To Suwalszczyzna wita

To Suwalszczyzna wita

smart

W krainie wielkich i małych jezior i kultury pogranicza Michał jak wielu młodych ludzi nie znalazł pracy na Suwalszczyźnie. Dlatego postanowił założyć własny biznes i zająć się turystyką. A ponieważ jest po leśnictwie, udało mu się połączyć jedno z drugim – czyli własne zainteresowania z możliwościami, które daje ta kraina, bo mieszka nad Czarną Hańczą. Nie obyło się bez pomocy rodziców – Bożeny i Zbigniewa Masłowskich, którzy pochodzą z rodzin o tradycjach leśniczych. A nawet prababci Bernardetty, której ojciec przed II wojną był leśnikiem. Jednym słowem, duch miłości do przyrody w tej rodzinie nie gaśnie, pałeczkę przejmuje młode pokolenie. Od Budy Ruskiej do Tartaczyska Startujemy z Dróżniczówki, skąd zabiera nas busem Zbigniew Masłowski, który oprócz tego, że pomaga synowi, pracuje przy wyrębie lasu. Jedziemy drogą w kierunku Budy Ruskiej, gdzie są przygotowane kajaki i gdzie rozpocznie się spływ. Po lewej stronie mijamy posiadłość prezydenta Komorowskiego, który nie wybudował obiecanej mieszkańcom asfaltowej drogi, dlatego kurzy się jak diabli, ledwo widać ogrodzenie. Tutaj sympatie są podzielone, jedni popierają obecną władzę, drudzy – poprzednią. Młodym jest wszystko jedno, byle iść do przodu, tak jak Michałowi, który wziął dotację z Unii Europejskiej, by móc rozpocząć karierę zawodową (w jego przypadku jest to właśnie organizowanie spływów kajakowych Czarną Hańczą, ale wcześniej musiał się zarejestrować w urzędzie pracy jako bezrobotny). I tak trzymać, bo starsze pokolenie musi przeżywać wzloty i upadki, zwłaszcza te ostatnie związane są z polityką, która rozdaje karty nawet w leśnictwie, a może zwłaszcza w nim, nadleśniczowie bowiem muszą dziś należeć do partii rządzącej, jak mówi jeden z zaufanych ludzi, wymieniając nowe nazwiska. – Najbardziej szkoda fachowców, czyli zwykłych doświadczonych leśników, na których pracy opiera się cała gospodarka lasem, a którzy też zostali wymienieni na „swoich” – wzdycha pan J. ze wsi Giby. Diana i Jan Chrzciciel Czeka nas 12 km trasy Czarną Hańczą, a wybraliśmy średnio trudną, bo jest jeszcze 15-kilometrowa w kierunku Dworczyska, przez Puszczę Augustowską – dla bardziej zaawansowanych kajakarzy, i mający tylko 4 km odcinek do Studzianego Lasu – dla osób z małymi dziećmi. My jesteśmy w miarę młodzi i wysportowani, chociaż ja kajakiem pływałam ostatnio w liceum. Pan Zbyszek zapewnia, że nasz wybór jest najlepszy – są tutaj najpiękniejsze zakola rzeki, a właściwie wije się ona jak serpentyna. I dobrze, jest upał 30-stopniowy, więc na rozpoczęcie spływu nadaje się godz. 9. – Najpierw będziecie płynęli pod słońce, trzeba więc szybciej pokonać ten odcinek, a potem już pojawią się drzewa i półcienie, wtedy będzie można zwolnić i zatrzymywać się na kąpiel. Miejscami rzeka będzie bardzo płytka i rwąca, jak potok, sami zobaczycie, wtedy lepiej wiosłować dalej – uprzedza nas ojciec dopiero co powstającego biura turystycznego. Jesteśmy mu wdzięczni, ale sami chcemy wszystko sprawdzić i poczuć na własnej skórze. To tak jak z planami – trzeba je mieć na życie, ale potem i tak wymagają korekty. Chociaż więc pan Zbigniew mówi, że podróż potrwa od dwóch do czterech godzin, w praktyce wychodzi inaczej. Bardzo silny wiatr zmusza nas do ostrego wiosłowania, a słońce pomimo poranka pali niemiłosiernie. Decydujemy się na postój wcześniej, niż zakładaliśmy, tym bardziej że kusi zielona, pięknie przystrzyżona trawa, drewniane pieńki i stoliki, a także świeże drożdżowe jagodzianki z kawką. Mnie brakuje zsiadłego mleka, ale dobrze, że wzięłam ze sobą kefir. Mój partner zabrał trochę migdałków i parę cukierków miętowych, mamy termos z herbatą i kanapki. Wszystko przyda się na potem, teraz zjemy po pół jabłka; nie będziemy pili proponowanych nalewek, bo w upał tylko osłabiają. Obsługuje nas dowcipna para: Diana i Jan Chrzciciel, jak o sobie mówią. Ona sprzedaje, zachowując postawę księżniczki, on zabawia turystów, opowiadając różne historie. A to, że mieli dopiero co spływ narkomanów, żaden z nich niczego nie kupił, bo pan kierownik wycieczki, widocznie terapeuta, nie pozwolił nikomu opuścić łodzi. – Stali tylko na brzegu i smażyli się w słońcu, aż mi ich było żal, bo byli spoceni jak diabli – mówił Jan, który sam przyznał, że od 12 lat jest niepijącym alkoholikiem. Dlatego tylko pokropił nas wodą

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2021, 30/2021

Kategorie: Kraj