Polska podziemna

Polska podziemna

Teraz jest lockdown – kto kombinuje, ten żyje

Amputacja włosów, pokazy krzewów magnolii czy kursy degustacji piwa – Stanisław Bareja z powodzeniem mógłby nakręcić kolejną część „Misia”. Przedsiębiorcy z branż obciążonych pandemicznymi zakazami fundują nam festiwal pomysłów na ich obejście, potwierdzając starą prawdę: Polak potrafi.

Eldorado w małpim gaju

Moje pierwsze zetknięcie z usługowym podziemiem następuje w drugiej połowie grudnia 2020 r. Mieszkam na wsi, pracuję zdalnie, do fryzjera czy kosmetyczki i tak nie chodzę prawie nigdy, więc w trakcie pandemii tym bardziej nie próbuję. Jedzenie w restauracjach kupujemy na wynos. Żyję w naiwnym przekonaniu o tym, że naprawdę mamy w kraju lockdown.

W któreś grudniowe popołudnie, wyposażeni w maseczki i płyn dezynfekujący, jedziemy do sklepu meblowego, korzystając z tego, że tej branży jeszcze nie zamknęli. Mam wyrzuty sumienia, że się narażamy, ale nie możemy dłużej czekać z kupnem biurka dla dziecka.

– Mamo, zobacz, tu jest sala zabaw z trampolinami, wejdziemy? – pyta mnie córka, gdy przechodzimy obok jednego z warszawskich centrów handlowych.

– Nie możemy – rozkładam bezradnie ręce. – Salki nadal są zamknięte. Przyjdziemy tu, gdy to wszystko się skończy, dobrze?

– Wiem, mamo, ale może da się przez szybę zobaczyć, jak to wygląda – męczy mnie dalej dziecko.

Godzę się na mały rekonesans, wchodzimy do budynku i jesteśmy w innym świecie. Za drzwiami dużego klubu trampolinowego nie ma żadnej pandemii. Jest tłum ludzi – dorosłych i dzieci. Skaczą, śmieją się, biegają. Duża grupa właśnie robi sobie zdjęcie – wszyscy stoją objęci, maseczek brak. Na oko jest tam 50-60 osób. Inni wchodzą, wychodzą, ruch jak na dworcu w godzinach szczytu.

Przez kilka minut gapimy się na to z otwartymi ustami. – Sala otwarta? To jakieś prywatne urodziny? – pytam w recepcji.

– Nie, mamy akurat najazd wycieczek szkolnych – uśmiecha się recepcjonistka. Maseczki nie ma, nie chroni jej żadna szyba ani pleksi.

Wychodzimy skonsternowani. Nic nie rozumiem. U nas w szkole wszystkie wycieczki dawno odwołano, dzieci ze starszych klas uczą się zdalnie.

Kilka tygodni później córka dostaje zaproszenie na urodziny. Klubik oficjalnie zamknięty, ale właściciele wyjaśniają, że muszą z czegoś żyć, więc udostępniają salę zaufanym klientom. Z oporami wysyłam dziecko na imprezę. Nie chcę, by była jedyną nieobecną z całej klasy, więc tłumaczę sobie, że i tak spotka tam to samo grono, z którym uczy się w szkole podczas nauki hybrydowej. Gdy chwilę spóźniamy się na imprezę, dostaję SMS od mamy jubilatki: – O której będziecie? Bo już musimy zamknąć drzwi na klucz.

Niektóre kluby dla dzieci, zamiast jak do tej pory wpuszczać wszystkich chętnych, prócz tajnych urodzin organizują też jednodniowe „warsztaty” czy „szkolenia” dla maluchów. Można było nawet wysłać dziecko na nieformalne półkolonie podczas ferii zimowych – rodzice zgłaszali obecność dzieci z dnia na dzień. Płatność gotówką.

Podobnie radzą sobie prywatne przedszkola. Niektóre z nich działają tak, że dzieci zbierają się w domu jednego z rodziców i są tam pod opieką pracownika placówki. Inne nawet nie kryją się ze swoją działalnością i zajmują się nie tylko dziećmi lekarzy czy służb mundurowych. W oknie jednego z przedszkoli w Bydgoszczy wkrótce po ogłoszeniu nowych obostrzeń lockdownowych pojawił się duży plakat: „Przedszkole (…) będzie czynne jak dotychczas. Do przedszkola mogą przychodzić zapisane do placówki dzieci wszystkich rodziców, którzy pracują i nie mają z kim zostawić dziecka. Nie wymagamy zaświadczenia z pracy”.

Kraj zawodowych sportowców

Kombinują też kluby sportowe – tu najłatwiej o dyspensę od sumienia, bo przecież wysportowane ciało to zdrowe ciało, a więc może ciut mniejsze ryzyko, że obciążymy dawno upadły system ochrony zdrowia. Do uczestnictwa w treningach przyznaje mi się kilka koleżanek – dostały licencje zawodowych sportowców. Rządowe rozporządzenie nie może zakazać treningów profesjonalistom i właśnie tu przedsiębiorcy znaleźli lukę. Dzięki licencjom prawo do korzystania z obiektów zyskały nawet małe dzieci – pewna internautka chwali mi się, że jej cztero- i sześciolatek „zasilili kadrę narodową w triathlonie”, więc mogą chodzić na basen. Koleżanka trenująca rekreacyjnie sztuki walki tłumaczy mi z kolei, że chodzi na zajęcia nie tylko dla zdrowia, ale też w trosce o istnienie swojego ulubionego miejsca: – Nasz klub nie ma PKD z rządowej listy podmiotów, którym przysługuje pomoc, bo to stowarzyszenie sportowe. Ledwo się trzymają finansowo i trener mówił, że być może będą musieli wszystko zamknąć.

Zaznacza jednak, że w jej klubie licencje dostępne są tylko dla stale ćwiczących, nowe osoby raczej nie mogą na nie liczyć. Z doniesień znajomych wiem jednak, że są miejsca, gdzie nawet nowi bez trudu mogą zyskać prawo wstępu. Trzeba dzwonić i pytać, bo wszystko zależne jest od odwagi właściciela.

Niektóre siłownie działają też jako poradnie dietetyczne czy centra terapeutyczne, oferując wszelkiej maści usługi medyczne. – Na basenie wystarczy złożyć deklarację od lekarza lub rehabilitanta, że ćwiczenia w wodzie są dla danej osoby bardzo wskazane – pisze mi znajoma mama.

Terapia światłem

Kreatywnością wykazują się również właściciele podmiotów z tzw. branży beauty, czyli kosmetyczno-fryzjerskiej. Niektórzy stosują najprostsze sztuczki, jak oklejenie okien salonów folią lustrzaną – tak, by nie było widać, że ktoś jest w środku. Policję mają też zmylić zamknięte drzwi – klientki do środka dostają się dzięki hasłom otrzymanym przez telefon.

Pandemia trwa już na tyle długo, że działania przedsiębiorców stają się strategią. Pewna fryzjerka z Bydgoszczy opowiada, że twardo trzyma się zasad wypracowanych w czasie pierwszego lockdownu. Obsługuje tylko stałe i najbardziej zaufane klientki, nie przyjmuje w swoim zakładzie fryzjerskim ani w swoim domu – dojeżdża do ludzi, nie dorabia w domach w najbliższym sąsiedztwie jej zakładu, bo wszyscy ją znają. Unika zwłaszcza bloków. – Bo każdy ruch śledzi wiele par oczu – wyjaśnia. – W tym również te nieżyczliwe, które doniosą sanepidowi. Najchętniej jadę do właścicielek firm, do miejsc, gdzie pracują. Tam strzygę i farbuję nie tylko szefową, ale także jej rodzinę oraz zaufanych pracowników. Wtedy zarabiam najlepiej. A wchodząca, nieznana osoba z wypchaną fryzjerskimi przyborami torbą, nie budzi podejrzeń. Oczywiście, zarabiam teraz dużo mniej niż przed lockdownem, ale przynajmniej nie umrę z głodu – mówi – Na szczęście właściciel lokalu, który wynajmuję, w czasie trwania pandemii obniżył mi czynsz o połowę.

Podobnie działa kosmetyczka z osiedla Błonie w Bydgoszczy, która również wykonuje teraz zabiegi tylko zaufanym klientkom i wyłącznie w domu swoich rodziców na obrzeżach miasta. – Gdybym przyjmowała w swoim małym mieszkanku, sąsiedzi od razu zorientowaliby się, że pracuję mimo zakazu. Boję się kar i donosów – przyznaje. – Zresztą nie wiem, gdzie miałabym rozstawić cały sprzęt w mojej kawalerce. Wyjątkowo dojeżdżam do domów klientów. Zwykle w uzasadnionych – np. niedołężnością – przypadkach.

Inni przedsiębiorcy z branży są bardziej pomysłowi i udają, że świadczą usługi lecznicze. Ktoś przysyła mi zdjęcie reklamy jednego z solariów, obecnie oferującego terapię światłem. Aby oferta wyglądała bardziej wiarygodnie, plakat zawiera nawet informacje na temat leczniczego działania poszczególnych barw.

– Nasz salon działa, wykonując tylko niektóre zabiegi. Bo np. leczenie trądziku to przecież terapia, której nie powinno się przerywać – wyjaśnia mi w sieci znajoma mama. Inne mówią, że zrobiły manikiur jako modelki lub biorąc udział w fikcyjnych szkoleniach. Ktoś komentuje zjadliwie: – Kosmetyczka nie może wziąć jednej osoby na indywidualny zabieg, ale może już robić szkolenie, gdzie obecne są ona, kursantka i modelka. To razem trzy osoby. W jakim kraju my żyjemy i kto wymyśla takie bareizmy?

Dostaję też zdjęcie innego salonu. Nazwa „Salon fryzjerski” została demonstracyjnie przekreślona. „Przychodnia. Amputacja włosów” – głosi nowy napis obok. To określenie można też spotkać na lokalnych grupach na Facebooku, gdzie ludzie podpytują się o tę usługę. Popularność zyskuje też historia o fryzjerce z Częstochowy, która strzygła klientów w parku.

Moim ulubionym przykładem pandemicznego bareizmu staje się jednak relacja o gabinecie kosmetycznym i fryzjerskim ogłaszającym zapisy na oglądanie… krzewu magnolii rosnącego przed salonem.

Jak by tu iść do knajpy?

Wyobraźnia restauratorów i szefów pubów jest równie bogata. Do knajp, podobnie jak do kosmetyczki, również można iść dzięki systemom haseł towarzyszącym zapisom przez telefon. Organizowane są też fikcyjne rekrutacje na szkolenia, pokazy i degustacje. Jedna z knajp ogłasza się tak: „Niby dopiero wtorek, a Wy już myślicie o weekendzie? Mamy tak samo. Wszystko przez szkolenia, które mamy zamiar zorganizować dla Was po raz kolejny. Zasady są niezmienne – piątek i sobota w godzinach od 8.00 do 2.00 to czas, kiedy możecie przyjść do naszego lokalu, zaczerpnąć nieco teorii i – przede wszystkim – praktyki w degustowaniu polskich piw rzemieślniczych. Oczywiście po uprzedniej rezerwacji (tu numer telefonu). Koszt szkolenia to 15 zł (pamiętajcie o płatności gotówką), ale wrażenia i doświadczenie wyniesione od nas są bezcenne”.

Inna internautka donosi mi o kursie smażenia steków w zamkniętej restauracji. – Idziesz, uczysz się smażyć, a potem oczywiście kosztujesz – wyjaśnia. – U mnie w mieście jeden bar otworzył się oficjalnie. Pożycza szklanki – dodaje ktoś inny.

– U nas cukiernia ma „ekspozycję” w postaci foteli i stołów – i nic nie może poradzić na to, że klienci siadają na eksponatach – informuje mnie koleżanka z podwarszawskiego miasteczka.

Śląsk nie zostaje w tyle. W Katowicach są knajpki, które oficjalnie od miesięcy są otwarte, można zjeść, wypić, posiedzieć, jakby świat tkwił w 2019 r., tylko założył na twarz maseczkę. Właściciele piszą: „Środki i procedury stosowane w tym miejscu: pracownicy noszą maseczki, kontrolowana jest temperatura ciała pracowników, dezynfekcja powierzchni między kolejnymi klientami”. Trzeba jednak odstać swoje, żeby do knajpki wejść. Z tymi maseczkami bywa różnie, z odległościami między stolikami tym bardziej, ale nikomu to nie przeszkadza, skoro już każdy odstał swoje w ogonku na ulicy, gdzie też nikt nie zachowuje dystansu. Potem właściciele proszą o oświadczenie, że brało się udział w zebraniu w jakiejś sprawie.

Ktoś z Poznania pisze mi tak:

– Sporo knajp ma pozasłaniane okna. Wchodzisz do środka i przenosisz się do innego świata. Kelner najpierw wręcza ci kwestionariusz do wypełnienia. Podczas kolacji bierzesz więc udział w „rekrutacji”.

Niektórzy restauratorzy nie bawią się już nawet w udawanie. Toruńska restauracja Smaki Indii w mediach społecznościowych chwali się, że pozostaje otwarta. Na jej facebookowej stronie pojawiły się już nawet zdjęcia z policyjnych interwencji. „Od początku pandemii nie otrzymaliśmy od naszego państwa żadnego wsparcia, co postawiło nas w bardzo złej sytuacji finansowej. Dłużej nie jesteśmy w stanie czekać! Dla naszej restauracji to być albo nie być”, piszą właściciele.

Na profilu restauracji mnóstwo pozytywnych postów od gości – wyrażają wsparcie, chwalą jedzenie.

Jednak nie wszyscy ochoczo przyklaskują takiej działalności – i nie wszyscy przedsiębiorcy mają odwagę mierzyć się z systemem. Znajoma internautka opowiada mi o swojej wizycie w jednej z restauracji w Tyliczu: – Po sankach poszliśmy do restauracji kupić zupę na wynos. Chcieliśmy skorzystać z toalety, a że byliśmy opatuleni szczelnie w stroje narciarskie, trochę to trwało. Pani była bardzo miła, ale zdenerwowana. Powiedziała, że tydzień wcześniej sąsiedzi wysłali do niej patrol policji, bo widzieli auta zaparkowane pod lokalem. Było wtedy bardzo zimno i pozwoliła jednej rodzinie z małym dzieckiem zjeść w środku, bo było jej ich żal.

Ograniczenia łamią też właściciele nocnych imprezowni dla dorosłych. W centrum Warszawy, Łodzi, Krakowa czy Poznania działają lokale, do których wchodzi się od zaplecza. Filmik dziennikarza „Wprost” Marcina Dobskiego zamieszczony na jego twitterowym koncie w styczniu pokazuje, że w klubie naprawdę można zapomnieć o pandemii. Widzimy na nim tłum ludzi tańczących wewnątrz lokalu – rzecz jasna bez maseczek – w rytm popularnej przeróbki zagranicznego hitu. W refrenie wszyscy krzyczą: „J***ć PiS!”. Grubo, jak powiedziałaby młodzież.

Nocne lokale to jednak rozrywka trudniej dostępna. Hasła nie dostaniemy przez telefon, jeśli nie jesteśmy z zaufanego kręgu lub nie zostaliśmy poleceni.

Pocztówki z podziemia

Radzi sobie też branża turystyczna. W Zakopanem, Karpaczu, Krynicy-Zdroju i innych miejscowościach turystycznych działają rodzinne pensjonaty, które chętnie ugoszczą „dalekich krewnych”, „prawników na delegacji” albo „bliskich”. Lokalna policja często przymyka oko w miejscach, gdzie wszyscy się znają.

W Górach Opawskich hotele czy domy wczasowe wydają się zamknięte, choć czasem zastanawia liczba samochodów zaparkowanych w pobliżu. Rybne łowiska podają smażone pstrągi – niby na wynos, ale właściciele nie chowają przed ludźmi stolików rozstawionych na powietrzu, więc zamiast wieźć wystudzonego rybnego zdechlaka na Śląsk, klienci siadają i jedzą. Niektórzy lękliwie pytają o policję.

Dziennikarka znad morza relacjonuje: – W niedzielę, 11 kwietnia, pogoda na Wyspie Sobieszewskiej wyśmienita. Główną drogą płynie nieprzerwany sznur samochodów, nie tylko na gdańskich numerach rejestracyjnych – dużo jest np. warszawskich. Na parkingu przy przeprawie promowej przez Wisłę w Świbnie też samochód przy samochodzie. Tłum zmierza wzdłuż Wisły do rezerwatu na Mewią Łachę. Przekrój wiekowy – od seniorów po maluchy, całe rodziny, grupy znajomych. Większość z maskami na brodzie albo bez. Po południu kolejki do Żabek, w których są kąciki barowe, wydłużają się. Knajpki pracują pełną parą, serwując dnia na wynos. Czteroosobowa rodzina zjeżdża na rowerach do domku przy jednej z bocznych uliczek. Wita ich gospodyni. Gdy głośno zastanawiam się, czy znajdę nocleg na Mierzei, słyszę, że na pewno, bo z kwaterami prywatnymi problemu nie ma. I rzeczywiście, kilka dni później spokojnie rezerwuję apartament w Gdańsku na najbliższą majówkę. Gdy pytam, czy nie ma zakazu, pani odpowiada tajemniczo: „Nasze apartamenty są poza obostrzeniami, spełniamy wszystkie warunki, tylko trzeba będzie wypełnić odpowiednie dokumenty”. Jakie? Dowiem się na miejscu.

Kto zyska, kto straci?

Istnienie podziemia to oczywiście strata dla budżetu państwa. Za nielegalnie świadczone usługi płaci się wyłącznie gotówką.

Grupa wsparcia dla branży kosmetyczno-fryzjerskiej BeautyRazem zadała pytanie tysiącowi przedsiębiorców tej branży, czy zamkną swoje punkty podczas obecnego lockdownu. Aż 36,6% stwierdziło, że nie zaprzestanie działalności, nawet jeśli rząd wypłaci im środki z tarczy dla przedsiębiorców. Jedynie nieco ponad 9% chce bezwarunkowo dostosować się do obostrzeń. Skala podziemia – a więc i nieopodatkowanego obiegu gotówki – jest zatem ogromna.

Poparcie dla podziemnej działalności przedsiębiorców jest również bardzo widoczne. W sieci można znaleźć nawet portal oferujący mapę przedsiębiorstw, które działają mimo lockdownu, chwalący się bazą ok. 700 firm z różnych branż. Jak tłumaczą właściciele serwisu, zablokowali już otwarty dostęp do danych, chcąc chronić przedsiębiorców przed wizytami policji czy sanepidu. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć, gdzie zjeść czy poćwiczyć, może wykupić dostęp do bazy za 24,99 zł miesięcznie. To się nazywa głowa do interesów.

a.brzeska@tygodnikprzeglad.pl

Współpraca: Małgorzata Szczepańska-Piszcz, Beata Dżon-Ozimek, Helena Leman, Marek Czarkowski

Fot. Marek Berezowski/Reporter

Wydanie: 17/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy