co wykazał między innymi proces bandy Burmajstra w Warszawie.
(„Sztandar Młodych”)

A przewodniczący ZG ZMP Władysław Matwin instruował, jak walczyć z bikiniarzami:

Dobrze jest, kiedy ZMP-owcy organizują się w plutony ORMO i potrafią przywołać chuligana twardą ręką do porządku, dobrze jest, kiedy wyśmiewa się tych wszystkich „mandoliniarzy” i „merynosów”, np. zbierając dla nich pieniądze na fryzjera. Dobrze jest, kiedy w walce z nimi działa opinia młodzieży – to najsilniejszy środek. Dobrze jest, kiedy nasze dziewczęta nie chcą z nimi tańczyć, nie chcą się z nimi przyjaźnić.
(„Sztandar Młodych”)

Młodzi czytelnicy mogą nie pamiętać ORMO. Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej to, jak nazwa wskazuje, organizacja wspierająca milicję. Składała się z bojówek aktywistów robotniczych; w 1968 r. „wsławiła się” haniebnym udziałem w pacyfikacji demonstracji studenckich.
Ale wróćmy do bikiniarzy. Do walki z „groźnym” zjawiskiem ruszyła redakcja „Sztandaru Młodych”. Pismo najpierw szczegółowo relacjonowało proces, a w kolejnych tygodniach rozpoczęło dyskusję na ten temat.

Przede wszystkim ogłoszono triumfalnie, że bikiniarze nie podobają się dziewczętom, a na poparcie tej tezy zacytowano listy nadsyłane do redakcji (pytanie, czy były to autentyczne listy, czy redakcja sama je pisała).

[…] różnokolorowe skarpetki u chłopców, nieprawdopodobnie krótkie i wąskie spodnie, ułożone w „mandolinę” włosy czy wąskie spódniczki z nieprzyzwoitymi rozporkami u dziewcząt – czynią z tej części młodzieży godną pożałowania karykaturę. Sądzę, że młodzi ludzie wzorujący się na modzie amerykańskiej, biorący sobie za wzór (choćby tylko wygląd zewnętrzny) bohaterów filmów amerykańskich, nie mogą być wartościowymi jednostkami społecznymi. […]
Skromny, bezpretensjonalny ubiór i sposób zachowania cechuje ludzi głębiej myślących i zdających sobie sprawę ze swej roli w społeczeństwie.
Bikiniarze chcą swym wyglądem, oryginalną powierzchownością i swoistym zachowaniem wykazać (jak sądzę) wyższość nad „zwykłymi, szarymi ludźmi”, którzy w zwykły sposób czeszą włosy, noszą zwyczajne, nie według amerykańskiej mody szyte ubrania i zachowują się też zwyczajnie, tak jak przystało człowiekowi pracy, który wie, jakie znaczenie ma właśnie ta zwykła, codzienna praca. […]
Sądzę, że dziś, gdy wszyscy walczymy o wykonanie planu, gdy każdy na swym odcinku pracy stara się ją wykonać jak najlepiej, sprawa bikiniarzy, jako pozostających w tyle, jest sprawą ważną i wymagającą rozwiązania. Wydaje mi się, że sprawę tę można ująć następująco: podzielić bikiniarzy na dwie grupy – tych, którzy są „zatwardziałymi bikiniarzami”, przesiąkniętymi wpływami imperialistów, jednostkami bezwartościowymi, niekiedy wprost niebezpiecznymi, których wyczyny znajdują często epilog w sądzie, oraz na tych, którzy jeszcze nie wychowani społecznie, nie dorośli do miana budowniczych Polski.
(„Sztandar Młodych”)

Oddano także głos samym bikiniarzom. Janina Z. z Siedlec pisała:

Noszę rozprute spódnice, onduluję włosy, maluję usta, maluję paznokcie, czernię brwi. Zimą chodzę w spodniach, w grubych butach, cyklistowej czapce, skórzanej kurtce. […] Czy dlatego, że noszę spodnie, rozprutą spódnicę i cyklistówkę (którą naturalnie w pocie czoła sama wykombinowałam), że nie zawsze czytam gazety, a jeśli potrzeba, potrafię pracować do późna w nocy, jestem „bikini” i wrogiem Polski Ludowej?
(„Sztandar Młodych”)

Bikiniarzy porównywano nie tylko do młodzieży amerykańskiej, ale nawet do zdrajcy Bogusława Radziwiłła i targowiczan. Przypominano osławioną okupacyjną „tombakową młodzież”, czyli naśladowców francuskich zazous, którzy bawili się, słuchali jazzu, a ubiorem przypominali właśnie bikiniarzy. W czasie okupacji ich zachowanie traktowano jako zdradę ojczyzny. Paradoksalnie potępił ich nawet „Nowy Kurier Warszawski” – dziennik wydawany dla Generalnego Gubernatorstwa przez władze okupacyjne.

Na ulice miast ruszyły brygady młodzieżowe do walki z „groźnym zjawiskiem”, chwytały długowłosych bikiniarzy i strzygły do gołej skóry.
Na tym tle rozsądnie wypadł głos Kazimierza Koźniewskiego, który ocenił modę bikiniarską nie w kategoriach zdrady narodowej, a jedynie jako potrzeby wyróżnienia się na tle szarego tłumu. W „Nowej Kulturze” pisał:

Nie można razem załatwiać złego gustu i złego postępowania. Powiedzieliśmy kiedyś, że moda bikiniarska, importowana w pewnym stopniu z USA (ale tylko w pewnym stopniu), jest dowodem lekceważenia form życia społecznego obowiązujących w naszym kraju. Była w tym milowa przesada! Bikiniarstwo próbowało na własną rękę załatać jakąś pustkę, której myśmy w czas nie spostrzegli – no i oczywiście załatało ją przy pomocy „ciuchów” i złego smaku. Pewna elegancja i barwność, rozmaitość strojów jest nie tylko zrozumiałą potrzebą młodzieży, ale na początku była ona jakąś odtrutką na monotonię okupacyjnej szarzyzny. Najgorszy, najbardziej trywialny gust prędko narzucił swą modę. Tandetni krawcy mieli tu wiele do powiedzenia, a prywatne warsztaciki tkackie dostarczały samodziałów o najprzedziwniejszym wzorze. W Bukareszcie, podczas Festiwalu, zauważyliśmy, że barwność czy ekscentryczność nawet męskich strojów wcale nie jest synonimem postawy wrogiej postępowi. Sami sobie utrudniliśmy przed kilkunastu miesiącami akcję zwalczania złego gustu, utożsamiając trywialną ekscentrykę strojów i fryzur z wrogością społeczną. Ingerencje dyrektorów szkół i milicji, ingerencje kół ZMP obcinających siłą „plerezy” były w rezultacie bardziej szkodliwe niż pożyteczne: hodowały „bohaterów”. Nie wolno pobłażać chuliganom, gdy noszą się bikiniarsko – gdyż są chuliganami. Nie wolno „bikiniarzy” traktować jako naszych wrogów – jeżeli są tylko nosicielami wąskich spodni, zamszowych bucików i brzydkich kapeluszy.

W obronie bikiniarzy stanął także Kisiel (Stefan Kisielewski), który poświęcił im jeden ze swoich felietonów w „Tygodniku Powszechnym”. Pisał w nim m.in.:

Jeśli sumienny, gorliwy, aktywny pracownik pragnie w godzinach wolnych od zajęć paradować w marynarce koloru jajecznicy z groszkiem, sięgającej mu (marynarce, nie jajecznicy) do kolan oraz w „hiszpańskich” baczkach à la Don Juan – nie widzę powodu, aby mu tego odmawiać. Ma prawo – to jego rzecz.

Dorota Williams:
Moda zawsze znajdzie sobie ujście. Bikiniarze swoim wyglądem, ale oczywiście i sposobem życia, walczyli i buntowali się przeciw szarej rzeczywistości. Zawsze powtarzam, że zewnętrzność działa na wewnętrzność i odwrotnie. Moda jest pięknym elementem naszego codziennego życia, powojenne lata 40. i 50. są przykładem na to, że nawet w tak trudnych okolicznościach. Dzisiaj moda nie jest już tak restrykcyjna i w zasadzie modne jest wszystko. Rzadko już coś nam dyktuje, raczej jest wypadkową naszych potrzeb. Uwielbiam obserwować na ulicy ludzi, którzy mają fantazję i ubierają się ekstrawagancko. To takie piękne, kolorowe ptaki ulicy.

Bikiniarz trafił także do kina. We wspomnianym już wcześniej filmie „Sprawa do załatwienia” Adolf Dymsza gra „konika” – bikiniarza sprzedającego pod Halą Gwardii bilety na mecz bokserski. Jest wzorem bikiniarza tak doskonałym, że właściwie niemożliwym do skopiowania.
W 1954 r. władze wyraźnie zmieniły front. Przestano walczyć z modą. Co więcej, w prasie pojawiły się nawet reportaże o podobnych grupach młodzieży w innych krajach. Prym wiódł tygodnik „Dookoła Świata”, pismo ZG Związku Młodzieży Polskiej, potocznie zwane gazetą bikiniarzy. Ze zdjęć tam zawartych oraz licznych reportaży młodzież czerpała wiedzę o świecie mody.
Tak opisywano włoskich bikiniarzy, nie wiedzieć czemu nazywając ich egzystencjalistami:

Giovanna i jej towarzysze są egzystencjalistami typu amerykańskiego. Typ ten jest najbardziej reprezentatywny, jeśli chodzi o bikiniarzy włoskich. Inny rodzaj stanowi edycja francuska: ten gatunek jest desperacki, nudny, „straszny”. „Francuscy” bikiniarze egzystencjaliści noszą czupryny à la Gérard Philipe, czarne trykotowe koszule i takie same swetry. W tej grupie smutek obowiązuje niemal regulaminowo. […] Palą wyłącznie papierosy Gauloises, które w szybkim czasie doprowadzają płuca do ruiny. Palenie tego gatunku papierosów w wyobrażeniu „egzystencjalistów” bardzo ich upodabnia do bywalców pewnych paryskich kawiarń.
Bikiniarze typu „francuskiego” słuchają wyłącznie wesołych piosenek, oczywiście francuskich, w których bez przerwy mówi się o samobójstwie.
(„Dookoła Świata”)

Amerykańscy bikiniarze zaś uwielbiają Hemingwaya, ubierają się „jak sprzedawcy benzyny w stanie Arkansas”, cokolwiek by to znaczyło, oraz „uwielbiają w każdej postaci gwałt i przemoc”.
Jako przykład degeneracji młodzieży tekst jest zilustrowany zdjęciem pary tańczącej boogie-woogie oraz egzystencjalistki. Podpis pod zdjęciem dopełnia grozy: „Pani, którą widzimy na zdjęciu, nazywa się Anna-Maria. Jest ona »dobrym duchem« Tawerny Meksykańskiej. Skrzyżowane nogi, »fatalistyczna« postawa, twarz przesłonięta »nadludzkim« smutkiem i nudą”.
Wraz z zaprzestaniem walki z bikiniarzami zniknął problem. Nagle zaczęto odróżniać młodych ludzi ubierających się w modny sposób od kryminalistów. Badacze problemu, Czesław Czapów i Stanisław Manturzewski, tak pisali na ten temat:

Gdzieś do 1953 r. terminy „bikiniarz” i „chuligan” w zakresie wzorów elegancji były niemal tożsame. […] Dziś dla chuligana bikiniarz to modniś, maminsynek, „oportunista”, facet z lokalu II kategorii. Fakt, że już od dawna się teraz nie piętnuje bikiniarstwa, że się na bikiniarstwo po trosze pozwala, odepchnął chuliganów od amerykanizmu i bikinizowania. Wygląda na to, że amerykańskie rekwizyty dlatego głównie były używane, ponieważ należały do rekwizytów tępionych.
(„Niebezpieczne ulice. U źródeł chuligaństwa. Materiały i refleksje”)

Bikiniarzy można było spotkać już tylko w „dobrych” dzielnicach, np. na warszawskim Żoliborzu czy elitarnej Saskiej Kępie. Powoli stawali się niemodni. Zostało po nich tylko barwne wspomnienie.

Tytuł i ilustracje pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Doroty Williams i Grzegorza Sołtysiaka, Modny PRL, Świat Książki, Warszawa 2016

Wydanie: 2/2017

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy