Trzech kumpli Bolka

Trzech kumpli Bolka

Trwa ofensywa propagandowa przeciw III RP. Na kampanię przeciw Wałęsie, rozpętaną wespół przez propagandystów Instytutu Pamięci Narodowej i braci Kaczyńskich, nałożyła się histeria wywołana filmem TVN o trzech kumplach: Pyjasie, Maleszce i Wildsteinie.
Film nijak się nie ma do faktów ustalonych w trzech procesach, jednym z czasów PRL (a więc z definicji niewiarygodnym) i dwóch z czasów III RP. Pozostańmy przy tych ostatnich. Prokuratura (konkretnie prok. Urbaniak, którego dziś pełno w mediach) prowadziła w latach 90. przez kilka lat śledztwo w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa. Umorzyła je w końcu, nie wykazując związków SB ze śmiercią krakowskiego studenta, choć związek ten koniecznie chciała wykazać. Później był proces dwóch funkcjonariuszy SB, których ta prokuratura oskarżyła o to, że w latach 70. utrudniali śledztwo. Materiał z tych spraw jest ogromny. Odtajniono dla potrzeb tych procesów wszystkie zachowane materiały operacyjne. Przesłuchano dziesiątki świadków. Cały ten ogromny materiał jest absolutnie nie do pogodzenia z tym, co pokazano w filmie. Tylko ile osób zna akta, a ile obejrzało film?
Gdyby postarać się odrzucić emocje i na film spojrzeć chłodno, to cała ta ckliwa opowieść pełna jest sprzeczności, podając równocześnie kilka różnych wersji zabójstwa Pyjasa, z których każda dla autorów filmu jest w zasadzie pewna: zatłukli go mundurowi milicjanci pod sukiennicami, a trupa zawlekli do bramy (jest na to w filmie wiarygodny świadek); zrobili to w innym miejscu (jest na to inny wiarygodny świadek); Pyjasa pobił ze skutkiem śmiertelnym cywil – tajny współpracownik milicji, bokser Węclewicz (są na to rzekomo dowody ze śledztwa); Pyjasa zabito w piwnicach (nie wiadomo, cywile czy mundurowi, ale na pewno bezpieka), a potem ułożono zwłoki w bramie (na to też jest wiarygodny świadek); w końcu Pyjas został zastrzelony (to wynik obdukcji dokonanej osobiście przez Wildsteina).
Gdy jednak grają emocje, logika jest zbędna, a nawet przeszkadza. Wzruszony widz filmu nie zaprząta sobie głowy takimi problemami. Po filmie wie jedno – Stanisława Pyjasa na pewno zabiła bezpieka (obojętne w jaki sposób, może na wszystkie sposoby naraz), jeśliby nie był jeszcze tego pewien, to może upewnić się naocznie – na ul. Szewskiej w Krakowie tak głosi tablica pamiątkowa. To powinno ostatecznie rozwiać wszelkie ewentualne wątpliwości, gdyby jeszcze ktoś ośmielił się je mieć. Ale to wszystko jest rzeczą drugorzędną. Z całego filmu przesłanie wynika inne. III RP poczęta była w grzechu agenturalności i solidarności z SB.
Kozłowski, Zoll, nie mówiąc o mnie – obrońcy ubeków (w sensie dosłownym i przenośnym), jawią się w filmie jako postaci mroczne, wyraźnie stojące po ciemnej stronie mocy, niechcące rozliczeń z komunizmem i pokrętnie ukrywające jego zbrodnie. Tymczasem po jasnej stronie mocy jaśnieje Bronisław Wildstein i jego spiskowe teorie podniesione do rangi prawd objawionych.
Ani minister Kozłowski, ani potem Milczanowski nie chcieli odtajnić akt SB i ukrywali morderców. Tak wynika z filmu i licznych wypowiedzi po jego projekcji. Jakie znaczenie ma taki szczegół, że prawo nie pozwalało na odtajnienie tych akt, że potem, na wniosek tegoż Milczanowskiego, to prawo zmieniono, wpisując dodatkowy artykuł do ustawy o urzędzie Ministra Spraw Wewnętrznych, po czym tenże Milczanowski akta esbeckie odtajnił i prokuraturze udostępnił, ale i tak prokuratorowi nie udało się wykazać związków SB ze śmiercią Pyjasa, choć naprawdę bardzo się starał i zajęło mu to parę lat.
Film o trzech kumplach znakomicie uzupełnia kampanię przeciwko Wałęsie. To nie Kozłowski, Milczanowski, Mazowiecki czy Zoll mieli rację. Rację ma Wildstein i oczywiście rację ma Macierewicz, a tym bardziej bracia Kaczyńscy. Trzeba jak najszybciej rozkurzyć to, co jeszcze z III RP zostało, i budować IV RP. Wedle recepty Kaczyńskich, Macierewicza i Wildsteina.
Cała ta ofensywa: ściganie Wałęsy przez państwową instytucję, jaką jest Instytut Pamięci Narodowej, i rozpętanie przez tę instytucję nagonki wymierzonej w mit założycielski III RP, histeria wywołana filmem o trzech kumplach, który komentowany jest niemal na kolanach z obawy, że każdy głos krytyczny mógłby być poczytany za sprzyjanie agentom i solidaryzowanie się z SB i tradycją PRL, wspiera ideologię Prawa i Sprawiedliwości.
Tego Platforma Obywatelska wyraźnie nie rozumie i nie próbuje się jej przeciwstawić. Początkowo, w odruchu zdrowego rozsądku i ludzkiej przyzwoitości, niektórzy działacze Platformy zaczęli mówić o konieczności zmiany ustawy o IPN. Ale wkrótce zmienili zdanie. Mówi się, że na polecenie samego Tuska. Po tej zmianie poglądu wielu posłów Platformy ruszyło do mediów, by powzruszać się filmem o trzech kumplach, nie wiedząc, zdaje się, że przy okazji opowiadają się po stronie Wildsteina… przeciwko sobie. Wspierając pośrednio ideologię Kaczyńskich i ich spiskową wizję dziejów najnowszych, kopią sobie grób.
Prawo i Sprawiedliwość nie chce przecież odsuwać od władzy Wałęsy czy Mazowieckiego, bo oni tej władzy od dawna już nie mają i do niej nie aspirują. To nie o nich w tym wszystkim chodzi. Wykazanie, że Wałęsa był Bolkiem, a za Mazowieckiego kryło się zbrodnie SB i agentów, potrzebne jest po to, by przekonać Polaków, że to Kaczyńscy z Macierewiczem mają rację. I Platforma w swej naiwności w tym pomaga! Jak lud uwierzy Kaczyńskim i Macierewiczowi, biada Platformie!
Na marginesie: postać Maleszki – Ketmana i Returna (choć ten ostatni pseudonim z niezrozumiałych względów jest ostatnio zapomniany) rzeczywiście jest fascynująca. Szczególnie dla psychologa. Jest to postać żywcem wzięta z Dostojewskiego. Gorliwy opozycjonista, który równocześnie jest gorliwym agentem tajnej policji politycznej! Z jednej roli w drugą wciela się z godziny na godzinę. Większość ludzi zwerbowanych przez bezpiekę swą współpracę lepiej lub gorzej pozorowała. Coś tam mówili, choć z reguły nie wszystko to, co wiedzieli, próbowali trochę kluczyć, kombinowali, jak się \”urwać\”, na ogół starali się nie szkodzić bliskim i nie szkodzili, jak nie musieli. Maleszka takich zahamowań nie miał. Gdy był opozycjonistą, był nim całym sobą, by za godzinę całym sobą być konfidentem. Mało konfidentem. On nie tylko donosił. On czynnie współdziałał, sam podsuwał esbekom pomysły, jak zwalczać środowisko, do którego należał. W każdej z tych ról był całym sobą.
A może był jeszcze kimś innym, a tamto to były tylko role, w które się wcielał?
Może złamany przez bezpiekę, gdy podjął współpracę, grał przed samym sobą? Udawał, że to, co robi, to nie wymuszona podłość, ale coś, co robi z własnej woli? Może wciąż udawał przed sobą, że jest wolny, jest panem samego siebie? Nie był.
Gdyby ktoś zrobił film o tym jednym z trzech kumpli, ale film mądry, głęboki, wnikający w tajemnice duszy, może więcej dowiedzielibyśmy się o dramacie ludzkiej egzystencji? Może więcej wiedzielibyśmy o sobie samych?

Wydanie: 28/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy