Ogień i mróz

Ogień i mróz
Na tle mroźnej i płonącej Ukrainy lepiej widać Polskę. I luksus naszej skłóconej, ale funkcjonującej demokracji. I jak to dobrze, że nie trzeba protestować w tak wielki mróz.
A prawica polska ma pretensje do polskiego rządu, o Kijów też. Ten rząd jest tak zły, że niczego nie zrobi dobrze. Taka przesada w krytyce ośmiesza krytykujących. PiS ma wizję pożaru rewolucji na Ukrainie. Czy jednak wtedy nie opanowałby jej żywioł radykalny i narodowy? Nacjonaliści zawsze szukają wroga wśród sąsiadów. Nawołując do radykalizmu, działa się sprzecznie z polską racją stanu.
Ogień nie tylko rewolucji łatwo się wymyka spod kontroli. Niczego nie palono w Stoczni Gdańskiej w roku 1980. Ale rozszerzanie się strajków od Wybrzeża w dół kraju przypominało wielki pożar lasu. Podobnie zaczęło się dziać na Ukrainie, ale nie szlakiem fabryk – czy aż tak niewiele przeżyło kapitalizm?
Na Ukrainie, pamiętajmy, prezydenta i parlament wybrano w demokratycznych wyborach. Na dodatek kraj jest podzielony, nawet językowo. I bardzo skorumpowany. Do tej pory każda zmiana i reforma tonęła w kłótniach i w korupcji.
W Polsce w roku 1980 była klasa robotnicza, istniała tradycja buntu. I lud, w imię którego stworzono PRL, sam obalił fikcję. Problem był taki, że tuż obok biło wielkie, purpurowe serce sowieckiego imperium. Ta presja gasiła konflikty. Pod skórą jednak konflikt nabrzmiewał, na tej samej osi co przed wojną, między endecją a piłsudczykami. Marszałek, wielu polityków, uczonych i pisarzy – wszyscy oni widzieli w Polsce dwa różne narody. I tak jest nadal. Wielką rolę odgrywa tu „chemia psychiczna”, różnie myślimy o świecie. Dzisiaj przerażenie wielką zmianą cywilizacyjną wzmacnia ten podział.
W sierpniu roku ‘80 gra była bardzo ryzykowna, ale zwycięzców nie rozlicza się z ryzyka. Balansując na ostrzu noża, byliśmy wystarczająco zgodni, by stworzyć „Solidarność”. Ta pierwsza była za wcześnie. To musiało się skończyć katastrofą. 
W sierpniu roku ‘80 byłem w stoczni. Niezwykły spektakl rozgrywał się na scenie, jak w ogromnym teatrze narodowym. Ożyła poezja romantyczna. Przybywały delegacje z całego kraju, ludzie wchodzili na scenę i przemawiali. Do finału brakowało Śląska. Znakiem, że tam też się zaczyna, był przyjazd delegacji z Krosna, 14 ludzi w ciemnych, skromnych garniturach. Podbiegł wtedy do mnie doradca strajkujących, odważny opozycjonista, wybitny ekonomista, i zawołał: – Ty, to jest rewolucja! 
O tak, czułem to. – To dobrze – mówię. On: – Co ty, wejdą ruskie czołgi. 
Miałby rację, gdyby wjechały. A potem stan wojenny. Jak na skalę operacji było zaskakująco mało ofiar, starano się nawet, by ich w ogóle nie było. Czasami coś nie wyszło. W trakcie zamachu majowego w 1926 r. zginęło 600 osób.
Przez rok stanu wojennego ukrywałem się. Pamiętam, jak na początku swojej odysei spotkałem się z teściem, był w AK, w powstaniu. Myślałem, że znajdę u niego zrozumienie, kiedy oświadczyłem, że to przypomina hitlerowską okupację. Spojrzał na mnie jakoś tak, że do dzisiaj pamiętam to spojrzenie. I nic nie powiedział.
Lata 80. jednak były koszmarne także dlatego, że dusza nam wtedy podgniła. Z drugiej strony skala oporu stała się imponująca, co mogło być wielkim kapitałem na lata 90. Ale musieliśmy rzucić się sobie do gardeł.
Na Ukrainie byłem dawno-niedawno, w roku 1999. Czytam swoje notatki: „Rozmawiam z posłem do parlamentu, podobno jednym z nielicznych uczciwych i niezależnych. Miałem wrażenie, że nie traktuje zbyt poważnie tej funkcji. Mówił: – Jedziemy do reform wozem drabiniastym zaprzężonym w konie, ale jedziemy.
– Czy zdążycie dojechać? – pytam. 
– Nie wiadomo – wzdycha kilku świadków rozmowy, poseł też wzdycha. 
Na przyjęciu jest tłum ludzi, a znajomi szukają dla mnie jakiegoś ukraińskiego optymisty, minęła godzina i nie znaleźli. W końcu wyłuskali otyłego, jowialnego biznesmena z Donbasu. Twierdzi, że w tym rejonie zaczyna po nowemu funkcjonować ekonomia, a wsie i miasta mówią tam po ukraińsku. Ale zgadza się, że nie da się pojąć Ukrainy bez westchnienia »oj, oj«. – Od »oj« niemal wszystko w tym kraju się zaczyna, a nieraz i kończy – mówi mi pewien polityk, opowiadając dowcip, w którym »oj, oj« gra istotną rolę. Jest za wiele westchnień, narzekania, ale też braku decyzji i braku zdania.
Tuż przed wyjazdem poszedłem na plac Niepodległości (Majdan), widziałem, jak ludzie tańczyli tam w wielkim kręgu. Przygrywała harmonia i trąbka, przechodnie byli wciągani przez taneczny wir, czasami nawet baba tańczyła z babą, a ten taniec szedł ludziom zaskakująco składnie. Młodzież patrzyła na to z boku ironicznym okiem, oni już tak nie tańczą, a dziewczęta mówiły sobie: o nie, my nie zamienimy się w baby. I tak przez cały plac, plac, który jest w objęciach koronkowej architektury, a uskrzydlają go fontanny, wił się krąg tańczących i powiększał się nieustannie. Można było w nim ujrzeć błędne koło, w którym zdaje się tkwić ten kraj, ale też ukrytą energię, poczucie rytmu i wspólnoty, przyszłość”.
Wydanie: 6/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy