Słowo znów zniewolone

Słowo znów zniewolone

Anglosaskie uniwersytety coraz bardziej odchodzą od swoich liberalnych ideałów

Dla postronnych obserwatorów, którzy nie śledzą na bieżąco amerykańskiej debaty politycznej (zwłaszcza w mediach społecznościowych), niedawne wydarzenia na kalifornijskim kampusie Uniwersytetu Berkeley mogły wyglądać na studencką inscenizację powrotu do lat 60. Stosy palonych papierów, demonstracje, barykady z opon i koszy na śmieci przypominały protesty przeciwko wojnie w Wietnamie i zbiorowe niszczenie książeczek wojskowych.

Jednak różnica między obrazami sprzed kilku dekad, które weszły do kanonu popkultury i do amerykańskiej historii ruchów społecznych, a wydarzeniami z ostatnich tygodni (a w szerszej perspektywie – ostatnich kilku lat) jest fundamentalna. Dawniej studenci walczyli o prawa i swobody obywatelskie, w tym o kluczową na uniwersytetach wolność słowa. Pół wieku później ten wywalczony przywilej zdaje się bardziej krępować obecnych studentów i aktywistów, niż cieszyć.

Niemiły Milo

Młodzież z Berkeley protestowała przeciwko wystąpieniu internetowego prowokatora współpracującego ze sprzyjającym Trumpowi portalem Breitbart. Milo Yiannopoulos w ciągu kilkunastu miesięcy z niszowego komentatora, publikującego podcasty dla wąskiej grupy znajomych, urósł do rangi jednego z najbardziej wpływowych i szeroko cytowanych w sieci publicystów. Rozpoznawalność zyskał za sprawą kontrowersyjnych wypowiedzi o waszyngtońskich elitach, krytyki władz, ale także powielania nieprawdziwych informacji oraz seksizmu w komentarzach na temat życia publicznego w Stanach.

To nic nowego – podobnych były już dziesiątki, wielu znacznie bardziej wulgarnych. A jednak niemal nigdy przeciwko ich obecności na kampusach nie protestowano tak ostro. Ostatecznie studenci zwyciężyli, felietonista Breitbarta nie wystąpił na uczelni. Pozostaje pytanie, czy kierunek, w którym zmierza anglosaska akademia, kolebka debat o wolności słowa, nie jest zaprzeczeniem tych pryncypiów.

Starcia przed wizytą Yiannopoulosa to wierzchołek góry lodowej. W 2014 r. przez Wielką Brytanię przetoczyła się fala kontrowersji, po tym jak jeden z najbardziej znanych college’ów Uniwersytetu Oksfordzkiego, Christ Church, pod naciskiem protestów grup feministycznych oraz młodzieżówki Partii Pracy odwołał debatę na temat prawa do aborcji w Wielkiej Brytanii. Powodem skarg było to, że jako prelegent strony opowiadającej się za prawem do aborcji miał się pojawić mężczyzna.

Kilka miesięcy później na tym samym uniwersytecie powstał ruch na rzecz usunięcia z jednego z uniwersyteckich budynków popiersia Cecila Rhodesa, brytyjskiego zarządcy kolonialnego w Afryce i jednego z twórców kolonialnej potęgi Imperium Brytyjskiego. Aktywiści ruchu Rhodes must fall (Rhodes musi upaść) argumentowali, że upamiętnianie tego typu postaci godzi w ich tożsamość rasową. Pomnik chwały Rhodesa jest bowiem jednoznaczny z gloryfikacją ludobójstwa i kolonialnej eksploatacji Afryki. Liderzy ruchu w płomiennych felietonach do brytyjskich dzienników porównywali zrzucenie Rhodesa do niszczenia pomników Lenina i Stalina w krajach byłego Związku Radzieckiego (porównanie o tyle nietrafione, że sam pomnik był tak mały, że większość studentów Oksfordu nie wiedziała o jego istnieniu). W pewnym momencie postulaty ruchu urosły do absurdalnych rozmiarów. Żądano usunięcia ze zbiorów bibliotecznych wszystkich książek Rudyarda Kiplinga, który zdaniem aktywistów opisywał rzeczywistość Indii i innych kolonii „wyłącznie z imperialnego punktu widzenia”.

Poprawność zabija wolność

Problem ograniczania wolności słowa, cenzury prewencyjnej i maksymalnie rozdmuchanej poprawności politycznej nie dotyczy bynajmniej placówek elitarnych. Według zeszłorocznego raportu Joseph Rowntree Reform Trust, brytyjskiej organizacji pozarządowej działającej w sektorze szkolnictwa wyższego, ponad 90% uczelni na Wyspach Brytyjskich ma w regulaminach wewnętrznych ustalenia ograniczające wolność słowa. Uniwersytecki Ranking Wolności Słowa, bo tak nazywa się to zestawienie, wziął pod lupę setki regulacji uczelnianych na 115 uniwersytetach. Aż 63,5% regulaminów uznano za „mocno ograniczające swobodę wypowiedzi”. Niektóre są oczywiste, np. zakaz zapraszania postaci znanych z poglądów antysemickich. Inne już trudniej zrozumieć, jak choćby podpisane przez rektora zarządzenie o zakazie emitowania w uczelnianej rozgłośni konkretnej piosenki, gdyż może prowokować potencjalnych gwałcicieli, lub zakaz przebierania się na imprezach studenckich za Caitlyn Jenner, amerykańską celebrytkę, która przeszła operację zmiany płci. W tym wypadku kostium miał „zwiększać dyskomfort wśród osób transseksualnych”.

Zdaniem wielu ekspertów brytyjskich i amerykańskich poprawność polityczna zabija wolność debaty. Co gorsza, robi to dokładnie w miejscu jej narodzin, czyli na uniwersytetach. Dość powiedzieć, że NUS, narodowe zrzeszenie studentów w Wielkiej Brytanii, ma oficjalną listę organizacji, którym niejako z definicji nie przyznaje prawa do występowania na którejkolwiek uczelni. Jeśli chodzi o tę listę, możemy mówić o „hybrydowym” podejściu do tematu wolności słowa. Z organizacjami takimi jak Al-Muhajiroun, radykalne islamskie stowarzyszenie nawołujące do dżihadu, sąsiaduje tu chociażby BNP, Brytyjska Partia Narodowa, która mimo marginalnego poparcia pozostaje aktywnym uczestnikiem życia politycznego i na pewno ma wśród swoich wyborców studentów.

Uniwersytety w krajach anglosaskich krok po kroku przekształcają się z bastionów wolności słowa w twierdze poprawności politycznej. Zagrożenie dla komfortu studenta dostrzega się wszędzie, od piosenek w radiu i poglądów politycznych prelegentów do zaimków (chodzi o prawo używania bezpłciowych zaimków w kontaktach z profesorami i karanie wykładowców za niestosowanie się do tych zasad).

Prawda leży tam, gdzie leży

Jason Stanley z Uniwersytetu Yale, autor głośnej książki „Jak działa propaganda”, jest zdania, że źródłem ograniczeń wolności słowa stała się rozdęta do absurdalnych rozmiarów polityka safe spaces, czyli zamieniania uczelnianych kampusów w tereny wolne od konkretnych zjawisk. Według Stanleya za szlachetnymi hasłami eliminacji nietolerancji, rasizmu, seksizmu i innych społecznych plag często kryją się dyktatorskie wręcz zapędy studenckich liderów do odebrania prawa głosu wszystkim wyrazistym prelegentom, najczęściej z prawej strony sceny politycznej. Skutkiem tego całe pokolenia Amerykanów, Brytyjczyków, ale też tysiące obcokrajowców studiujących na tych uczelniach, dorastają bez umiejętności konfrontowania poglądów z jakąkolwiek opozycją ideologiczną.

Jak zauważa Nicholas Kristof z „New York Timesa”, traci na tym cała debata publiczna, co już widać w brytyjskiej i amerykańskiej polityce. Brakuje konstruktywnej dyskusji, bo przeobraża się ona stopniowo w zjawisko znane nam z polskiego podwórka, czyli odbieranie przez oponentów każdej różnicy zdań jako personalnego ataku na ich dobra osobiste.

Traci na tym również anglosaski warsztat dziennikarski. Młodzi publicyści nie potrafią patrzeć na przeciwne poglądy z pozycji innych niż krytyczne, w dodatku często jest to krytyka niemerytoryczna. Widać ten problem nie tylko na przykładzie Yiannopoulosa i Breitbartu, ale też w jednostronnym postrzeganiu świata przez lewicowe portale, takie jak Mother Jones czy Vox, platforma znanego publicysty Ezry Kleina. W chwili gdy społeczeństwa Zachodu stają w obliczu największej od dziesięcioleci polaryzacji, a klasa polityczna nawet w najstarszych demokracjach reprezentuje coraz niższy poziom, uniwersytety stają się hodowlą kolejnych „obrońców uciśnionych” w stylu Trumpa czy obrażających się na każdą krytykę marionetek przypominających przewrażliwionego Davida Milibanda. Próżno oczekiwać, że z murów uczelnianych, które chronią, a nie wystawiają na wyzwania retoryczne, wyjdzie kolejny Franklin Delano Roosevelt czy John F. Kennedy.
W czasach Trumpa i Brexitu, czy populistycznych triumfów w ogóle, uniwersytety mają do odegrania niesłychanie istotną rolę. W erze alternatywnych faktów to właśnie stamtąd powinien wyjść zdecydowany sygnał poparcia dla prawdy i nauki, głównie dlatego, że na inne instytucje państwowe raczej nie ma co liczyć. Żeby tak się stało, anglosaska akademia musi jednak się przeprosić z pluralizmem opinii. Jak mawiał prof. Władysław Bartoszewski, prawda nigdy nie leży pośrodku, prawda leży tam, gdzie leży. Studenci muszą tę prawdę szanować, nawet jeśli czasami wychodzi z ust największego wroga.

Wydanie: 9/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy