Wielcy Polacy w Polsce Ludowej

Wielcy Polacy w Polsce Ludowej

Zestawmy i porównajmy dorobek Gieysztora, Kaleckiego lub Szczepańskiego z „Łupaszką” lub jakimś innym „Ogniem”

Wielcy Polacy w Polsce Ludowej – taki podtytuł ma niedawno wydana przez Andrzeja Karpińskiego książka „Oni odbudowali i rozwijali Polskę”. Zawiera ona 22 biogramy zmarłych kilka lub kilkadziesiąt lat temu wybitnych uczonych i działaczy społecznych, którzy znani byli już przed wojną, lecz szczyty ich osiągnięć i zasług dla Polski przypadły na czasy PRL.

Różnili się między sobą profesją, skłonnościami ideologicznymi, sympatiami politycznymi, charakterem itp., ale nad tym wszystkim, co ich dzieliło, górowały poczucie więzi i łączności z narodem i jego kulturą oraz obowiązek świadczenia bezinteresownych usług na rzecz pomyślności społeczeństwa i państwa polskiego.

Przyjęcie takiej postawy było niesłychanie trudne w warunkach, w jakich znalazł się kraj po zakończeniu wojny. Za sprawą zwycięskich mocarstw staliśmy się państwem wasalnym ZSRR. Niemniej jednak było to jedyne istniejące państwo polskie i rozsądek nakazywał narodowi urządzić się w nim tak, by życie stało się znośne, z nadzieją, że w końcu i na naszej ulicy zaświeci słońce, przynosząc upragnioną pełną niepodległość.

„Wielcy Polacy” byli świadomi tego, że PRL nie jest państwem w pełni niepodległym i suwerennym i że tzw. demokracja socjalistyczna jest w znacznej mierze falsyfikatem. Zdecydowali się jednak na współpracę z nową władzą, zakładając, że wspólnymi siłami można będzie uzyskać jakiś postęp w procesie modernizacji kraju. Oczekiwania te się spełniły. Polska była jedynym członkiem tzw. obozu socjalistycznego, który poczynając od Października ‘56, stopniowo poszerzał zakres samodzielności w urządzaniu swojego państwa. Dotyczyło to zwłaszcza trzech dziedzin: rolnictwa, w którym odstąpiono od przymusowej kolektywizacji, stosunku państwa do Kościoła i religii, gdzie mimo okresowych tarć zachowano w zasadzie pokojowe współistnienie, oraz stosunku państwa do kultury, sztuki i nauki, gdzie odstąpiono od tzw. realizmu socjalistycznego i administracyjnego ustanowienia przodującej roli marksizmu-leninizmu. Owa inność Polski od pozostałych krajów socjalistycznych, stale nam zresztą wypominana, została jednak przez nie zaaprobowana. O polskich intelektualistach zwykło się mówić, że są rzodkiewkami (z zewnątrz czerwoni, w środku biali) albo że zanim staną się komunistami, są polskimi patriotami.

Zdecydowana większość społeczeństwa polskiego pogodziła się z czasem z ograniczeniami demokracji ludowej, demonstrując niechęć do nowego ustroju, m.in. ośmieszając go w żartach i bojkotując jego zarządzenia, a od czasu do czasu inicjując bunty, niestety krwawo tłumione, spowodowane – jak to tłumaczono – utratą więzi partii z masami. Stosunkowo nieliczna grupa młodych Polaków postanowiła zbrojnie manifestować niechęć czy zgoła nienawiść do narzuconego ustroju i jego instytucji, kontynuując wojenną walkę partyzancką. Nigdy nie przyjęła ona rozmiarów bratobójczej wojny domowej, utrudniała jednak normalizację życia zbiorowego, budziła niepokój i rozdrażnienie, w sumie tworzyła nieznośny klimat obywatelsko-moralny. W ten sposób narodziła się kategoria „żołnierzy wyklętych”. Do jej proklamowania przyczynił się walnie prezydent Komorowski, ale najdziwniejsze, że tę ideę przechwyciło po zwycięstwie wyborczym PiS, czyniąc z niej fundament ideowy swojej koncepcji wzorcowego państwa.

Znakomitą analizę socjologiczno-politologiczną procesu budowania zrębów państwa partyjnego przeprowadził prof. Ireneusz Krzemiński w eseju „Fałszywe korzenie państwa PiS” w „GW” z 7.10. 2016 r. „Ideologia, której mitotwórcze przesłanie celebrowano w Gdańsku* – pisze Krzemiński – ma się stać ideologią narodową, i to taką, jaką powinien wyznawać każdy obywatel. A przynajmniej ci, którzy nie chcą uchodzić za niepatriotów czy nawet zdrajców ojczyzny”. W ten sposób wielcy Polacy w Polsce Ludowej stali się mimowolnie alternatywą dla „żołnierzy wyklętych”, powinniśmy zatem przy ocenie ich dorobku zestawiać i porównywać np. Gieysztora, Kaleckiego czy Szczepańskiego z „Łupaszką” lub jakimś innym „Ogniem”.

Partyzantka zbrojna przeciwko władzy od początku nie miała najmniejszych szans powodzenia, była przedsięwzięciem nierealnym i szkodliwym. Po pierwsze, przypomnijmy, że celem, jaki jej przyświecał, było uczestnictwo w wojnie przeciwko ZSRR, w którą miały się zaangażować mocarstwa sojusznicze niemal natychmiast po entuzjastycznych obchodach zwycięstwa nad Niemcami. Po drugie, partyzanci nie dopuszczali myśli o zmianie granicy wschodniej i utracie Wilna i Lwowa, nie licząc się z tym, że tzw. linię Curzona narzuciły Polsce zwycięskie mocarstwa. Po trzecie, przywódcy podziemia w 1946 r. musieli mieć świadomość, że walki z siłami zbrojnymi rządu nie wygrają. I pomyśleć, że ten mit zwycięskich – jak twierdzą prezydent, premier i arcybiskup – „żołnierzy wyklętych”, po latach otoczonych chwałą niezłomnych bohaterów narodowych, nadaje im rangę założycieli polskiej niepodległości.

W tej sytuacji pozostaje tylko przyłączyć się do zdania Krzemińskiego: „Polacy, obywatele, pomyślcie, jakim wartościom służyć ma naprawdę polskie państwo i czy ci, którzy chcą nam zafundować kolejny ideowy początek, nie są kłamcami”.

Autor jest socjologiem, był wieloletnim dyrektorem Instytutu Zachodniego i wiceprezesem PAN

*Chodzi o uroczystości pogrzebowe Danuty Siedzikówny, ps. „Inka”, oraz Feliksa Selmanowicza, ps. „Zagończyk”, 28.08.2016 r. w Gdańsku, z udziałem prezydenta Andrzeja Dudy, premier Beaty Szydło i metropolity gdańskiego abp. Sławoja Leszka Głódzia.

Oni odbudowali i rozwijali Polskę. Wielcy Polacy w Polsce Ludowej, Dom Wydawniczy Elipsa,
tel.: (22) 635 17 85, (22) 635 03 01

Wydanie: 48/2016

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy