Śmiech pokoleń

„Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń”, pisał poeta w roku 1942.
Na szczęście nie mamy powodu do tak czarnych wizji, ale śmiech pokoleń mamy jak w banku. Zostanie po nas bowiem nie tylko kraj zaśmiecony od Tatr aż do morza plastikowymi odpadami, ale w dodatku kraj pozbawiony jakiejkolwiek rozsądnej formy przestrzennej, wynikającej z planowego gospodarowania. Przypominają o tym od czasu do czasu architekci i urbaniści, zdając sobie sprawę, że czynią to już po raz nie wiadomo który, wobec każdego kolejnego rządu, zawsze z podobnym skutkiem.
W materiałach kolejnej sesji Stałego Przedstawicielstwa Kongresu Budownictwa czytamy więc, że „czasy nowożytne, kodyfikując pojęcia dobra publicznego i interesu społecznego obarczyły władze państwowe, centralne i lokalne, odpowiedzialnością za racjonalne gospodarowanie przestrzenią”, co z tego jednak, skoro „kryzys gospodarki przestrzennej w Polsce ma wymiar dramatyczny”.
To prawda, że zwłaszcza w 2007 r. zwiększyła się liczba budowanych domów i mieszkań, ale rozwój ten posiada dwie główne cechy. Po pierwsze więc, koncentruje się niemal wyłącznie w sześciu ośrodkach metropolitalnych , Warszawie, Trójmieście, Wrocławiu, Krakowie, Łodzi i Poznaniu, pozostawiając w doskonałym bezruchu całą resztę Polski. Po drugie zaś, nie kieruje nim żaden logiczny plan, lecz „niewidzialna ręka rynku”. O ile jednak ta „niewidzialna ręka” w ujęciu Adama Smitha, wynalazcy tego terminu, była jednak ręką angielskiego dżentelmena, o tyle współcześnie jest to ręka chciwca, spekulanta, cwanego dewelopera lub zagranicznego inwestora, polującego na szybki i łatwy zarobek.
Stąd biorą się nie tylko ceny mieszkań, wahające się od 9 tys. zł za metr we Wrocławiu czy Krakowie do 6 tys. w Łodzi, które od 2001 r. wzrosły dwukrotnie, ale także rabunkowa gospodarka przestrzenią na przedmieściach i w najbliższym otoczeniu wielkich miast, gdzie buduje się byle co, narażając osiedlających się tu ludzi na to, że ich domy i mieszkania już wkrótce stracą wszelką wartość i nadawać się będą do wyburzenia. Ta sama chciwość i łatwizna rządzi też w centrach miast, gdzie powszechną tendencją jest likwidacja nawet najskromniejszych terenów zieleni i zamienianie ich w place budowy. W Warszawie od 1989 r. nie powstał ani jeden park publiczny, za to deweloperzy ostrzą sobie zęby na skrawki zieleni wokół Pałacu Kultury, a także drażni ich luźna zabudowa Ursynowa, gdzie pomiędzy już istniejące bloki chcieliby wepchnąć nowe.
Jest tysiące przyczyn tego stanu rzeczy. Główną z nich jest powszechny w czasach neoliberalizmu proces zawłaszczania przestrzeni publicznej przez przestrzeń prywatną, a więc wydzielone kondominia dla bogatych, basen prywatny zamiast basenu publicznego, kort tenisowy przy rezydencji zamiast kortu tenisowego przy szkole itd., itp. Piszą o tym socjologowie i badacze społeczni. Drugim jest przekonanie o państwie jako „stróżu nocnym”, który nie ma innych obowiązków poza policyjnymi, co odbija się także na strukturze polskiego budownictwa mieszkaniowego, gdzie potrzeby społeczne, za które odpowiadać powinno państwo, odgrywają podrzędną rolę. Ze 133 tys. oddanych do użytku w 2007 r. mieszkań 71 tys. są to inwestycje indywidualne, 46 tys. mieszkania przeznaczone przez deweloperów na sprzedaż i wynajem, a zaledwie 7 tys. stanowią mieszkania spółdzielcze. Udział państwa w tym wszystkim jest więc śladowy albo żaden. Rządy PiS mamiły społeczeństwo wizją 3 mln mieszkań, rząd Platformy w ogóle milczy na ten temat.
Nie bez znaczenia jednak wśród przyczyn katastrofy gospodarki przestrzennej w Polsce jest jej ideologiczne przekonanie, że plan, wszelki plan i planowość, jest synonimem „komuny”, narzucenie zaś komukolwiek jakichkolwiek wymogów wynikających z planowania przestrzennego jest naruszeniem demokracji i wywalczonej właśnie wolności gospodarczej.
Jest to oczywiście brednia. Kraje o rozwiniętej kulturze demokratycznej, Wielka Brytania, Holandia, Szwecja czy Francja, są zarazem krajami surowej dyscypliny planistycznej w zakresie urbanistyki i gospodarki przestrzennej, ich przeciwieństwem zaś są kraje pozbawione tradycji demokratycznych, czego przykładem są Szanghaj, Sao Paulo czy Singapur, o którym dr Adam Kowalewski, architekt, pisze, że „zniszczył wszystkie zabytki chińskiej kultury i jest dziś modnym megacity, zabudowanym szklanymi szafami”. Polska lokuje się raczej w tej grupie.
U nas jednak myślenie o indywidualnych zyskach łaczy się dodatkowo z absurdalnymi postawami ideologicznymi. Humorystycznym tego przykładem był nie tak dawno zamieszczony w „Gazecie Wyborczej” wywiad pani Jareckiej z architektem szwajcarskim Christianem Kerezem, autorem projektu muzeum sztuki nowoczesnej przy Pałacu Kultury w Warszawie. Autorka wywiadu domagała się od Kereza, aby koniecznie przedstawił swój projekt gmachu muzeum jako ideowy protest przeciwko stalinizmowi, ucieleśnionemu w bryle pałacu, podczas gdy ten tłumaczył jej łagodnie, że zaprojektował swoje muzeum jako płaskie i minimalistyczne, ponieważ pałac jest wysoki i szpiczasty. I tyle. Zupełnie zaś dobił dziennikarkę, mówiąc jej szczerze, że Pałac Kultury jest dlań jedynym wyraźnym i oryginalnym architektonicznym znakiem Warszawy i na tym polega jego wartość.
Podobne zdanie podziela dziś, o zgrozo, większość warszawiaków, nie wpływa to jednak na zideologizowane myślenie architektów i urbanistów. Ich nieustannym marzeniem jest zasłonięcie pałacu, skoro nie można go zburzyć. Powrócił więc znowu, wraz z platformerskim zarządem miasta, pomysł obudowania pałacu wianuszkiem drapaczy chmur, „szklanych szaf”, co nawet na makietach wygląda przygnębiająco, a cóż dopiero gdy wyobrazimy sobie żywego człowieka jako zgniecioną pchłę stojącą u stóp tych monstrów. Ale w projekcie tym przegląda się duch czasu – maniakalna myśl o zasłonięciu pałacu, bo wybudował go Rudniew na polecenie Stalina, a także deweloperska idea mnożenia kubatur, na których można zarobić, wspierana argumentem, że przestrzeń wokół pałacu jest „za duża”.
Nie jest za duża, tylko źle zagospodarowana – ale to już osobna dyskusja.
Śmiech pokoleń, którym pozostawimy po sobie pozbawione zieleni i przestrzeni publicznej miasta i zaniedbaną resztę kraju, będzie śmiechem ironicznym. Ale także cwaniacki śmiech przedsiębiorców i deweloperów budowlanych zamienić się może w śmiech gorzki, gdy spełnią się przewidywania architektów i urbanistów, że kraj pogrążony w nieładzie przestrzennym stanowi mało zachęcające miejsce dla napływu kapitału inwestycyjnego, nie mówiąc o turystyce i kontaktach kulturalnych. Nie jesteśmy sami na świecie. Każdy przytomny inwestor woli więc znaleźć się w takiej Pradze czeskiej na przykład, gdzie chodzi się po równych chodnikach, albo na Słowacji, gdzie dobre drogi biegną wśród niezniszczonego krajobrazu, a wyrzucone plastikowe torby nie przylepiają się do nóg za każdym podmuchem wiatru.

 

Wydanie: 8/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy