Uwagi o opinii publicznej

Uwagi o opinii publicznej

Opinia rządzi światem – mówili ludzie Oświecenia i tego zdania był nawet sceptyczny David Hume, a może trzeba powiedzieć: zwłaszcza on. W istocie niejeden raz w historii można było obserwować, jak idea ogólna, zjawisko ulotne, powstałe nie wiadomo gdzie albo odwrotnie, wiadomo, że w niespokojnej głowie Thomasa Paine’a, Rousseau lub Marksa, zaczyna ludzi grupować po nowemu, inaczej łączyć i inaczej dzielić, popychać ku jakimś nowym celom, równie dobrze korzystnym, jak katastrofalnym. Przyswojenie sobie owych idei ogólnych daje niekiedy społeczeństwu uczucie zachwytu, kiedy indziej znane tylko odkrywcom: ach, więc tak wygląda prawda! Ale ktoś, komu to się nie udziela, mówi sobie: jak jest możliwe takie zbiorowe zaślepienie?

Gdyby mnie ktoś zapytał o przykład opinii publicznej już w pełni ukształtowanej, doskonale spełniającej definicję, posłałbym go do warszawskich salonów z czasów Sejmu Czteroletniego. To nie tylko publicyści z Kuźnicy Kołłątajowskiej (moja sympatia po ich stronie) urabiali opinię publiczną. Czyniły to panie z oligarchii magnackiej i wyższej szlachty. Potrafiły one znakomicie uprościć wszystkie zagadnienia i podziałowi na światłych zwolenników reform i ciemnych przeciwników nadać taką siłę, że do obozu światłych oprócz ludzi porządnych udało im się przyciągnąć niemałą liczbę pustych głów. Do dyskusji nad sprawami państwa przymieszały motyw dobrej przynależności, wskutek czego swoboda myśli i obiektywizm musiały bardzo ucierpieć. Ale to stare dzieje.

Obrona Warszawy we wrześniu 1939 r. spowodowała śmierć wielu tysięcy mieszkańców i ruinę znacznej części miasta. Nie było żadnych widoków na odparcie Niemców, mimo to obronę kontynuowano, gdy cały kraj był już zajęty przez obce wojsko. Podczas wojny strony walczące starają się chronić wielkie skupiska swojej ludności oraz to, co kraj ma najcenniejszego, przed zniszczeniem w pierwszej kolejności. Warszawskie władze kierowały się innymi względami. Jakimi? Chciały pokazać, nie wiadomo komu, że kraj się broni, że stolica walczy, że jeszcze Polska nie zginęła. Działania na wielki pokaz, choć miały kosztować tysiące istnień ludzkich, cechowały polską politykę podczas wojny. (Nie mówię o walkach frontowych). Cały naród został tak wychowany, że musi i lubi taką politykę podziwiać. Celem legalnej władzy jest w pierwszym rzędzie chronić przed niebezpieczeństwami kraj, który jej podlega. Rząd, który dla celów wtórnych zaniedbuje lub odrzuca obowiązek podstawowy, jest niedojrzały i nieodpowiedzialny i powinien stać się przedmiotem pogardy. O to toczył się głuchy, ale zasadniczy spór między warszawskimi ośrodkami konspiracji a krakowskim kierownictwem Rady Głównej Opiekuńczej.

A jednak rząd II Rzeczypospolitej, odpowiedzialny za wrzesień 1939, przeszedł do historii, jak teraz widzimy, w aureoli patriotyzmu, honoru, nawet jakiegoś bohaterstwa. Dlaczego? Ponieważ od początku do końca działał w harmonii z polską opinią publiczną. Była ona czymś bardzo autentycznym, mocno związanym z poczuciem narodowej tożsamości, ale niestety nie z narodowym interesem. Wiązała ręce, a przede wszystkim zaciemniała umysł rządowi, który wobec nadciągającego niebezpieczeństwa czuł się zobowiązany iść torem rzekomego honoru tak długo, jak to było fizycznie możliwe, a gdy przestało być możliwe, nie miał innego wyjścia, jak uciec za granicę.

Gdy w polityce dochodzi już do rozstrzygających czynów, gdy zapadają decyzje, bardzo trudno jest rozwikłać zagadnienie odpowiedzialności. Jest oczywiste, że te czyny są wielorako uwarunkowane i czynnik osobistej autonomii odgrywa już minimalną rolę. Szukając uwarunkowań, cofamy się wzdłuż łańcucha przyczyn i skutków i wydaje się, że w tym determinizmie jeszcze bardziej zatraca się sens takich pojęć jak wina i odpowiedzialność. Schopenhauer mówi paradoksalnie, że człowiek nie jest odpowiedzialny za czyny, ponieważ zależą one całkowicie od tego, czym on realnie, egzystencjalnie i moralnie jest. Wymagania odpowiedzialności trzeba przenieść na każdy moment tego procesu życiowego, który sprawia, że człowiek staje się taki, a nie inny. Konwencje moralne i prawne muszą przyjmować inne założenia, ale Schopenhauer dobrze radzi, aby z wymaganiem odpowiedzialności nie czekać do momentu, aż najważniejsze decyzje zapadną i odwrotu nie będzie. Każdy krok praktyczny i każdy pogląd publiczny trzeba zawczasu mierzyć i ważyć, oceniać i prześwietlać. Jeśli chcemy wnieść do polityki więcej odpowiedzialności, rzeczowości i rozumu, bardziej powinniśmy dbać o treść opinii publicznej, o jakość dyskusji – stałej, ciągłej, wyczerpującej, w miarę możliwości „zimnej” – niż troszczyć się o taką czy inną poprawność polityczną.

W Polsce dzisiejszej opinia publiczna, przy pozorach nieograniczonej tolerancji, przy rzeczywistej kłótliwości, jest niesłychanie monoideowa. Mamy sytuację jak przed wojną: o każde głupstwo wolno się spierać, ale wybór drogi, która zdecyduje o losie narodu, pozostaje poza poważną dyskusją.

W krajach o wyższej kulturze politycznej i ogólnej fanatyzm partyjny kohabituje z politycznym relatywizmem, rzucane przez partie nawzajem na siebie pioruny oświetlają rzeczywistość, nie czyniąc krajowi większej krzywdy. Opinia publiczna jest podzielona odpowiednio do możliwych zaspokojeń interesu społecznego. Istnieje więc opinia proeuropejska i eurosceptyczna, atlantycka i neutralistyczna, liberalna, konserwatywna i socjalistyczna i każda z tych orientacji trwa w oczekiwaniu na tę sytuację zewnętrzną lub wewnętrzną, kiedy to właśnie ona będzie najlepiej przygotowana do oddania usługi organizmowi narodowemu.

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy