Jestem symetrystą

Jestem symetrystą

Ostatnie głosowanie w Sejmie przekonało mnie całkowicie. Jeszcze do niedawna miałem do Platformy, a ściślej do wielu jej polityków, jakiś sentyment. Niektórych znałem jeszcze z Unii Wolności, innych poznałem w czasie własnego pobytu w Sejmie. Teraz ostatecznie tego sentymentu się wyzbyłem. Prywatnie wielu z tych ludzi nadal będę lubił, niektórych także szanował. Uważam jednak, że najwyższy czas, by PO w ślad za PiS, a najlepiej razem z nim, zniknęła z głównego nurtu polskiej polityki. Wiem, że to życzenie się nie spełni. Polska jest skazana na PiS i na obecność PO jeszcze przez długie lata. Wielokrotnie powtarzałem, że nieszczęściem jest nie to, że PiS istnieje, ale to, że tak jak PiS myśli prawie jedna trzecia Polaków, a w tym myśleniu gorliwie wspiera ją Kościół katolicki (teologicznie poprawniej byłoby napisać, nie Kościół katolicki, ale przeważająca część episkopatu i duchowieństwa). Dopóki to się nie zmieni, a właściwie dopóki ta jedna trzecia się nie zmieni, zawsze znajdzie się siła polityczna, która będzie ją reprezentować, która będzie jej polityczną emanacją. Czy ta polityczna reprezentacja będzie się nazywała PiS, czy inaczej, nie ma to większego znaczenia.

Z Platformą pod tym względem jest dużo gorzej. Nie jest jedyną reprezentacją ludzi bardziej niż elektorat PiS wykształconych, bardziej nowoczesnych, bardziej proeuropejsko nastawionych i otwartych na świat, będących na ogół w lepszej kondycji materialnej niż ci, którzy są bazą wyborczą PiS. Tacy ludzie nie są skazani na Platformę. Przez jakiś czas zyskiwała na tym, że była największą antypisowską siłą polityczną. Uwierzyła, że tak ma być, a każdy, kto nie chce rządów PiS, musi popierać Platformę. Otóż już nie musi.

Porozbijana lewica wróciła do gry. W międzyczasie też się zmieniła. Lewica, a szczególnie jej część wywodząca się z Razem czy Wiosny, to nie partia sierot po PRL, kontynuacja PZPR. Kto taki zarzut dziś jej stawia, oprócz tego, że mówi nieprawdę (tym w polityce nikt za bardzo się nie przejmuje), coraz bardziej naraża się na śmieszność. W młodym pokoleniu, w którym postawy lewicowe są coraz częstsze, taka Lewica może zdobywać popularność.

Ruch Szymona Hołowni, Polska 2050, adresowany jest dokładnie do tego samego elektoratu, w który celuje Platforma. Ale ma nad nią tę przewagę, że nie jest uwikłany w przeszłość. W uzależnienie od Kościoła, w coraz bardziej z upływem czasu groteskowy antykomunizm, w początkową współpracę z PiS, z którym PO ręka w rękę likwidowała Wojskowe Służby Informacyjne, tworzyła CBA, „dekomunizowała”, „dezubekizowała”, „lustrowała”, budując mocny fundament pod gmach państwa PiS.

Gdy zbliżało się głosowanie ratyfikacyjne w Sejmie, Koalicja Obywatelska (de facto koalicja Platformy z samą sobą) nie bardzo wiedziała, co zrobić. Gdyby ratyfikacja się nie udała, Polska straciłaby miliardy euro. A mogła się nie udać. Ziobro i dowodzona przez niego przystawka jawnie zapowiadali, że zagłosują przeciw, bo te unijne miliardy ograniczą polską suwerenność. Gdyby cała opozycja zagłosowała solidarnie z Ziobrą i jego posłami przeciw, do ratyfikacji by nie doszło. Efekt? Nie tylko Polska (faktycznie, jak mawiała premier Szydło, Polki i Polacy) nie dostałaby unijnych miliardów. Zablokowałoby to europejskie fundusze dla wszystkich krajów Unii. Osłabiło po raz kolejny Unię, a Polska umocniłaby swoją pozycję unijnego warchoła, nieumiejącego w dodatku oderwać się od tradycji liberum veto.

Na opozycji gadano wiele, mętnie lub patetycznie (i zarazem mętnie), podczas gdy alternatywa była taka: albo głosować z PiS za ratyfikacją, albo z Ziobrą przeciw. Można też było jakoś rozmawiać z PiS, obiecywać poparcie w zamian za coś. Ale na opozycji uważano, że z PiS się nie rozmawia. Kierownictwo PO coś przebąkiwało, że przy okazji tego głosowania uda się (przy pomocy Gowina) odsunąć PiS od władzy (w szczegółach nie bardzo wiadomo jak), stworzyć nowy układ polityczny z tymże Gowinem, być może obdarowując go stanowiskiem marszałka Sejmu albo nawet premiera. Wszystko to było bardzo niekonkretne, bardzo naiwne, ignorujące arytmetykę na poziomie szkoły podstawowej. Platforma w wyraźnym politycznym stresie mówiła rzeczy wzajemnie sprzeczne, czasem niestety niedorzeczne. Raz, że trzeba zmusić PiS do przyjęcia określonych zasad podziału unijnych środków (jak to zrobić, nie rozmawiając z PiS, nie wiem), innym razem, że pieniądze unijne są bardzo potrzebne Polsce (więc chyba trzeba ratyfikować umowę), ale gdy PiS dostanie z Unii takie środki, to koniunktura gospodarcza się poprawi, przez co PiS może wygrać kolejne wybory (więc lepiej nie ratyfikować). Tymczasem Lewica podjęła rozmowy z premierem Morawieckim (wiem, że to ryzykowne, bo pan premier uznawany jest za notorycznego kłamcę, ale na razie nie mamy innego premiera), przedstawiła swoje warunki poparcia w głosowaniu nad ratyfikacją i te warunki zostały przyjęte.

Lewica zatem poparła rząd, umowa została ratyfikowana. No i zaczęło się! Rozległo się wycie, nakręciła licytacja, kto bardziej Lewicy dowali. Radosław Sikorski porozumienie z premierem przyrównał nawet do paktu Ribbentrop-Mołotow. Swoją drogą to chyba jego ulubione porównanie, do paktu Ribbentrop-Mołotow w przeszłości porównywał różne rzeczy. Platformę we wściekłym ataku na Lewicę wsparł sojuszniczo Michał Kamiński z kolejnej koalicji – Koalicji Polskiej (czyli tym razem koalicji balansującego nad/pod progiem wyborczym PSL z samym sobą). Różni, nawet dość rozsądni, wydawałoby się, politycy PO i PSL oraz zaprzyjaźnieni z nimi publicyści krzyczeli o zdradzie, jakiej dopuściła się Lewica, nazywając ją, ewidentnie wbrew faktom, nowym koalicjantem PiS. Na miano koalicjanta PiS mimo wielu zaprzeczeń znacznie bardziej zasłużyła w takim razie Platforma, która – powtórzę – będąc w opozycji, wspierała PiS w likwidacji WSI, tworzeniu CBA, w rozmaitych lustracjach i dezubekizacjach. Można odnieść wrażenie, że Platforma nie może wybaczyć Lewicy, że zrobiła coś, do czego jej, Platformie, brakło rozumu i konsekwencji.

Nie sądzę, aby mój apel do Platformy mógł być skuteczny, ale z obowiązku obywatelskiego apeluję: już nie pukajcie się w głowę, a przynajmniej ugryźcie się w język. Przestańcie wygadywać o Lewicy niestworzone i obraźliwe rzeczy. Bredzić, że stała się koalicjantem PiS. Uważajcie, bo doprowadzicie do tego, że wszelkie mosty między wami a Lewicą zostaną spalone, a jedność opozycji będzie jeszcze Polsce potrzebna.

Przypomnijcie sobie rok 2007. Kiedy teoretycznie, z pomocą zbuntowanych ówczesnych przystawek PiS – Samoobrony Leppera i LPR Giertycha – można było obalić rząd Kaczyńskiego. Wtedy Donald Tusk słusznie na to się nie godził. Wolał nowe wybory i je wygrał. Dziś w Platformie niestety brakuje kogoś na miarę ówczesnego Tuska. Dlatego do najbliższych wyborów parlamentarnych Platforma wyruszy z 10-15% poparcia.

Jeśli najbliższe wybory – obojętne, terminowe czy przedterminowe – PiS przegra, to opozycja będzie musiała stworzyć szeroką koalicję razem z Lewicą. Dzisiejsze, wynikające z głębokiej frustracji, głupie ataki na nią mogą sprawić, że taka koalicja będzie niemożliwa. Więc ugryźcie się w język, panowie.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 20/2021

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy