Polityka kryminalna

Jesteśmy świadkami kryminalizacji polskiej polityki. Nie znaczy to, że na świecie, zwłaszcza od czasu afery Watergate, polityka nie stykała się z kryminałem. Afery kryminalne zdarzają się w wielu rządach, takie zarzuty stawiano byłemu premierowi Włoch Berlusconiemu, kłopoty z pogranicza kryminału ma teraz również były premier Francji. Są to jednak mimo wszystko zjawiska marginalne, na obrzeżach polityki, której główny nurt płynie innym korytem, wyznaczanym przez kwestie programowe, gospodarcze, dotyczące polityki międzynarodowej czy rozwiązań społecznych.
U nas na odwrót.
Niedawno odbyły się konwencje dwóch największych partii, PiS i PO, lecz o ich programach, a zwłaszcza o różnicach programowych – jeśli takie w ogóle istnieją – dowiedzieliśmy się bardzo niewiele, natomiast treścią tych zgromadzeń było mnożenie pod adresem konkurentów zarzutów kryminalnych. Podobny styl panuje w całym naszym życiu politycznym, od prawicy do lewicy. Niedawno pytany przez „Gazetę Wyborczą” o możliwość współpracy powyborczej z partią Kaczyńskich poseł PO, Rafał Grupiński, podobno bliski szefowi tej partii, powiedział: „Jeśli Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro dostaliby zarzuty karne, PiS musiałoby się przekształcić”. Znaczy to po prostu, że o ewentualnej ewolucji ideowej członków PiS nie zadecydują żadne czynniki programowe, ocena sytuacji kraju po dwóch latach rządów PiS ani względy obyczajowe, lecz prokuratura. W „Trybunie” prof. Janusz Reykowski ubolewa, że jedynym, co SLD czy LiD ma do przeciwstawienia rządom PiS, są zarzuty o przestępstwa, domaganie się Trybunału Stanu dla Ziobry itp. „Ale to dużo za mało jak na atrakcyjną ofertę”, mówi słusznie.
Oczywiście, że samowola rządu Kaczyńskiego, lekceważącego przepisy prawa i żyjącego w psychozie oblężonej twierdzy, sprzyja kryminalizacji. Niemal każda debata polityczna kończy się zapowiedzią doniesienia do prokuratury, jakby prokuratura właśnie była najwyższym arbitrem w debacie politycznej. Nie tylko zresztą politycznej, ale także światopoglądowej lub religijnej, czego przykładem jest sprawa o. Rydzyka i jego kołtuńskiego antysemityzmu: ani państwo, ani Kościół nie jest w stanie wypowiedzieć się w tej kwestii, powierzając ją prokuratorom, którzy mają zbadać, czy endeckie ekscesy „Rasputina z Torunia”, jak mówi o nim Adam Zagajewski, są zgodne z Soborem Watykańskim II.
Chciałbym bardzo, aby przestępstwa kryminalne, dotyczące nadużycia władzy na przykład, zostały wykryte i osądzone, z wyrokami więzienia włącznie. Ale przenoszenie życia politycznego na płaszczyznę kryminalną uważam za patologię, zgubną dla kraju i dewastującą postawy obywatelskie. Ludzie nie zastanawiają się już nad tym, co jest dobre, a co złe dla Polski, który program gospodarczo-społeczny lub jaki kurs polityki zagranicznej, lecz kto pójdzie do pudła. I na tym koniec naszego myślenia obywatelskiego.
Winę za to ponoszą politycy i partie polityczne, które kwestie programowe, pytania o cele finalne swoich działań dawno już wyrzuciły do kosza, poświęcając się całkowicie rozgrywkom sejmowym i personalnym, w których nadmiar zasad może być tylko przeszkodą w przelotnych komerażach. Paradoksalnie zresztą partią, która najwięcej czasu poświęciła kleceniu ogólnego, docelowego programu, było PiS, po czym czkawką jest jego obecne hasło wyborcze „Zasady zobowiązują”, wysunięte jednak akurat w momencie, kiedy „zasady” zostały już pogrzebane, a „rewolucja moralna” zamieniła się w pasmo podejrzliwości, donosów, podsłuchów i intryg.
Polska „klasa polityczna”, znów niestety od prawa do lewa, okazała się intelektualnie niewydolna, aby wyobrazić sobie jakiekolwiek cele kierunkowe, ocenić warunki ich osiągnięcia i znaleźć odpowiednie działania pośrednie. Aby po prostu uczynić politykę walką na programy, a także na konkretne, jasno wyrażone rozwiązania, nie zaś tylko na oskarżenia kryminalne. Znów przyjdzie niestety zauważyć, że stosunkowo najwięcej zrozumiało z tego PiS, silnie naciskając przed wyborami na pedał socjalny, kwestie emerytur, najniższego uposażenia i podobne, a wyborców naprawdę niewiele obchodzi, jak to się ma do budżetu państwa i jego przychodów.
Można z dość dużą dokładnością określić moment, w którym polityka polska przestawiła się z toru programowego na kryminalny. Właśnie bowiem toczy się – czy też już dobiegł końca, ale nie znam jeszcze wyroku – proces Aleksandry Jakubowskiej, byłej wiceminister kultury, który stanowi pokłosie tzw. afery Rywina. Z perspektywy czasu widać, że prawdziwą treścią tej afery był konflikt interesów pomiędzy prywatnymi właścicielami środków przekazu, reprezentowanymi przez Agorę, którzy dążyli do rozszerzenia sfery prywatnej i komercyjnej na obszarze mediów, a ówczesną władzą, która w osobach Czarzastego, Roberta Kwiatkowskiego i Jakubowskiej właśnie była temu przeciwna, broniąc strefy mediów publicznych. Jednakże przy użyciu taśm magnetofonowych Michnika, które odtąd stały się nieodłącznym instrumentem kryminalizacji polityki, sprawa ta z merytorycznej i programowej stała się kryminalną, korupcyjną i przestępczą, rozstrzyganą przez prokuraturę i sądy. Z dyskusji o przyszłości mediów w Polsce przemieniła się też w bardzo wygodny sposób na wywrócenie SLD-owskich rządów Millera, co zresztą – o czym warto przypomnieć – pierwsi zrozumieli Jan Rokita, niedoszły „premier z Krakowa”, i Zbigniew Ziobro, wówczas sprawozdawca komisji śledczej.
Afera Rywina podsunęła model postępowania, który odtąd przyjął się powszechnie. Polega on na unikaniu kwestii merytorycznych, związanych z programami rządów czy partii albo interesami grup biznesowych, i pospiesznym zamienianiu ich na kwestie kryminalne.
Dwuletnie rządy PiS przyniosły mnóstwo szkód i zniszczeń. Naruszony został poważnie system prawny, umniejszone prawa obywatelskie, zachwiane podstawy niezależności sądów i prokuratury, podważony autorytet Trybunału Konstytucyjnego; uwstecznieniu o niewyobrażalnych konsekwencjach dla przyszłości uległ system oświaty i nauczania w szkołach; szkody poniosła polityka kulturalna, nabierając cech ideologicznych w duchu prawicowo-klerykalnym; kłamstwem okazała się obietnica 3 mln mieszkań; eksplodowała służba zdrowia, zmierzając do upadku jako służba publiczna; kraj opuściło 2 mln ludzi, przeważnie młodych fachowców z inicjatywą; Polska stała się anachronicznym straszydłem na forum międzynarodowym.
I tak dalej. Można by wyliczać takich spraw nieporównanie więcej i jest to dużo ważniejszy powód, dla którego konieczna jest zmiana rządów w Polsce, niż wszystko, co powiedział Kaczmarek, sam przecież gorliwy konstruktor IV RP, albo czy Marcinkiewicz, premier z PiS, był podsłuchiwany, bo są to porachunki w rodzinie.
Po Kaczmarku można się otrzepać, zamienić tego na owego i bawić się dalej. Wejście natomiast na grunt merytoryczny wymaga od opozycji czytelnego programu dla Polski.
Ba!

 

Wydanie: 36/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy