Smoleńsk – instrukcja obsługi

Smoleńsk – instrukcja obsługi

Jak czytać kolejne sensacyjne doniesienia o katastrofie Tu-154M?

Katastrofa smoleńska jest dziś oficjalną religią partii rządzącej, jej mitem założycielskim. Owszem, PiS funkcjonowało wcześniej, działali bracia Kaczyńscy. Ale tamten okres to czasy przed naszą erą, czasy dawnych legend, Stary Testament. Dla Jarosława Kaczyńskiego liczy się przede wszystkim Smoleńsk. On jednoczy prawicę.
To jest kluczowe wydarzenie, które obrosło takimi określeniami jak „zdradzeni o świcie”, „polegli pod Smoleńskiem”, „męczeńska śmierć” itd. Oczywiste są więc wojskowa asysta honorowa podczas kolejnych miesięcznic katastrofy, pomnik przed Pałacem Prezydenckim, uroczyste msze i manifestacje. Katastrofa przenoszona w sferę sacrum staje się państwowym świętem.

„Pancerna brzoza” i inne teorie

W tej opowieści Judaszem jest Donald Tusk, a zdradzonym i skazanym na śmierć – wiadomo kto. PiS tak właśnie, zupełnie bezwstydnie, interpretuje katastrofę smoleńską. Wpisuje ją w łańcuch polskich bojów, nieszczęść i zdrad – 17 września 1939 r., Katyń, powstanie warszawskie, żołnierze wyklęci, Solidarność i zdrada jej liderów, najpierw w sierpniu 1980 r., a potem w Magdalence, noc teczek, Smoleńsk. Katastrofa smoleńska nie może więc być zwyczajnym wypadkiem komunikacyjnym. I dlatego nigdy nie będzie wspólnego poglądu na jej przyczynę i przebieg. Żadne komisje, zespoły Laska, Millera czy inne tu nie pomogą.
Co nie znaczy, że były niepotrzebne. Historia smoleńskich interpretacji przecież ewoluuje.
W pierwszych miesiącach po katastrofie mówiono o wywołanej przez Rosjan sztucznej mgle, o rozpylonym przez rosyjski samolot helu, o bombie magnetycznej czy wreszcie o tym, że Tu-154M wylądował, a tych, co przeżyli, dobijano strzałami z karabinu.
Jesienią 2012 r., gdy w „Rzeczpospolitej” napisano, że na wraku prezydenckiego samolotu odnaleziono ślady trotylu, sam prezes PiS nie wytrzymał i mówił: „Zamordowanie 96 osób to niesłychana zbrodnia. Każdy, kto miał cokolwiek z tym wspólnego, powinien ponieść konsekwencje”.
Gdy kolejne teorie upadały, bo nie potwierdzały ich żadne fakty, pojawiały się nowe. Przeważnie zresztą każda następna przeczyła poprzedniej, ale to nie miało większego znaczenia. Zwłaszcza gdy promował je Antoni Macierewicz.
Jakie zatem teorie funkcjonują dziś w kręgach PiS? Bardzo popularna jest opowieść o „pancernej brzozie”, bo do jej zwolenników należy Jarosław Kaczyński, a jak wiadomo, jego słowo – w każdej sprawie – znaczy na prawicy najwięcej. Najkrócej mówiąc, i Kaczyński, i jego zwolennicy wątpią, by brzoza mogła złamać skrzydło Tu-154M. Twierdzą, że samolot tego typu, będący cywilną przeróbką bombowca strategicznego, powinien swobodnie wylądować wśród brzóz, łamiąc je i tratując.
Dlaczego tak się nie stało? Bo najprawdopodobniej nastąpił wybuch. Mówił o tym m.in. Antoni Macierewicz podczas posiedzenia sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Że były trzy wybuchy nad ziemią (stąd obecność trotylu na resztkach samolotu i niechęć Rosjan, by wrak nam oddać), w wyniku których samolot rozpadł się w powietrzu.
Ostatnio powtórzył to w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” Wacław Berczyński, przewodniczący powołanej przez Antoniego Macierewicza podkomisji ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej: „Z ogromnym prawdopodobieństwem, prawie z pewnością, można stwierdzić, że samolot rozpadł się w powietrzu”. Takie wnioski wysnuł na podstawie nowych zdjęć z miejsca katastrofy. „Zdjęcia pochodzą od naszych sojuszników. Pokazują teren przed katastrofą i zaraz po niej, 9 i 10 kwietnia”, dodał.
Ponieważ teoria brzozy i wybuchu w powietrzu może się nie utrzymać, PiS zajęło w sprawie katastrofy nowe rubieże. Powtarzana jest teraz innego rodzaju wątpliwość – otóż niesprawne, obarczone wadą fabryczną, mogły być silniki Tu-154M. Tę informację, niezwykle ważną dla śledztwa, ludzie Tuska, m.in. minister Siemoniak, ukrywali przed opinią publiczną.
Antoni Macierewicz mówił, że istnieją zeznania 250 (sic!) świadków, którzy widzieli ostatnie sekundy samolotu i wydobywające się z jego silników dym i ogień. Innymi słowy, być może bomby nie było, ale były złe silniki. I teraz pytanie: gdzie i kiedy zostały zepsute? Czy podczas remontu i przeglądu w Rosji, czy też ktoś celowo uszkodził je w Polsce?
Prezentując tę teorię, Antoni Macierewicz przyjął, niejako przy okazji, nową linię działania. Nie brnie już w kolejne wersje katastrofy, lecz używa słów: trzeba to zbadać, sprawdzić. Pomóżcie nam!

Dopaść Tuska

W tym celu zresztą powołał podkomisję mającą zbadać przyczyny katastrofy. Ma ona być odpowiedzią PiS na komisję Millera i przedstawić „prawdziwy” przebieg wydarzeń. Czy to się uda? Oczywiście, że tak. Komisja bowiem i sam Antoni Macierewicz obrali wygodny sposób postępowania – mnożą wątpliwości, wskazują, że pewne rzeczy w dotychczasowym śledztwie nie zostały wyjaśnione lub je pominięto (czy celowo? – pyta teatralnie Macierewicz). W ten sposób można dywagować przez kolejnych sześć, a nawet 36 lat.
Przykładem niech będzie sprawa wydobytej z rozbitego samolotu czarnej skrzynki QAR produkcji firmy ATM. Do rangi wielkiej afery urosła informacja, że Rosjanie zamiast niej przekazali Polsce inną skrzynkę, dopiero po jakimś czasie dali tę właściwą. Co zatem działo się z nią w tym czasie?
Antoni Macierewicz i cała machina propagandowa PiS dezawuują komisję Millera i jej ustalenia. Zarzucają jej, że powtarza to, co przedstawił rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) kierowany przez Tatianę Anodinę.
W ten sposób – do tego zmierzają dywagacje szefa MON – mamy dwie wersje katastrofy. Pierwszą, rosyjską, którą próbuje legalizować komisja Millera, i drugą – podkomisji Macierewicza, która odkrywa fakty dotychczas skrzętnie ukrywane. A jeżeli tak, jeżeli mamy dwie równoprawne wersje, to której mamy ufać? Tej moskiewskiej czy polskiej, najnowszej?
Innym sposobem dezawuowania ludzi PO jest przypisywanie im tajemniczych kontaktów z Moskwą. Na przykład o szefie kancelarii premiera Tuska Tomaszu Arabskim Macierewicz mówił: „Jeżeli chodzi o spotkanie, które odbyło się – o ile się nie mylę – 15 marca 2010 r. w Moskwie, w restauracji Dorian Grey, jeżeli nie mylę nazwy, w prywatnej restauracji przyjaciela jednego z oligarchów rosyjskich, odbyła się tajemnicza rozmowa między jedną z najważniejszych osób zajmujących się sprawami bezpieczeństwa w otoczeniu pana, wówczas premiera, Władimira Putina, a panem Arabskim. Tak, ta sprawa musi być do końca zbadana. Tak, rzeczywiście podczas tej rozmowy na żądanie pana Arabskiego, co było przedmiotem pretensji i monitu ze strony ambasadora Rzeczypospolitej pana Bahra, wyrzucono tłumaczkę. To była rozmowa wyłącznie w cztery oczy, którą prowadził minister Rzeczypospolitej pan Tomasz Arabski, sam na sam z przedstawicielem organów bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej w prywatnym lokalu będącym pod absolutną kontrolą służb Federacji Rosyjskiej. Można powiedzieć – nieroztropność. Ale, oczywiście, trudno się dziwić, że w opinii publicznej rodzą się w tej sprawie i inne wyjaśnienia”.
Tomasz Arabski, odpowiedzialny za organizację smoleńskiego lotu, jest zresztą obiektem szczególnych ataków PiS. Nie miejmy złudzeń – dlatego, że jest ostatnią instancją chroniącą Donalda Tuska. Celem PiS i tych wszystkich komisji jest wykazanie, że katastrofa to wina Tuska. Bo gdyby do Katynia Tusk poleciał razem z Lechem Kaczyńskim, to samolot by się nie rozbił…
Drugim polem ataku na Tuska jest zarzut, że rząd oddał sprawę śledztwa dotyczącego katastrofy w ręce rosyjskie, uznając, że tę sprawę reguluje konwencja chicagowska. Macierewicz mówi wprost: rząd złamał tym samym prawo. W Sejmie przedstawiał to tak: „Dysponuję dokumentami. Relacjami przewodniczącego zespołu, który został wysłany do Smoleńska przez pana Klicha. Z dramatycznymi wezwaniami, żeby coś zrobić, bowiem Rosjanie nie dopuszczają Polaków do miejsca zdarzenia, bowiem Rosjanie nie wydają przepustek, bowiem Rosjanie odmawiają dostępu do wraku, bowiem Rosjanie odmawiają dostępu do podstawowych badań. To wszystko są pierwsze, kluczowe dni. Do czasu zwiezienia wraku na miejsce obrysu, do tego momentu Polacy w ogóle nie mieli tam dostępu. Wiecie, panowie, dlaczego? Właśnie dlatego, że rząd pana Donalda Tuska złamał prawo Rzeczypospolitej. Zamiast powołać wspólną z Rosjanami komisję, na podstawie porozumienia z 1993 r., zgodził się na dyktat tzw. konwencji chicagowskiej. Mówię o tzw. konwencji, dlatego że w istocie była to samowola rosyjska, którą zaakceptowaliście.
Nie wiem, dlaczego to zrobiliście. Po prostu nie wiem. Ale zrobiliście. A teraz proszę, żebyście nie przeszkadzali dojść do tego, co rzeczywiście się zdarzyło”.
Innymi słowy, Antoni Macierewicz ma już de facto akt oskarżenia przeciw Donaldowi Tuskowi i jego ekipie. Bo może nie odpowiada on bezpośrednio za katastrofę samolotu, ale za organizację lotu, a potem oddanie śledztwa w ręce rosyjskie już tak. I za ukrywanie przed opinią publiczną wielu istotnych dokumentów. Na proces poszlakowy wystarczy…

Żeby wiara nie wygasła

A jak postępuje minister obrony, gdy musi odpowiedzieć na niewygodne pytania? Wtedy mówi krótko: to wersja Moskwy. Albo: to szkalowanie polskich generałów, polskich oficerów, plugawienie polskiego munduru, przykład zaprzaństwa. To wszystko uniemożliwia wszelką polemikę.
Jeżeli z jednej strony mamy bohaterów poległych w katastrofie, a z drugiej ludzi uległych wobec wroga, to już wiemy, że żadne porozumienie nie będzie możliwe. I tego porozumienia PiS nie szuka.
Podkomisja Macierewicza jest gwarancją, że przyczyny katastrofy będą badane, że sprawa wciąż będzie podgrzewana. Jeśli nie da się udowodnić, że to był zamach, wielki spisek, przynajmniej uda się zatrzymać inne ustalenia. Tak, żeby wiara nie wygasła.


Niewygodne pytania
O czym Antoni Macierewicz nie mówi

Minister obrony bardzo dużo mówi o feralnym locie Tu-154M i o samej katastrofie. Ale są informacje czy też wątpliwości, które starannie omija. Wiadomo dlaczego – bo nie pasują do sformułowanej przez niego tezy. Przypomnijmy fakty niewygodne dla Macierewicza.

Jaka była rola Kancelarii Prezydenta w procesie przygotowania wizyty?
Antoni Macierewicz ją pomija, tymczasem była istotna. Kancelaria Prezydenta współpracowała z Kancelarią Premiera podczas przygotowywania lotu, to ona ustalała listy gości zaproszonych na pokład. Efekty znamy…

Dlaczego Lechowi Kaczyńskiemu tak bardzo zależało na locie do Katynia?
Podczas uroczystości katyńskich miał być kręcony film i robione zdjęcia, które posłużyłyby do produkcji klipów wyborczych. To miała być inauguracja jego kampanii, której głównym motywem muzycznym była „Pieśń o Małym Rycerzu” z „Pana Wołodyjowskiego”. Dlatego 10 kwietnia Lech Kaczyński musiał być w Katyniu i uczestniczyć w odbywających się tam uroczystościach. Dlatego również Kancelarii Prezydenta tak bardzo zależało, by na pokład samolotu zabrać jak największą grupę VIP-ów.

Jak ustalano załogę na ten lot?
Dobierano ją z łapanki. Załoga w większości – z różnych przyczyn – nie miała uprawnień na ten lot. Pierwszy pilot, mjr Arkadiusz Protasiuk, nie miał uprawnień, by lądować na takim lotnisku jak Siewiernyj pod Smoleńskiem. Brakowało mu także znajomości języka rosyjskiego i rosyjskich komend.

Czy załoga znała rosyjski?
Okazuje się, że nie znała. A przynajmniej nie w stopniu, który pozwoliłby komunikować się sprawnie z wieżą kontrolną. Nie rozumiała komend z ostatnich minut, m.in. tej: „Horyzont 101”, która nakazywała natychmiastowe poderwanie samolotu.

Co robił w kabinie pilotów dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik?
Są też teorie głoszące, że nie wiadomo, gdzie był. Ale zapisy czarnych skrzynek pozwalają na 90% przypuszczać, że był w kabinie pilotów do końca. Bo z kimś piloci rozmawiają, i to z kimś wyższym rangą. Bardzo znaczące są ostatnio odszyfrowane słowa: „Po-my-sły”, które kierował do mjr. Protasiuka. To rodzaj nacisku i bezpośredniej sugestii, że trzeba lądować, a nie szukać lotniska zapasowego.

Dyskusja o tym, czy gen. Błasik przebywał w kabinie pilotów, czy nie, jest jedną z najgorętszych. Zwłaszcza że wszystkich tych, którzy ośmielają się twierdzić, że w niej był, Antoni Macierewicz nazywa zaprzańcami i zwolennikami wersji Moskwy, a wdowa po generale dodaje, że szargają jego pamięć i obrażają polski mundur.

Kiedy zapadła decyzja, że samolot wyląduje w Smoleńsku?
Nie ma na to pytanie prostej odpowiedzi. Wiadomo, że szef protokołu dyplomatycznego Mariusz Kazana na wieść, że być może trzeba będzie szukać lotniska zapasowego, mówi najpierw: „No to mamy kłopot”, a potem, po jakimś czasie, że jeszcze nie zapadła decyzja. Co więc się stało między słowami: „Nie mamy jeszcze decyzji” a podjęciem próby lądowania? Odpowiedzi są dwie, trzy – albo tę decyzję podjął sam, albo usłyszał ją poza kabiną (mógł z niej wyjść na chwilę, czego mikrofony nie wychwyciły), albo poznał ją niewerbalnie, np. z gestów gen. Błasika. Jak było naprawdę, tego już się nie dowiemy.

Czy pilot pod wpływem stresu „zawiesił się”?
Doświadczeni piloci czytający stenogramy z zapisu czarnej skrzynki sugerują, że w ostatnich minutach przed lądowaniem mjr Protasiuk sprawiał wrażenie „zawieszonego”, tzn. człowieka pogrążonego w wielkim stresie, zajętego szukaniem ziemi, niepotrafiącego dowodzić załogą. Tu-154M zniżał się ze zbyt dużą prędkością, znacznie większą niż dopuszczalna, która tak czy inaczej groziła katastrofą. Samolot zszedł poniżej 100 m, czego kategorycznie zakazywały regulaminy, można było odnieść wrażenie, że pilot chce zejść poniżej pułapu chmur, dostrzec ziemię i wylądować. Ale dlaczego robił to, łamiąc regulaminy i nie reagując na ostrzeżenia automatycznego systemu: Terrain ahead i Pull-up? Czy w ramach realizacji polecenia „Po-my-sły”?

Czy wieża kontrolna wprowadziła pilotów Tu-154M w błąd?
Na pewno dowództwo lotniska Siewiernyj powinno je zamknąć na czas mgły. Dlaczego tego nie zrobiono – najprawdopodobniej z uwagi na konsekwencje dyplomatyczne. Trudno jednak zarzucać kontrolerom, że wciągnęli samolot prezydencki w pułapkę. To polscy piloci zdecydowali się na zejście poniżej 70 m i lądowanie.

Czego dotyczyła rozmowa braci Kaczyńskich?
To kolejna nierozwiązana zagadka lotu do Smoleńska. W jego trakcie, już po informacji, że na lotnisku jest mgła, Lech Kaczyński zadzwonił do Warszawy, do Jarosława. Oficjalnie po to, by powiedzieć mu o zdrowiu mamy. Prezydent przed odlotem kontaktował się z lekarzem pani Jadwigi. Pytanie nasuwa się samo: czy bracia rozmawiali tylko o zdrowiu mamy? Tego się nie dowiemy, dopóki nie zostanie ujawniona ich rozmowa. A jest bardzo prawdopodobne, że została nagrana przez służby Rosji, USA i Białorusi.

To są najpopularniejsze pytania dotyczące katastrofy. Nie ma na nie oczywistych odpowiedzi, pozostają domysły, spekulacje, analiza nagrań (coraz więcej udaje się z nich odczytać), stenogramów i całej sytuacji.

Jednak podkomisja Macierewicza tym się nie zajmuje. Interesują ją tylko sprawy dla niej wygodne, sprzyjające wersji o spisku, wybuchu, winie Moskwy i Tuska.

Tak czy inaczej – warto je zadawać. I sceptycznie traktować kolejne „prawdy wiary” Antoniego Macierewicza.

Wydanie: 15/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Kropkozjad
    Kropkozjad 15 kwietnia, 2016, 20:05

    Lotnisko nie zostało zamknięte, ponieważ ponieważ zgodnie z prawem lotniczym rosyjskim, międzynarodowym i polskim, lotniska nie zamyka się z powodu złych warunków atmosferycznych.
    Mgła i niska podstawa chmur nie występuje na lotnisku a w przestrzeni powietrznej. Lotnisko albo jego część (drogę startową, drogę kołowania, czy płytę postojową) zamyka się, gdy występują przeszkody w naziemnym ruchu statku powietrznego.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy