Stonka w mediach publicznych

Stonka w mediach publicznych

Jaka jest różnica między sławnym ostatnio białoruskim sędzią piłkarskim Siergiejem Szmolikiem, który prowadził mecz, mając 2,6 promila alkoholu we krwi, a PiS-owskimi dziennikarzami, którzy jak stonka obleźli media publiczne? Żadna. Jedno i drugie jest kuriozum nieznanym w cywilizowanym świecie. Dziś w Europie tylko Prawo i Sprawiedliwość oraz Białoruś mają identyczny stosunek do mediów publicznych. Mało tego! To Łukaszenka mógłby się od Jarosława Kaczyńskiego dowiedzieć, jak utrzymać pełną kontrolę nad mediami publicznymi po przegranych wyborach. A swoją drogą skuteczność PiS w rządzeniu TVP i Polskim Radiem warta jest głębszych studiów. To niebywałe, jak łatwo ekstremiści polityczni, mając poparcie tylko części Polaków i korzystając z niskiej frekwencji wyborczej, mogli przy poparciu jeszcze bardziej egzotycznych partii (Liga Polskich Rodzin i Samoobrona) przejąć pełną władzę nad obszarami, które ich najbardziej interesowały. Nie gospodarka, autostrady czy służba zdrowia, ale służby specjalne i media publiczne. W rekordowo szybkim czasie, nocą, zmieniając prawo, psując wieloletni konsensus, PiS zawłaszczyło Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Radę, którą szybko doprowadzono do katastrofy, bo nigdy w swojej historii nie była tak jednostronna i tak marna kadrowo. Elżbieta Kruk obsadzona przez PiS na stanowisku przewodniczącej KRRiTV, nie mając zielonego pojęcia o rynku mediów, zajmowała się tylko poleceniami kierownictwa partii i obsadą kadrową w podległych jej instytucjach. Seria głupot i niekompetencji zaowocowała kompletną utratą autorytetu rady. A pani Kruk, teraz jako posłanka PiS, dalej zajmuje się mediami, tyle że w komisji sejmowej. Robi też to samo, co wcześniej. Pilnuje, by ponad setce ludzi, których PiS powsadzało do mediów publicznych, nie spadł włos z głowy.
I tak długo nie spadnie, jak długo rządząca koalicja razem z lewicą tego nie przerwą. O takie porozumienie nie jest łatwo, bo po pierwsze, ustawa medialna autorstwa Platformy Obywatelskiej nie może być w tym kształcie zrealizowana, bo zagraża rozwojowi, a nawet bytowi mediów publicznych. Trzeba więc ją w przyszłości zmienić, a przynajmniej solidnie poprawić. A po drugie, lewica ma wiele powodów do nieufności wobec faktycznych intencji PO w sprawie przyszłości TVP, Polskiego Radia i PAP. Nie ma zgody zwłaszcza na rozmaite pomysły prywatyzujące te media.
Ale przy wszystkich uwagach krytycznych, zastrzeżeniach i obawach porozumienie w tej sprawie z PO i PSL jest rozwiązaniem, dla którego nie ma alternatywy. Poparcie weta prezydenta Kaczyńskiego przez lewicę oznaczałoby sojusz polityczny z formacją, której strategicznym celem było i jest całkowite wyeliminowanie lewicy z życia publicznego. W mediach już to się PiS całkowicie udało. Dziennikarze lewicowi do telewizji Urbańskiego i radia Czabańskiego nie mają wstępu. Ludzie o poglądach lewicowych mają płacić abonament i oglądać programy Joanny Lichockiej, Wildsteina i Ziemkiewicza. Tendencyjne, napastliwe, z bardzo małą widownią, ale za to bardzo dobrze płatne. Oni do końca będą czerpali z kasy publicznej, trzymając transparenty w obronie niezależności mediów. Nawet Mrożek by nie wymyślił większego absurdu. Dla PiS dożynanie mediów publicznych nie jest żadnym problemem. Dla nich liczą się tylko kadry. Ich kadry! Najwyższy czas, by wylecieli z mediów publicznych w taki sam sposób, jak trzy lata temu je zdobyli.

Wydanie: 29/2008

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy