Przypadki Andrzeja Werblana

Przypadki Andrzeja Werblana

Zapis spotkania w Czytelniku z okazji 95. rocznicy urodzin

5 grudnia w kawiarni Czytelnika miała miejsce promocja książki „Polska Ludowa. Postscriptum”, która jest wywiadem rzeką Roberta Walenciaka z prof. Andrzejem Werblanem. Przedstawiamy zapis spotkania. Pytania zadają Robert Walenciak i goście z sali.

Panie profesorze, gratulujemy 95. urodzin i gratulujemy książki „Polska Ludowa. Postscriptum”.
– Do książki chciałbym dorzucić dwie uwagi. Po pierwsze, chciałem też w niej pokazać, jak wiele w życiu człowieka zależy od przypadku, od ślepego losu. Pierwszy przypadek – wywózka. Wywieziono mnie i moją rodzinę na Syberię z powodu ojca, którego aresztowano. Tak nie musiało być; w tamtym czasie, na tamtych terenach nie zamykano wszystkich nauczycieli, nawet nie większość z nich. Doszło do jakiejś nadgorliwości policji. Drugi przypadek – wesz tyfusu, która mnie ukąsiła. Gdyby nie to, gdybym nie zachorował, przez co wysadzono mnie z pociągu, którym jechałem do armii Andersa, i oddano do szpitala, walczyłbym pod Monte Cassino, a nie pod Studziankami. Wreszcie trzeci przypadek – głupi urzędnicy wywodzący się z KPP, pracujący w Ministerstwie Obrony, którzy popierali rozbudowę PPR-owskich organizacji w wojsku, a tępili wszystkie inne, z PPS-owską włącznie. Kiedy wykryli, że wstąpiłem do PPS, zaczęli mnie szykanować, tak że opuściłem wojsko. Gdyby byli mądrzejsi, zostawiliby mnie tam, być może służyłbym dalej i z wolna dosługiwałbym się kolejnych rang, by w czasach gierkowskich zostać generałem, a potem przeżywać te wszystkie udręki, które spadają dzisiaj na ówczesną generalicję. A tak wygonili mnie z wojska i to w dużym stopniu sprawiło, że w PPS, za którą na początku ucierpiałem, miałem ułatwiony start. I w ciągu 15 miesięcy od wstąpienia do tej partii byłem już sekretarzem komitetu wojewódzkiego w Białymstoku. Oto parę przykładów, jak palec boży losem ludzkim kieruje.

A druga uwaga?
– Podkreśliłbym taki aspekt: ja oczywiście bronię w tej książce swojego życiorysu politycznego i Polski Ludowej. Bronię tej formacji, z którą właściwie swoje czynne życie związałem. Ale bronię inną argumentacją, z innych pozycji niż Polska Ludowa sama siebie broniła, wtedy kiedy istniała.

To znaczy?
– Wtedy, kiedy ona istniała, broniła siebie – językiem jej propagandzistów – jako pewnego dobrego, może wręcz doskonałego, wcielenia socjalizmu. Broniła swojego ideologicznego oblicza i rodowodu. To nie bardzo wytrzymywało krytykę. Ja bronię Polski Ludowej inną argumentacją. Ważniejszą dla niej, aczkolwiek nieeksponowaną w jej czasie. W moim przekonaniu dziś, jak na to patrzę, a i wtedy w niemałym stopniu Polska Ludowa była raczej kiepskawym wcieleniem socjalizmu. Natomiast była dobrym – nie bardzo dobrym, ale dobrym – dostosowaniem narodowego i państwowego bytu do sytuacji geopolitycznej, jaka powstała w czasie II wojny światowej i po niej. Naród musiał się dostosować do sytuacji podziału świata. I dostosował się, dzięki Polsce Ludowej, w miarę pomyślnie. Może nie na piątkę, ale od Października gomułkowskiego właściwie do końca gdzieś na czwórkę. Wtedy Polska wywalczyła szeroki zakres autonomii w polityce wewnętrznej. W okresie gierkowskim uzupełniła to otwarciem na Zachód. W czasach Jaruzelskiego – w próbie ratowania tego wszystkiego od dwóch zagrożeń: od anarchii ze strony Solidarności i od brutalnej restauracji poststalinowskich porządków ze strony Związku Radzieckiego – ten egzamin Polska Ludowa zdała stosunkowo dobrze. Ale to nie znaczy, że my wszyscy, którzy byliśmy z nią związani, równie dobrze go zdaliśmy. Było różnie – raz lepiej, raz gorzej. Niejedno można było zrobić lepiej. Ale ogólnie przez ten okres, jak się wydaje, naród przeszedł dobrze. I to się ostoi. Te dzisiejsze wymyślania o okupacji, o czarnej dziurze – one wszystkie przeminą ze względu na to, że rozmijają się z rzeczywistością.

Panie profesorze, czy nie miał pan czasami ochoty, jak to się dzisiaj mówi, rzucić papierami? Powiedzieć: to już poszło za daleko! Tak jak po inwazji na Czechosłowację, kiedy Geremek rzucił legitymacją PZPR.
– Były takie momenty, ale jak raz nie w roku 1968. I nie była to Czechosłowacja. Oczywiście Czechosłowacją nie byłem zachwycony, uważałem, że to co najmniej przesada. Ale rozumiałem logikę zimnej wojny, która powodowała, że istniejący w tym okresie układ był nie do ruszenia. Próba jego podważenia była ryzykowna i pociągała za sobą tego typu konsekwencje. Ale w roku 1981 rzuciłem papiery. Wycofałem się z życia politycznego i zająłem jego opisywaniem. Bardzo jestem z tego zadowolony.

A czy był ktoś, kto pana rozczarował w życiu politycznym?
– Rozczarowań przeżyłem wiele. Rozczarował mnie Gomułka w 1970 r. Byłem wtedy przekonany, że wchodzenie w kombinacje z podwyżkami cen jest po prostu samobójcze. I byłem głęboko rozczarowany tym, że on się na to zdecydował. Z przerażeniem obserwowałem, że ludzie w jego otoczeniu, którzy podzielali mój pogląd, że to jest polityczny duży błąd, nie zająknęli się, ażeby próbować to pohamować. Myślę o ówczesnych członkach Biura. Gdyby ktoś wtedy się sprzeciwił, tej podwyżki przed świętami by nie było. Gomułka nie zrezygnowałby z niej, ale musiałby najpierw rozprawić się z tym oponentem. I możliwe, że to by się potoczyło inaczej. Byłem rozczarowany w roku 1976, kiedy kierownictwo gierkowsko-jaroszewiczowskie także zaczęło majstrować przy podwyżkach. Ale najbardziej mnie rozczarowało co innego – że po niepowodzeniu i po wycofaniu się z tej podwyżki oni dwa tygodnie później zamierzali ją jednak wprowadzić. Ostatecznie powstrzymał ich Leonid Breżniew, w Berlinie. Byłem tego prawie świadkiem, to znaczy nie byłem przy rozmowie, ale godzinę później dokładnie opowiedział mi o niej Gieorgij Szachnazarow (zastępca szefa wydziału KC KPZR – przyp. red.). Że Breżniew dość brutalnie przywoływał Gierka do porządku. Mówił tak: „To, co ja wam, towarzyszu Gierek, teraz mówiłem, że ma być koniec z podwyżkami, że trzeba się z tym pożegnać i trzeba dać narodowi ochłonąć, to nie jest nasza rada, to nasza decyzja”. To był język przypominający to, co mogło się dziać w roku 1945, 1946, a nie w roku 1976.

Miałem więc dużo różnych rozczarowań. Ale w polityce jest tak, że ludzie nigdy nie zgadzają się ze sobą na 100%. Zgodność na 80% jest bardzo duża. Na 60% jest wciąż wystarczająca. A to znaczy, że w polityce zawsze trzeba jakieś swoje rozczarowania podporządkować pewnej generalnej zgodzie. I jeśli mam czymś wytłumaczyć fakt, że 20 lat w tej polityce wytrwałem, to właśnie tym.

Jak ludzie władzy w PRL postrzegali Polskę? Jak rozumieli rację stanu? Jaki był ich cel? Powiedział pan już, że nie chcieli budować socjalizmu, co więc chcieli budować?
– Bardzo różnie to wyglądało. Inna była ta pierwsza formacja, wywodząca się z KPP, która miała pewne cechy romantyzmu rewolucyjnego, ideologicznego. To byli ludzie nawiedzeni czy raczej zauroczeni pewnym modelem rewolucji wzorowanym na radzieckim. Załamał ich referat na XX Zjeździe KPZR i chruszczowowska destalinizacja. Oni postrzegali Polskę Ludową dość dziwnie. Ich ideałem był raczej Związek Radziecki, a Polska Ludowa wydawała im się marnym wcieleniem tego ideału. Dlatego w 1948 r. poparli zwrot probolszewicki. Cieszyli się, że nareszcie wraca się do ich ideałów z młodości. Aleksander Zawadzki w gronie bliskich współpracowników z Centralnej Komisji Związków Zawodowych tak relacjonował swoje wrażenia ze spotkania w Szklarskiej Porębie (tajne spotkanie 27 września 1947 r. przedstawicieli partii komunistycznych: Związku Radzieckiego, Jugosławii, Bułgarii, Węgier, Rumunii, Czechosłowacji, Polski, Francji oraz Włoch, na którym podjęto decyzję o powołaniu Biura Informacyjnego Partii Komunistycznych i Robotniczych, Kominformu – przyp. red.): „Coś w naszym sercu grało, wreszcie będziemy z powrotem mieli nasz Komintern, dyrektywy. I nie rozumieliśmy tego Gomułki, dlaczego mu się to wszystko nie podoba”. To była jedna filozofia.

Późniejsze pokolenie, gomułkowskie, w dużym stopniu kierowało się tą argumentacją, której ja używam w obronie Polski Ludowej. Ono rozumowało w kategorii racji stanu dyktowanej sytuacją globalną. Nie używało tego argumentu w rozmowie z narodem. Niestety! Szkoda, bo to był racjonalny i trafny argument. Nie mówiono o nim, ale nim się kierowano. Choć w sytuacji krytycznej z Gomułki to wychodziło.

Kiedy?
– W styczniu 1957 r., kiedy zwracał się do społeczeństwa i mówił: „Kto skreśla kandydatów PZPR z list do Sejmu, skreśla Polskę z mapy Europy”. Wskazywał powód, dla którego to mówił, Budapeszt. Gomułka w rozmowach w węższym kręgu był człowiekiem Realpolitik. W rozmowie z narodem – nie. W rozmowie z narodem była ideologia.

Dlaczego?
– Języka Realpolitik w rozmowie z narodem, niestety, nie można było użyć ze względu na Związek Radziecki, który traktowałby to jako obelgę, że o nim się mówi jako o mocarstwie, z którym trzeba się liczyć. To było nie do przyjęcia. Związek Radziecki chciał być kochany za swoje piękno ideologiczne, nie wystarczał mu szacunek ze względu na pozycję i siłę międzynarodową.

Wreszcie pokolenie epoki gierkowskiej. Ono już było bardzo pragmatyczne. Była to formacja technokratyczna, która chciała budować kraj z ustrojem państwowego socjalizmu, ale bliższy ludziom, wydajniejszy gospodarczo, otwarty na świat, bardziej podobny do Europy. W dużym stopniu to się udawało. To nie przypadek, że w pamięci żyjących pokoleń ten okres rysuje się najlepiej. Choć w mojej pamięci najchlubniejszy okres jest popaździernikowy.

Wspomniał pan, że w Związku Radzieckim panowało przekonanie, że powinien być kochany, a nie szanowany. A jak oni patrzyli na Polskę? I drugie pytanie – w roku 1968 jako kierownik Wydziału Nauki i Oświaty KC PZPR był pan profesor na spotkaniu ze studentami Uniwersytetu Warszawskiego. Na tym spotkaniu był również wybitny pisarz Bohdan Czeszko. Dlaczego Wydział Nauki zaprosił literata na spotkanie ze studentami?
– Zacznę od końca – ja nie zapraszałem Bohdana na to spotkanie, on przyszedł sam. Pamiętam, stał w drzwiach i ironicznie przyglądał się temu, co się dzieje. A spotkanie odbyło się w kwietniu 1968 r. i dotyczyło przebiegu wydarzeń marcowych. Zasypywano mnie pytaniami głównie w tej sprawie. A Bohdan Czeszko stał w drzwiach i co pewien czas zachęcał mnie, żebym bardziej bojowo traktował „wrogów”. Wydawał takie okrzyki: „Dołożyć im, dołożyć!”. A ja nie paliłem się do tego.

Z Bohdanem Czeszką przyjaźniłem się, i to bardzo. I mógłbym sporo anegdot na jego temat opowiedzieć. Na przykład taką: niedługo po Październiku, byłem wtedy kierownikiem Wydziału Propagandy KC, mój ówczesny zastępca Ferdynand Chaber, który zajmował się wydawnictwami, ułożył tezy dotyczące polityki wydawniczej. W jego przekonaniu miały one posłużyć umocnieniu socjalizmu w twórczości. Ja to przeczytałem, entuzjazm Fredzia Chabera nie bardzo mi odpowiadał. Powiedziałem więc do niego: „Roześlij te tezy kilku pisarzom”. Wymieniłem Bohdana Czeszkę, ale też 15 innych osób. „Zbierz ich, porozmawiaj, co oni ci o tym powiedzą”. Minęło trochę czasu i dostaję list od Czeszki. Pisze do mnie tak: „Dostałem od twojego zastępcy tezy w sprawie polityki wydawniczej. Przynoszą one chlubę jego marksistowsko-leninowskim przekonaniom. Mnie one też odpowiadają, bo ja też chciałbym literatury socjalistycznej. Ale jedna rzecz zaniepokoiła mnie w tych tezach. Mianowicie, jest tam napisane, że literatura afirmująca socjalizm powinna być preferowana. Zrozumiałem, że powinna popłacać. Otóż obawiam się – pisze do mnie Czeszko – że twój przyjaciel, czyli ja, będzie musiał zdechnąć z głodu i będziesz musiał mnie wspierać. Nie dlatego, że ja bym nie chciał afirmować socjalizmu, ale głównie dlatego, że ja dookoła widzę takich, którzy jak najlepsze radary mają wyczucie, co należy afirmować, i oni mnie zawsze wyprzedzą”. Poprosiłem więc Fredzia, dałem mu do przeczytania list: „Zobacz, co Czeszko o tym sądzi”. On przeczytał i mówi: „Widzisz, jemu to też odpowiada. Z wyjątkiem tego jednego zdania. Więc to zdanie możemy wykreślić”.

Natomiast co w Związku Radzieckim sądzono o Polsce? To zależy, kto sądził. Inteligencji radzieckiej Polska wydawała się przedsionkiem zachodniej Europy. Polowano na kolorowe pisma z Polski, zaczytywano się w nich. Z kolei dla radzieckiego kierownictwa partyjnego wyglądało to różnie w różnych okresach, ale ogólnie Polska to był kraj socjalistycznie zacofany.

Co to znaczy?
– W 1969 r. byłem świadkiem rozmowy między Breżniewem a Gomułką, przy kawie, w czasie przerwy w dużej naradzie. Coś Breżniewa podkusiło i zapytał Gomułkę: „Kiedy wy wreszcie skolektywizujecie u siebie rolnictwo? I doszlusujecie do reszty krajów socjalistycznych?”. Jak to usłyszałem, pomyślałem: awantura murowana. Rzeczywiście, reakcja Gomułki była taka: „Towarzyszu Breżniew, my jesteśmy nawet gotowi to rozważyć, bo trochę nas dręczy, że wszystkie kraje skolektywizowały, a my nie. Ale wiecie, kiedy my naprawdę pomyślimy nad tym? Wtedy, kiedy wy przestaniecie importować zboże ze Stanów Zjednoczonych i sami zaczniecie je eksportować. Tak, żebyśmy w razie gdyby nam kolektywizacja nie wychodziła, mogli od was kupić miliony ton pszenicy, a nie od Amerykanów czy od Australii za dewizy. Czy wy nie rozumiecie – mówił dalej Gomułka – że wasza polityka rolna nie wyszła?”. Zaczęła się taka słowna przepychanka, którą przeciął dopiero Kosygin (Aleksiej Kosygin – premier ZSRR – przyp. red.). Włączył się w pewnym momencie i powiedział: „Towarzyszu Gomułka, my zdajemy sobie sprawę, że w sprawach polskiej polityki rolnej i polskiego rolnictwa wy się lepiej od nas orientujecie. Ale w sprawie naszego rolnictwa to my wszystko wiemy lepiej i żadnych pouczeń nie potrzebujemy”. Gomułka machnął ręką i zmienił temat.

Mówił pan o swoim niechętnym stosunku do SB i aparatu bezpieczeństwa. Podobny stosunek miał Gomułka. Mimo to aparat ten w Polsce Ludowej wciąż rósł w siłę. Jaki był tego powód? Dlaczego stał się państwem w państwie?
– Gomułka był wobec tego aparatu nieufny, bo przez cztery lata był jego więźniem. We wspomnieniach, które napisał na emeryturze, zawarł przykre dla polskiego wymiaru sprawiedliwości porównania z okresem przedwojennym. Uważał, że przedwojenny aparat wymiaru sprawiedliwości i policja były w sprawach politycznych bardziej praworządne niż w Polsce Ludowej. Że prokuratorzy byli bardziej rzeczowi, policja nie wrabiała i nie wmawiała przestępstw, których nie popełniono, że sądy kierowały się przepisami prawa. A to, z czym się zetknął jako więzień w Polsce Ludowej, wyglądało inaczej. W czasie jednego z pierwszych przesłuchań zaczął powoływać się na konstytucję. To wtedy kpt. Michalak, tak się nazywał przesłuchujący, wziął gumową pałę i ją pokazał – u nas to jest konstytucja. Więc Gomułka miał taki stosunek. A jednocześnie nie zdemontował tego aparatu całkowicie. Obawiał się, że może się okazać w jakichś krytycznych sytuacjach potrzebny. Zredukował go ilościowo, natomiast struktury zachował. Po procesie Romkowskiego (gen. Roman Romkowski, wiceminister bezpieczeństwa publicznego – przyp. red.) prokuratorzy wystąpili o to, żeby dokonać weryfikacji ok. 6 tys. oficerów Służby Bezpieczeństwa z punktu widzenia ich szacunku dla prawa. Gomułka wniosek ten odrzucił.

Polityka Gierka była inna. Gierek zaczął od bardzo dużej liberalizacji. Wszystkich więźniów politycznych, którzy po wydarzeniach marcowych jeszcze się zachowali, zwolniono w ciągu pierwszego roku ery gierkowskiej. I mniej więcej do 1976 r. nie było u nas żadnych więźniów politycznych. Jak na kraj dyktatorsko rządzony to coś znaczyło. Natomiast później ekipa gierkowska tolerowała ilościową rozbudowę tego aparatu. Głównie z powodu szybkiego wzrostu organizacji opozycyjnych. Ale nie znaczy to, że zakres represji był szeroki. Nie był szeroki, natomiast za opozycjonistami chodziła cała masa ludzi. Był taki generał w bezpieczeństwie, Adam Krzysztoporski, który mówił, że za 500 KOR-owcami chodzi 500 jego funkcjonariuszy. Oni głównie chodzili, a co pewien czas 10 z tych opozycjonistów zamykali. Gierek dawał na to zgodę. Wyglądało, że zmierzają do jakiegoś procesu, ale po trzech miesiącach, za namową Stanisława Kani, Gierek zgadzał się na ich wypuszczenie. Ogłaszano więc amnestię i wypuszczano 10 tys. więźniów kryminalnych, po to żeby tych 10 wypuścić. Niemniej jednak jest to okres, kiedy wpływy koteryjne SB w aparacie władzy rosną i rzucają cień na tę epokę.

Kiedy pan się dowiedział o Katyniu? Mieczysław Rakowski mówił, że on w czasie wojny, z gazet poznańskich. Inny człowiek władzy przyznał mi się, że od Władysława Gomułki. Kiedyś podczas ich rozmowy zeszło na Katyń, więc on powiedział, że to Niemcy. Na co Gomułka spojrzał na niego uważnie i zapytał: „Towarzyszu, a pewni jesteście, że to Niemcy?”. A pan kiedy się dowiedział?
– Chyba jeszcze w roku 1943. Ale z prasy radzieckiej i w ich wersji. Bo w jaki inny sposób na Syberii można było się dowiedzieć? Gdzieś na początku 1944 r., kiedy tereny Katynia zostały zajęte przez Armię Czerwoną, wysłano tam delegację z naszej armii. Z naszego batalionu pojechały dwie osoby. Ich relacje były ambiwalentne. Nie byli pewni, kto to zrobił. Dla mnie Katyń był problemem, ponieważ zginęły tam dwie osoby z mojej rodziny. Jeden wujek – policjant z Tarnopola i jeden wojskowy. Na zesłaniu byłem z wdowami po zamordowanych w Katyniu. Bo w tej wywózce, w której byłem ja i moja rodzina, wywieziono rodziny internowanych oficerów. Połowa zesłanych to były żony i rodziny oficerów i policjantów, którzy padli ofiarą tego mordu.

Rozmawiałem kiedyś na ten temat z Gomułką i on mnie pytał, co ja o tym sądzę. Powiedziałem, że my i moi koledzy w wojsku raczej podejrzewaliśmy NKWD. A Gomułka odpowiedział mi tak: „To jest zrozumiałe, bo wy nie byliście w czasie okupacji w kraju, a ja byłem”. I dodał: „Ja w czasie okupacji dałem wiarę, że to Niemcy. Bo ja po Niemcach spodziewałem się wszystkiego najgorszego. Ale – mówił – w momencie wyzwolenia zmieniłem zdanie. I już w 1945 r. byłem przekonany, że to zrobiło NKWD”.

Panie profesorze, jest pan zbiorem anegdot z czasów socjalizmu. Na różne okazje. Na urodziny również?
– To wydarzenie miało miejsce podczas 70. urodzin Stalina, kiedy delegacje poszczególnych republik składały mu życzenia. Przychodziły całe kierownictwa. I przyszli Gruzini, rodacy, i przyprowadzili poetę. I poeta odczytał wiersz, który z tej okazji napisał. Po każdej zwrotce powtarzał się refren: „Żyj nam wo sto let”. Generalissimus tego wysłuchał, skrzywił się i powiedział: „Nie oczeń szczedro”. Tamci wpadli w przerażenie, tak że na drugi dzień w piśmie „Zaria Wostoka”, które się ukazywało w Tbilisi, wydrukowali ten wiersz, ale z innym refrenem. On brzmiał: „Żyj nam wieczno!”.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 52/2019

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy