Tak toczy się światek

Tak toczy się światek

Polish jokes w polskim radiu. Program pierwszy Polskiego Radia ogłosił konkurs z nagrodami na temat antytechniki w PRL. Pan Michalski, jeśli dobrze usłyszałem nazwisko, kokieteryjnie przesłodzonym głosem zachęcał słuchaczy do przypominania sobie nonsensownych maszyn i urządzeń wyprodukowanych w reżimie komunistycznym, takich jak na przykład maszyna służąca do dorzucania kamieni do węgla w jakiejś kopalni. Polskie Radio uznało, że gadanie o krwawych zbrodniach komunistycznych już się słuchaczom przejadło, akcję dyfamacyjną trzeba przenieść na inny teren, i wybrało przemysł. Uprzemysłowienie kraju, może za szybkie, może zbyt forsowne, było tytułem do chwały Polski Ludowej w początkowych dziesięcioleciach jej istnienia. Uznawali ten tytuł nawet polityczni przeciwnicy, jak na przykład Czesław Miłosz w swym sławnym artykule tłumaczącym, dlaczego wybiera emigrację. Głupkowaci, ale wiedzący, co kiedy popłaca, dowcipnisie z Programu I Polskiego Radia chcą przykryć propagandowo historyczne osiągnięcie, przenosząc uwagę słuchaczy na kilka czy kilkanaście niewydarzonych pomysłów, jakie w każdym uprzemysławiającym się kraju, a nie tylko w zaczynającej prawie od zera powojennej Polsce się zdarzały.

Liberałowie gospodarczy mówią, że uprzemysłowienie wprawdzie nastąpiło, ale osiągnięte zostało niewłaściwymi metodami. Niewidzialna ręka rynku skuteczniej i taniej doprowadziłaby do takiego, a może i lepszego efektu. Osobiście zawsze byłem przyjaźnie usposobiony do niewidzialnej ręki, ale wiedziałem też, że nie wszystkim narodom jest ona tak samo pomocna. Nie trzeba jechać aż do Chicago, bo już w Nowym Jorku widać, że inaczej ona działa na Anglosasów niż na Latynosów, inaczej na Polaków niż na Chińczyków. Manhattan i Bronx, podległe działaniu tej samej niewidzialnej ręki, wyglądają jak miasta z dwu krańców Ziemi, z dwu systemów społecznych, i niewiele mniejszy jest kontrast zachodzący między Harlemem a resztą Manhattanu. A jak figurują Polacy pod władzą pisanych i niepisanych praw amerykańskich? Im bardziej jednorodnie polska jest dzielnica, tym bardziej przypomina galicyjskie, kieleckie czy podlaskie miasteczko. Odzwierciedla się to w popularnych dowcipasach o Polakach, tak zwanych polish jokes. Typowy: ilu Polaków trzeba do wkręcenia żarówki? Co najmniej dwóch, jeden trzyma żarówkę, a drugi nim kręci. Poślijcie wiadomość o tej antytechnice panu dyrektorowi Programu I Polskiego Radia w Warszawie, dostaniecie nagrodę. Pomysł tego konkursu sam jest przykładem polish jokes. Warto ogłosić, w czyjej głowie się zrodził, żeby podejrzenie głupoty nie padło na wszystkich radiowców.

*
Mały neonazista. Gdy miałem dwanaście lat, przeczytałem książkę „Mroki średniowiecza” Józefa Putka i chyba nie wszystko zrozumiałem, skoro zaraz pochwaliłem się przed księdzem. Ksiądz Tomza, doktor obojga praw, dobrotliwie, ale stanowczo odradził mi czytanie takich książek, ale co się stało, to się nie odstanie i już na resztę życia zostałem byłym antyklerykałem. Nie zmyło tego ze mnie bierzmowanie i każdy ma prawo o mnie powiedzieć: o, idzie ten były antyklerykał! Nawet gdybym na przemian z Robertem Nowakiem prowadził rozmowy niedokończone w Radiu Maryja, nic by mi to nie pomogło.
Co takiego w dzieciństwie przeczytał pan Farfał, prezes państwowej telewizji, że go to natchnęło „neonazizmem”? Cokolwiek to było, pozostanie on już do końca życia neonazistą. Nastolatkom obojga płci, gdy tylko wypadną na chwilę z właściwego sobie sposobu życia polegającego na odrabianiu lekcji oraz zakochiwaniu i odkochiwaniu się, przychodzą do głowy najniedorzeczniejsze myśli. Nikt rozsądny im później tego nie wypomina. Dlaczego robić wyjątek dla Farfała? Giertychowców, a zwłaszcza ich pryncypała „darzę” najszczerszą antypatią i uważam za ugrupowanie społecznie szkodliwe, gdybym jednak chciał któregoś z nich wyrugować z posady, nie mówiłbym o „nazizmie” czy „neonazizmie”, bo jest to słowo w Polsce sztuczne, propagandowe, lecz zwróciłbym uwagę na szkody, jakie oni na swoich stanowiskach wyrządzają. Dlaczego wrogowie Farfała nie mówią nic o błędach, kłamstwach i innych niegodziwościach, jakie kierowana przez niego telewizja wylewa na kraj, w czym zresztą nie jest odmienna od prywatnej TVN. Wszystkie kłamią i ogłupiają ludzi, ale znawcy może potrafią wyodrębnić specyficzne szkody powodowane przez telewizję Farfała. Ponieważ mówią w kółko tylko o „nazizmie”, co nic nie znaczy, ma się prawo myśleć, że chodzi im jedynie o stanowisko dla swojego człowieka. Farfał musiałby być geniuszem zła, żeby umieć pogorszyć to, co z telewizją państwową zrobili już Wildstein i Urbański.

*
Rosja bez Gruzina. Każda chwila przynosi potwierdzenie, że rozpad Związku Radzieckiego był zdarzeniem opatrznościowym i zbawiennym. Wyobraźmy sobie, że Gruzja nadal pozostaje częścią Związku Radzieckiego. Gruzini w kierowaniu tym imperium odgrywali ważne role, Stalinem nadal się chlubią. Był jeszcze Ordżonikidze, był Beria ze swym gangiem oprawców, wreszcie Szewardnadze, najbliższy współpracownik Gorbaczowa. Obecnie szanse na sprawowanie najwyższych urzędów w ZSRR, może nawet generalnego sekretarza, miałby niewątpliwie Saakaszwili. Ten by dopiero dał popalić! Żądny władzy, kłamca nałogowy, prowokator, umysł bystry i ciasny, nieliczący się z nikim, charakterologicznie bliżej mu do wczesnych bolszewików niż do Szewardnadzego. W każdych warunkach zrobiłby karierę polityczną, także w ZSRR. To, co nazwałem zdarzeniem zbawiennym, dla niego było utratą wspaniałej możliwości. (Gdyby Ludwik XV nie przyłączył Korsyki do swojego królestwa, Korsykanin Bonaparte nie zostałby cesarzem Francuzów).

*
Gdańska koteria chciała zawłaszczyć rocznicę wolnych wyborów i wielką fetę zaplanowała w Gdańsku. Aliści nieprzewidziane okoliczności zmusiły ją do ucieczki na Wawel. Dzięki temu uroczystości rocznicowe nabiorą charakteru ogólnopolskiego. Tak to ślepy przypadek okazuje się czasem mądrzejszy od wyrachowania polityków.

Wydanie: 19/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy